Newsletter

Powrót do miast XIX-wiecznych

Marek Janiak, 05.02.2015
W mieście powinno być wszystko i gęsto

W mieście powinno być wszystko i gęsto. Na jak najmniejszej powierzchni człowiek musi mieć dostęp do miejsc różnych aktywności

Ulica Piotrkowska w Łodzi. CC-BY-SA-1.0.

Aleksandra Kaniewska: Coraz częściej w miastach bada się jakość życia. Łodzianie na przykład twierdzą, że źle żyje im się w ich metropolii, a łódzki transport od lat jest nazywany najgorszym z możliwych.

Marek Janiak: Żeby mieć prawdziwy obraz poziomu życia w danym mieście, wcale nie trzeba rozmawiać z ludźmi. Trzeba natomiast stanąć z zegarkiem i policzyć, ilu pasażerów jedzie w tramwaju czy autobusie, jak szybko się one przemieszczają, w ile minut dojeżdża się z miejsca na miejsce. To dopiero jest miarodajne. Jeśli jedzie się szybko, w komunikacji miejskiej jest sporo osób, ale podróżują komfortowo, a tramwaje czy autobusy przyjeżdżają nie rzadziej niż co osiem minut, to te parametry otaczającej nas rzeczywistości wskazują, że jest dobrze. Natomiast sondaże czy sondy uliczne to ogromne pole do manipulacji. Poza tym sama pani wie, co powiedzą ludzie w Polsce, kiedy zapyta ich pani o opinię.

Że jest źle?

Właśnie tak.

Ale nie może pan zaprzeczyć, że dzisiaj mamy nowy paradygmat myślenia o miastach. Już nie chodzi tylko o twardą infrastrukturę – choć ulice, domy czy szkoły zawsze będą ważne – ale o człowieka. O stworzenie miasta, w którym dobrze będzie się czuł ośmio- i osiemdziesięciolatek. Chodzi też o to, żeby ten człowiek miał w swoim mieście głos.

W mieście zawsze chodziło o ludzi. Nawet w XIX-wiecznym kapitalizmie. Ale pani pewnie ma na myśli partycypację? To fantastyczne zjawisko i świetnie, że się o nim coraz więcej rozmawia. Choć uważajmy, żeby nie zrobiło się z niej słowo-wytrych. Tak stało się na przykład ze zrównoważonym rozwojem, które to zjawisko każdy rozumie inaczej i naciąga do własnych potrzeb. Mamy więc w myśleniu o miastach wysyp pustych pojęć. Kiedyś w konceptualizmie, w latach siedemdziesiątych, artyści czerpiący z filozofii, między innymi Zbigniew Dłubak, stworzyli pojęcia właśnie takiego „pustego znaku”.

Pusty znak, czyli co?

Gest, czyli oznaczenie czegoś, w co można wstawić jakieś inne znaczenie. Wiele słów, które kiedyś miały określone znaczenie, straciło je w obróbce społecznej, w jakimś ich nadużyciu. I stały się znakami pustymi.

Oznaczają wszystko, czyli nic?

Tak. I to jest przerażające.

Ale za słowami, które bywają nadużywane i zagarniane, często stoi jakiś sens. Budżet obywatelski dla Łodzi to 130 tysięcy łodzian, którzy poszli do urn. To aż jedna piąta mieszkańców. A w Polsce mamy przecież kłopot z niskim zaangażowaniem społecznym. 

To prawda. Ale budżet to jedna z form aktywności obywatelskiej. Uważam, że powinniśmy pracować nad tym, żebyśmy w Polsce mieli lepsze, bardziej przedstawicielskie wybory. Dzięki nim ci, którzy działali na szkodę miasta lub wykorzystywali urząd, powinni być odsuwani.

Ale to już działa. W miastach, które były źle zarządzane, odbywały się referenda i prezydenci tracili stołki. Tyle że mieszkańcy chcą więcej. Nie tylko wybierać kogoś raz na cztery lata, ale też na bieżąco kontrolować swoich przedstawicieli. Budżet partycypacyjny jest tego dobrym przykładem. Można wydawać publiczne pieniądze na sondaże, pytając, gdzie poprowadzić nową uliczkę lub ścieżkę rowerową. Ale czy nie jest sensowniejsze po prostu oddać wyborcom część pieniędzy i posłuchać, co mają do powiedzenia?

W sztuce jestem zupełnym anarchistą, ale ta sfera charakteryzuje się niską szkodliwością społeczną. W życiu publicznym powinno być inaczej. Działania urzędnicze to niesłychanie poważne sprawy. Podejmowane decyzje wpływają na życie wielu ludzi. Chodzi o to, by zapewnić maksymalnie dobry rozwój zarówno całym grupom społecznym, jak i indywidualnym obywatelom.

Rozumiem, że władza to poważna sprawa. Ale budżet partycypacyjny jest synergią władzy lokalnej i obywateli.

