Newsletter

Co się nie podoba w TTIP?

Konrad Niklewicz, 02.02.2015
Protesty i emocje w negocjacjach dotyczących tego traktatu wywołuje tylko kilka kwestii

Protesty i emocje w negocjacjach dotyczących tego traktatu wywołuje tylko kilka kwestii

Głównym celem Transatlantyckiego Partnerstwa Handlowo-Inwestycyjnego (TTIP) jest zwiększenie wymiany handlowej (towarów i usług) między UE i USA, a w konsekwencji długofalowe przyspieszenie wzrostu gospodarczego. TTIP ma tego dokonać poprzez zniesienie barier celnych, ograniczenie pozataryfowych barier handlowych oraz, tam gdzie to możliwe, ujednolicenie i uproszczenie regulacji, przy jednoczesnym zachowaniu obowiązujących standardów bezpieczeństwa, ochrony praw pracowniczych, środowiska itp.

500 euro na rodzinę

TTIP ma zagwarantować, że Unia Europejska i USA pozostaną największym blokiem gospodarczym świata. Już obecnie gospodarki Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej są ze sobą ściśle związane: wymiana handlowa między nimi to dwa miliardy dolarów. Dziennie! Firmy europejskie zatrudniają w USA 3,5 mln osób. Są branże w Unii, dla których Stany Zjednoczone to główny – nie licząc własnego, unijnego – rynek zbytu. Tak jest w przypadku przemysłu samochodowego: do USA płynie 18 proc. całego eksportu. Komisja Europejska oszacowała, że wejście w życie TTIP zwiększy wzrost gospodarczy UE i USA o 100 miliardów dolarów rocznie. Korzyść w przeliczeniu na każde gospodarstwo domowe w UE to średnio ponad 500 euro.

Nie wszystkich jednak te argumenty przekonują. Negocjacjom TTIP towarzyszą coraz głośniejsze protesty, animowane głównie przez organizacje pozarządowe i aktywistów różnej proweniencji (choć przeważają organizacje kontestujące liberalny porządek gospodarczy, alter-globalistyczne, ekologiczne itp.). Wiele z tych organizacji twierdzi, że ich protest jest wyrazem sprzeciwu „społeczeństwa obywatelskiego”.

Ile władzy korporacjom

Choć negocjacje TTIP obejmują dziesiątki różnych obszarów, tylko kilka z nich jest atakowanych przez przeciwników. W polskim (ale także niemieckim) przypadku głównym przedmiotem ataków w TTIP jest ta jego część, która dotyczy rozwiązywania sporów między państwami a inwestorami na drodze tzw. arbitrażu (czyli poza drogą sądową istniejącą w danym państwie). W TTIP ten rozdział nazywa się ISDS – skrót od angielskiego terminu investor – to – state dispute settlement. Zdaniem przeciwników TTIP taka opcja (co ciekawe, wykorzystywana w obrocie gospodarczym od dziesięcioleci, na podstawie dwustronnych umów handlowych) odda wielkim korporacjom zbyt dużo władzy. Ba, pozwoli im na wymuszanie korzystnych dla siebie zmian w przepisach prawa pracy, normach ekologicznych albo na wyciąganie od państw (czyli od obywateli/podatników) odszkodowań liczonych w miliardach. Przeciwnicy TTIP wskazują, że ISDS będzie koniem trojańskim, który wymusi na Europie obniżenie standardów we wszystkich możliwych dziedzinach, tak by amerykańskie (albo globalne) koncerny mogły łatwiej eksploatować europejski rynek. Innymi słowy, w opinii przeciwników TTIP, tandem ISDS-korporacje, to esencja neoliberalnego zła.

To poważny zarzut, który wymaga poważnej odpowiedzi. Nie tylko dlatego, że jest podstawą krucjaty przeciw TTIP. Także, a może przede wszystkim, dlatego, że jest symbolem krytyki prowadzonej w słusznym celu, ale opartej o niepełną wiedzę. Bo rzeczywistość arbitrażu nie jest tak zero-jedynkowa, jak chcieliby ją przedstawić przeciwnicy TTIP. Przedstawienie faktów może ją odczarować.

Arbitraż już tu mamy

Po pierwsze, TTIP nie wprowadzi arbitrażu do Europy, bo on już w Europie jest wykorzystywany od dziesięcioleci. I to europejskie firmy chętniej z niego korzystają niż amerykańskie. Z dostępnych raportów (m.in. ONZ-owskiej agendy UNCTAD) wynika, że firmy z USA są odpowiedzialne za ponad 20 proc. wszczętych spraw arbitrażowych, a firmy z UE aż za ponad 50 proc.

Fałszywy jest argument – często podnoszony przez przeciwników TTIP – że procedury i trybunały arbitrażowe są w rękach USA i wydają wyroki na korzyść inwestorów. Fakty są takie: w ramach arbitrażu ICSID 33 proc. spraw zakończyło się ugodą, 45 proc. na korzyść państw, a 22 proc. na korzyść inwestorów.

Trzy centy od dolara

Także twierdzenie o „miliardowych odszkodowaniach” nie jest, mówiąc dyplomatycznie, do końca prawdziwe. Literatura nt. arbitrażu[1] stwierdza, że pozwy firm w ramach arbitrażu były na poziomie średnio 340 mln dolarów – wyroki jednak kończyły się zasądzonymi odszkodowaniami na średnim poziomie 10 mln dolarów. Czyli firmy dostawała zaledwie 3 centy od każdego dolara, o który wnioskowały. Na marginesie: podnoszony często przypadek rekompensaty wypłaconej przez Polskę spółce Eureko (ponad 4 mld zł) nie był efektem wyroku w postępowaniu arbitrażowym, ale ugody. Początkowo Eureko domagało się 35 miliardów zł odszkodowania za to, że poprzednie rządy (10 lat wcześniej) złamały zawartą umowę i nie sprzedały spółce większościowych udziałów w PZU.

