Newsletter

Młodzi: optymiści-realiści

Tomasz Szlendak, 08.08.2013
Takie to pokolenie jest „stracone”, jak niektórzy nasi politycy są „pohańbieni”. Nadużywamy słów

Sytuacja młodych ludzi, którzy rozpoczynają życie zawodowe w dobie kryzysu gospodarczego, nie jest ciekawa. Mamy z nią jednak do czynienia od co najmniej 2000 roku. Kryzys gospodarczy uwypuklił jedynie problem, obnażył go mocniej. Podczas kryzysu publicyści, uczeni i politycy częściej zwracają uwagę na problemy młodych ludzi ze znalezieniem swojego miejsca na rynku pracy. Niestety, żeby zwrócić uwagę na banalny w gruncie rzeczy splot czynników demograficznych i strukturalnych skutkujący trudnościami na rynku pracy, potrzeba malowniczej medialnie epidemii rozbijania miasteczek namiotowych na głównych placach stolic przez młodych dorosłych.

W ciągu ostatnich 30, 40 lat w większości wysokouprzemysłowionych państw klasyczna piramida wiekowa została zastąpiona przez prostopadłościan. Innymi słowy, niegdyś na szczycie piramidy, jak to na spiczastym czubku, było niewielu starszych, na dole zaś gromada młodych. Dzisiaj wszystkie piętra prostopadłościanu są równoliczne. Mniej więcej tyle samo mamy dzieci, tyle samo młodzieży, osób w wieku średnim i osób starszych. Coraz później wypada się z domkniętego rynku etatów, do tego przesuwa się wiek emerytalny i rośnie przeciętna długość życia. Powojenny boom demograficzny cały czas jest obecny na rynku – zdominował wszelkie sfery zawodowe i publiczne, co powoduje, że dla ludzi wchodzących na rynek pracy, nota bene także pochodzących – przynajmniej u nas – z wyżu demograficznego, po prostu brakuje miejsca.

Do tej pory, dzięki czynnikom w dużej mierze niezależnym od jednostkowych cech Polaków, jakoś udawało nam się rozładować napór młodszych roczników na rynek pracy. W latach 90-tych, z uwagi na przemianę gospodarki real-socjalistycznej w dziko-kapitalistyczną, powstało tyle nowych miejsc pracy i tyle nowych zawodów, że ludzie urodzeni w latach 70-tych nie musieli się przepychać z zasiedziałymi pracownikami w starszym wieku. Były dla nich nowe miejsca, zresztą oni sami często je tworzyli. Ktoś musiał pracować w agencjach reklamowych, w mediach, w usługach zupełnie nowego albo nieznanego tu jeszcze typu. Po wejściu do Unii Europejskiej, okazało się znowu, że wszyscy głodni porządnej pracy za porządną płacę wyemigrowali. A teraz? W kraju o niespecjalnie innowacyjnej gospodarce, a także w krajach zachodnich, które same borykają się z kryzysem i rosnącym bezrobociem, nowych miejsc pracy nie ma. I niespecjalnie w najbliższym czasie przybędzie.

W tej sytuacji młody Polak, na przykład po studiach, wpada w „grubą galaretę”. Po drugiej stronie galarety widzi etaty, ale przez żelatynową masę ciężko do nich dopłynąć. Na galaretowatą ścianę składają się: niekończące się staże, niekończące się szkolenia, okresy próbne, wolontariat, umowy o dzieło, czasowe wpadki w bezrobocie, wspomagane kieszonkowym od taty i mamy, studia takie czy siakie, byle coś robić ze sobą i z czasem. Słowem – zajęcia i prace nie dające poczucia pewności i nie dające stabilizacji, choćby umocowania pozycji ekonomicznej i społecznej wobec ewentualnego kredytodawcy.