Zgoda, ale trzeba uważać, by nie zamieniło się to w jarmark swawoli. Żeby podjąć w miarę rozsądną decyzję, trzeba mieć bardzo dużą wiedzę. Jeżeli decyzję podejmuje osoba, która wie za mało, prawdopodobieństwo złej decyzji jest bardzo duże. Budżet partycypacyjny polega na pytaniu ludzi, czego chcą. Jedna osoba marzy o większej liczbie cukierni, ktoś inny chce materace dmuchane zamiast miejsc parkingowych. Wystarczy, że będzie miał siłę przebicia, by te materace dla miasta zdobyć.

Na tym polega demokracja, czyż nie?

Pamiętajmy jednak – jak nauczyła nas historia – że nie liczba popleczników, a mądrość decyzji jest najważniejsza. Dlatego już starożytni wiedzieli, że właściwie nie ma dobrej demokracji, a najlepszy jest oświecony absolutyzm.

Trudno jednak znaleźć tych oświeconych autokratów.

Oczywiście. Mimo to, gdy patrzymy na rozwój urbanistyczny, przypadkowo powstałe skoki cywilizacyjne można przypisać pojedynczym zdolnym ludziom. Georges-Eugène Haussmann przebudował Paryż, a Ildefons Cerdà stworzył nowoczesną Barcelonę. Dzięki ich decyzjom miasta te stały się w swoim czasie najnowocześniejszymi na świecie.

Jak powinno wyglądać idealne miasto? Takie, w którym dobrze żyje się wszystkim – nastolatkowi, staruszce, rodzinie z dzieckiem czy młodej kobiecie bez samochodu?

Miasta powinny tworzyć się same. Organicznie. Powstawać poprzez wspólne uzgadnianie wspólnych interesów wszystkich ludzi, podejmowanie jak najlepszych decyzji przez władzę, która działa w interesie jak największych grup.

Pomysły na miasta się zmieniają. Korzystając z otwartych granic, Polacy wiele dziś podróżują i zakochują się w miejscach do życia za granicą. Ja jestem fanką Londynu, choć to miasto często męczące, zbyt wielkie do wygodnego życia.

Też uważam Londyn za jedno z najlepszych miast na świecie. Fantastyczny jest też Berlin, zwłaszcza w tych częściach, które ostały się po II wojnie światowej i nie zostały zniszczone przez komunizm. Kolebką pięknych miast wciąż jest Europa, mimo że w Stanach Zjednoczonych tworzy się wiele ciekawych miejsc. Najpiękniejszym miastem jest jednak dla mnie Wenecja, przed Londynem, Paryżem, Barceloną czy Nowym Jorkiem.

Piękne miasto, ale czy nadaje się do życia?

No właśnie, dla mnie tak. Mimo że w Wenecji są śmierdzące kanały, malutkie placyki i rozsypujące się domy. I prawie w ogóle nie ma zieleni. Nie mieści się to w żadnych nowoczesnych definicjach „dobrego miasta”. Dla mnie jest to pewna pułapka myślowa: architekci modernistyczni uważali, że w mieście ważne są tylko dwa parametry: światło i przestrzeń. A miasto to jest milion parametrów. Plus człowiek i jego zmienne emocje oraz różne upodobania.

Ale są chyba jakieś priorytety. Sam pan o nich pisał w strategii rozwoju przestrzennego Łodzi. „Jedną z podstawowych powinności dzisiejszego pokolenia łodzian jest pozostawienie w dobrym stanie dziedzictwa materialnego, które pozostawiła nam historia”.

W moim przekonaniu to jest właśnie oś dyskusji. Krajowa Polityka Miejska, skądinąd świetny projekt, mówi o wszystkim: o zieleni, transporcie, współuczestnictwie i rewitalizacji. Ale nie mówi o tym, że miasto jest kontinuum, a także, że jest to zjawisko kulturowe. Czasami trzeba sobie zadać pytanie, co jest ważniejsze: muzeum czy trawnik. Modernista powiedziałby, że zieleń. Ale człowiek nie jest krową, której do szczęścia jest potrzebny tylko trawnik. W moim przekonaniu człowieczeństwo oznacza, że również czytam poezję i dyskutuję o filozofii, oglądam budynki, a nie tylko leżę na trawie.

Ale jeśli byłby pan jedną z łódzkich szwaczek, pewnie wolałby pan po pracy położyć się na trawniku.

Być może. Ale szwaczka też powinna czasem pójść do kina lub do biblioteki. I te z nich, które nie leżały błogo na trawniku, mogły na przykład zostać inżynierami, dyrektorami, a może nawet ministrami.

Czyli postuluje pan, żeby miasto było projektem kulturowym?

Bardziej zjawiskiem w kulturze. W PRL-u po raz pierwszy architekci podnieśli rękę na miasto. Budowali koszmarne osiedla z wielkiej płyty, zamiast zadbać o naturalny rozwój historycznego centrum miasta. W teorii bloki mają trawnik i dostęp do światła, bo stoją daleko od siebie. Ale poza tym są kompletnie aspołeczne, nie ma przyjemnej przestrzeni publicznej, gdzie wszyscy mogą się spotkać, nie ma też porządnej przestrzeni prywatnej. „Wszystko jest wszystkich i nic nie jest czyjeś”.

Czyli nie istnieją miasta idealne.