Z 60 zakończonych spraw, które do arbitrażu przeciwko państwom skierowali inwestorzy amerykańscy, 42 proc. zostało rozstrzygniętych na korzyść pozywanego rządu, 28 proc. zakończyło się ugodą, a 30 proc. zwycięstwem inwestora. Zasądzone odszkodowania: od pół miliona do 1,8 miliarda dolarów (z przewagą tych liczonych w milionach).

Ekwador to nie argument

Zresztą, przypadek tego największego odszkodowania, nierzadko wykorzystywany przez krytyków procedur arbitrażowych, także warto starannie wyjaśnić. Otóż spór rządu Ekwadoru z firmą Occidental Petroleum początkowo dotyczył 75 mln dolarów roszczenia za niewypłacony zwrot VAT. Gdy firma rozpoczęła procedury arbitrażu, rządzący Ekwadorem politycy unieśli się honorem i całkowicie zerwali kontrakt z koncernem, łamiąc podstawowe zapisy umowy. I dopiero wtedy trybunał arbitrażowy zasądził dodatkowo 1,8 mld dolarów odszkodowania.

Czy słusznie? Naukowy obiektywizm, który różni się od ideologicznego zacietrzewienia, każe założyć, że w przypadku przynajmniej części sporów inwestorzy mogli mieć rację. Ich interesy i prawa mogły zostać pogwałcone przez złe decyzje rządów.

Raport UNCTAD przedstawia jeszcze ciekawsze statystyki: aż 50 proc. sporów wniesionych do arbitrażu przeciwko państwom UE kończyło się zwycięstwem rządów, 26 proc. ugodami, a tylko 24 proc. sukcesem inwestora.[2]

Polskie firmy skorzystają

Negocjacje TTIP mogą przynieść efekt odwrotny do wskazywanego przez przeciwników tej umowy. Komisja Europejska chce wykorzystać negocjacje z USA do wypracowania nowego standardu arbitrażu międzynarodowego, jeszcze bardziej bezpiecznego dla państw. Otóż w stanowisku negocjacyjnym UE jak wół stoi, że prawo państw do regulowania w interesie publicznym ma mieć absolutny, niepodlegający dyskusji prymat nad prawem inwestora do ochrony swoich inwestycji. Więcej: propozycja zgłoszona przez KE zawęża prawo do stosowania pozasądowego arbitrażu i przewiduje poważne sankcje dla podmiotów, które chciałyby bezzasadnie pozywać państwa przed trybunały arbitrażowe. KE na dodatek chce wprowadzić możliwość apelacji od wyroków trybunałów arbitrażowych.

Mówiąc wprost, gdyby TTIP wszedł w życie, polskie firmy działające na rynku amerykańskim miałyby większą ochronę prawną niż obecnie obowiązująca (na mocy dwustronnej umowy UE – USA z lat 90.). Amerykańskie firmy działające w Polsce musiałyby starannie zastanowić się, czy naprawdę chcą pozywać Polskę w arbitrażu.

I jeszcze kilka przekłamań

ISDS nie jest jedynym strachem, który po bliższym przyjrzeniu się ma wielkie oczy. Kilka przykładów z brzegu: ewentualne wprowadzenie TTIP nie obniży norm bezpieczeństwa żywności, obowiązujących w Europie poprzez zrównanie ich z normami obowiązującymi w USA. W mandacie negocjacyjnym dla Komisji Europejskiej (którego negocjatorzy europejscy nie mogą przekroczyć) stoi, że obowiązujące dziś przepisy europejskie (np. w zakresie stosowania hormonów – przyspieszaczy wzrostu albo produktów modyfikowanych genetycznie) muszą pozostać w mocy.

Nie jest też prawdą, że TTIP doprowadzi do obniżenie standardów bezpieczeństwa w branżach chemicznej i kosmetycznej. Lista 1372 substancji zakazanych przez UE do produkcji kosmetyków nie zmieni się ani na jotę.

I trzeci przykład – GMO. Stanowisko negocjacyjne Komisji Europejskiej jest jednoznaczne: wszystkie dziś obowiązujące przepisy w zakresie organizmów genetycznie modyfikowanych pozostaną w mocy, łącznie z możliwością wprowadzenia stosownego zakazu przez niektóre państwa członkowskie.

Nie jest wreszcie prawdą, że TTIP zlikwiduje ochronę danych osobowych. Z tej prostej przyczyny, że reguły ochrony danych osobowych w ogóle nie są przedmiotem negocjacji z USA w ramach TTIP. Obecnie obowiązujące przepisy europejskie w tym zakresie pozostają w mocy.

Takie konfrontowanie faktów z zarzutami jest konieczne, by społeczna debata o TTIP miała sens.

[1] „Investor-State Dispute Settlement. A Reality Check”, Scott Miller, Gregory N. Hicks, CSIS/Rowman & Littlefield, styczeń 2015
[2] UNCTAD IIA Issue Note, “Investor-state dispute settlement: an information note on the United States and the European Union”, Nr. 2 czerwiec 2014 r.

*dr Konrad Niklewicz – współpracownik Instytutu Obywatelskiego