Wszystkie te formy „elastycznego” zatrudnienia dają w rezultacie pensję minimalną, która nie pozwala na wkroczenie w dorosłość. Nadal oczywiście można uciec za granicę, ale jest to coraz trudniejsze z uwagi na coraz dalsze potencjalne destynacje takiej ucieczki (bo iluż młodych Polaków wyemigruje do Chin, Indii, Singapuru, Malezji, gdzie rynek pracy mniej albo bardziej dynamicznie się rozwija?). Tylko nielicznym uda się znalezienie pracy handlowca energią na skalę europejską ulokowanego w czeskiej Pradze.

„Elastyczna” praca, a faktycznie bezrobocie, może zatem grozić nawet kilkudziesięciu procentom młodych ludzi. Pytanie, dlaczego Polacy mieliby mieć pod tym względem lepiej od młodych Hiszpanów, gdzie było nieco więcej lat na zbudowanie bardziej innowacyjnej i „pojemniejszej” gospodarki? Praca na miejscu, w Polsce, jest zazwyczaj niezgodna z rozbuchanymi (przez media, przez rodziców, przez przedłużającą się edukację) aspiracjami (bo: każdy chce być wziętym prawnikiem, szefem korporacji farmaceutycznej albo dziennikarzem zarabiającym krocie). A jeśli dostaje się w końcu jakąś pracę, to przez długi czas pracuje się za grosze bez poczucia socjalnego bezpieczeństwa. Trudno być w takiej sytuacji szeroko uśmiechniętym optymistą. Jest się raczej, jak polscy młodzi, optymistą-realistą, choć to chyba oksymoron, skupiającym się na samorozwoju i na dodawaniu pozytywnych wrażeń do takiej sobie codzienności.

Jest to jednak nie tyle efekt obecnego wahnięcia gospodarczego, ile efekt poważniejszego kryzysu gospodarek kapitalistycznych, problem obecnej fazy kapitalizmu i kryzys myślenia młodych ludzi o samych sobie i swojej roli. Dopóki ważny będzie PKB, a nie jakość życia obywateli i dopóki ponadnarodowi spekulanci finansowi będą sobie mogli hasać do woli za przyzwoleniem obezwładnionych długami publicznymi państw, nic się nie poprawi. Dla gospodarki nastawionej wyłącznie na zysk dla nielicznych, koszta pracy chcącego dobrze żyć, przeciętnego młodego Europejczyka są zbyt wysokie.

Pamiętajmy jednak, że młodzi ludzie, zwłaszcza w Polsce, mają wysokie kompetencje społeczne i technologiczne. Mówią w językach obcych, są elastyczni, mobilni, a nie przynitowani do jednego miejsca, coraz bardziej twórczy. Może to oznaczać, że coraz częściej będą sami sobie budowali nisze zawodowe w nieistniejących dotąd usługach czy zawodach związanych z kulturą, turystyką, zaspokajaniem potrzeb niematerialnych, lokalnych, emocjonalnych, sieciowych, towarzyskich czy artystycznych.

Do tego coraz ważniejsza jest dla nich jakość życia, która nie sprowadza się do zarabiania więcej od bliźnich (no, przynajmniej dla tych lokujących się w szeroko rozumianej klasie średniej, bo im niżej w hierarchii, tym z tą akurat kwestią gorzej…). Być może trzecim szczęśliwym buforem blokującym problemy młodych na polskim rynku pracy, po transformacji i emigracji, będą rosnące kompetencje i kreatywność młodzieży. Niestety, wobec rosnącej w Polsce nierówności społecznej i dużej rozpiętości dochodów, przy relatywnie niskich zarobkach w „śmieciowej” pracy albo pozostając na bezrobociu, ci ze społecznego dołu zdolni są do anty-systemowych rozruchów na wzór brytyjski. Będą kraść adidasy i komórki oraz tłuc szyby w policyjnych samochodach. Wszak wydarzył się już u nas Słupsk…

Oczywiście jest mnóstwo przesady w określeniu „stracone pokolenie”. Takie to pokolenie jest „stracone”, jak niektórzy nasi politycy są „pohańbieni”. Nadużywamy słów. Zawsze istnieje ryzyko, że tego typu terminy będą „performatywne”, co znaczy, że zamiast jakąś rzeczywistość opisywać, będą ją tworzyć, choćby na zasadzie samospełniającego się proroctwa. Straceni – jeśli tylko uda się im wmówić, że tak się właśnie straceńczo miewają – nic już przecież nie mają do stracenia, a zatem mogą podpalić i zdemolować jakiś osiedlowy sklep, albo urządzić krwawą uliczną jatkę w poszukiwaniu markowych trampek.