Takich miast nie ma i nie będzie. Zresztą, nie od dziś ich szukamy. Nawet jeden z najlepszych secesyjnych architektów Wiednia, Otto Wagner, też kiedyś planował takie zbudować. Próbował nakłonić do przebudowy całego Wiednia w stylu totalitarnej bezdusznej megastruktury. Już od starożytnej Grecji wymyślano idealne miasta. I wszystkie te projekty były słabe, bo najczęściej jednowymiarowe.

Dlaczego?

Bo nie dbały o istniejące, naturalnie tworzące się miasto. Chciały burzyć i zaczynać od nowa. A trzeba korzystać z dorobku historii. Haussmann stworzył nową strukturę urbanistyczną Paryża, ale brał pod uwagę istniejącą strukturę i potrzeby miasta.

Czyli sugeruje pan, że powinniśmy budować miasta XIX-wieczne?

Tak – a dokładnie mówiąc, ich „współczesną kontynuację”.

Ale mamy przecież inne potrzeby.

Okazuje się, że nie.

Inny sposób życia, dużo samochodów…

Ale przecież od samochodów uciekamy. Okazuje się, że XIX-wieczne miasta cały czas są fantastyczne. W niektórych budowano tunele i parkingu. W Barcelonie pod każdym podwórkiem są miejsca dla samochodów.

Łódź ma więc teoretycznie dużo szczęścia, bo posiada strukturę XIX-wiecznego miasta.

Mało tego. Łódź ma strefę wielkomiejską rzędu 1400 hektarów. Jest tu prawie 12 tysięcy obiektów, które powstały przed II wojną światową. Nigdzie w Polsce nie ma takiego tradycyjnego centrum miasta i takiej architektury w takiej ilości.

Część, niestety, jest w opłakanym stanie.

To prawda. Ale paradoksalnie Łódź najbardziej zniszczono po 1990 roku. Zniszczono wtedy większość fabryk. Na Piotrkowskiej wyburzono kamienice. Przed I wojną światową Łódź była ogromnie bogata i niezwykle się rozwijała. Było w niej ponad tysiąc fabryk! Miasto stworzyło własną kasę zapomogowo-pożyczkową, do której przemysłowcy się składali i pożyczali sobie nawzajem fundusze. W ten sposób utrzymywano miasto w dobrym stanie i ciągłym procesie rozwoju.

Ale miasta XIX-wieczne były wygodnymi miejscami do życia tylko dla bogatych.

Niekoniecznie. Były miastami wszystkich. Prawda, to ludzie bogaci je budowali. I tak powinno być. Kiedy w Stanach Zjednoczonych domy zaczęli budować biedni, wywołało to kryzys, bo nie mieli jak spłacić kredytów. Uważam, że tradycyjne miasta zawsze były dla wszystkich. Były z jednej strony demokratyczne, a z drugiej – hierarchiczne.

A co z wizjonerstwem?

Miasto to delikatna struktura. Zalecałbym więc ostrożność. Jak u lekarzy – przede wszystkim nie szkodzić.

W jaki sposób?

Tworząc miasta wielowymiarowe. Wiadomo, że samochody są w miastach uciążliwe. Ale nie możemy opierać transportu tylko na rowerach. Bo na przykład bez samochodu nie przewieziemy wersalki.

Jaka jest pana definicja miasta?

Miasto ma przede wszystkim pozwalać człowiekowi realizować jakość życia. Jakość, nie poziom. Na to składają się dobra materialne, ale też osiągnięcia intelektualne i społeczne współistnienie. Innymi słowy, w mieście powinno być wszystko i gęsto. Na jak najmniejszej powierzchni człowiek musi mieć dostęp do miejsc różnych aktywności.

Czy uważa pan, że Krajowa Polityka Miejska, dokument przygotowywany przez Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju przy współpracy z szeregiem NGO-sów i działaczy miejskich, to dobry kierunek?

Świetny. Ale warto nad nim popracować. Brakuje mi w nim na przykład rekomendacji UNESCO z 2011 roku o ochronie krajobrazu miast historycznych. Tam jest powiedziane, że trzeba chronić zniszczony przez agresywny kapitalizm krajobraz miejski, ponieważ jest on wartością samą w sobie. Musimy pamiętać o ciągłości kulturowej naszych miast.

Jakie są najważniejsze zadania dla rządzących miastami, oprócz polecanej przez pana zasady: primum non nocere?

Najważniejszym zadaniem władz miasta jest edukacja. Czas, żebyśmy pojednali się z historią. We Wrocławiu ciężko jest czasem przekonać ludzi, że to, co zostało wybudowane przez Niemców, warto ratować. Podobnie jest w Łodzi, mieście Żydów i Rosjan. Trzeba nauczyć ludzi, że to historia stworzyła wartość współczesnych miejsc.

Wywiad został opublikowany w raporcie „Miasta z wizją”. Publikację można pobrać ze strony internetowej Instytutu Obywatelskiego.

*Marek Janiak – architekt, nauczyciel akademicki, artysta multimedialny, od 2011 roku Główny Architekt Miasta Łodzi. Profesor Politechniki Łódzkiej.