Nie wystarczy jednak komuś opowiadać o tym, że jest stracony, aby zaczął działać niczym straceniec. Tego rodzaju opowieści muszą trafić na podatny grunt w postaci faktycznego kiepskiego położenia albo przynajmniej silnego poczucia społecznego upośledzenia. Nie sądzę zatem, aby w przypadku większości młodych Polaków „stracone pokolenie” było jakąś nośną metaforą, podłożem społecznego buntu czy choćby politycznej mobilizacji.

Buntujący się młodzi Grecy, Hiszpanie czy Izraelczycy nie postrzegają przecież siebie jako „przegranych” czy „straconych”, ale raczej jako „oszukanych” przez państwo, rząd czy system ekonomiczny. Oni starają się być w życiu świetni i sprawni, ale państwo i globalne gospodarcze brewerie, na które to państwo zezwala, to życie im skutecznie utrudniają. Tego rodzaju hiszpańsko czy izraelskopodobne poczucie bycia oszukanym może oczywiście u nas rosnąć, ale niekoniecznie i niekoniecznie równo we wszystkich kategoriach społecznych.

Sądzę, że opowiadanie o straconym pokoleniu nie trafi w Polsce na podatny grunt, przynajmniej w kategorii młodych osób pochodzących ze środka struktury. Młodzi ludzie pochodzący z rodzin klasy średniej mają ułatwiony start w życie za sprawą kapitału kulturowego i społecznego ich rodziców. Do tego dochodzą poważne w Polsce przepływy międzygeneracyjne, czyli – mówiąc po ludzku – finansowe wspieranie młodych przez starszych. Tych akurat młodych ludzi, choć mają podobnie jak Hiszpanie coraz poważniejsze kłopoty z odnalezieniem się w dorosłości, nic nie przekona, że są straceni. Przeciwnie, odnoszę silne wrażenie, że młodzi ludzie pochodzący z klasy średniej mają dziś poczucie, że są hiperwyjątkowi, superważni, wiele warci.

Moim zdaniem, choć zapewne zabrzmi to brutalnie, to auto-podsycane przekonanie o własnej wyjątkowości jest zresztą grubo przesadne, na granicy śmieszności. W tym sensie zatem mogą być straconym pokoleniem, jeśli już chcemy ich koniecznie w takich kategoriach opisać, bowiem spotkają się u progu dorosłości z obojętnością świata na ich wyjątkowość, po czym wylądują z depresją i poczuciem niedocenienia. Ta diagnoza niekoniecznie jest prześmiewcza, choć rozumiem oczywiście, że poczucie bycia na straconej pozycji, o którym mowa, polegać ma raczej na tym, że do wrót dorosłości puka pokolenie świetnie wykształcone, znające się na technologiach i znające języki, ale zza tych wrót nikt pozytywnie nie odpowie: „proszę, wejdźcie, jesteście cudowni, a to jest dla was etat”.

Za wrotami dorosłości wszystkich i wszystkiego już pełno. Nie ma miejsca na nikogo nowego. Ponieważ jednak młodzi w Polsce spotykają się raczej z pomarańczową galaretą staży, umów czasowych i wsparcia rodziców zamiast twardą ścianą ubóstwa i bezrobocia, poczucie bycia straconym pokoleniem raczej nieprędko zaświta im w głowach.

Może jednak zaświtać u tych 30 procent młodych, którzy mają zbyt mało wszelkiego typu kapitałów, żeby w ogóle odnaleźć się w społeczeństwie, w którym dysproporcje zarobków i szans życiowych ciągle rosną. Przybywa dzieci w rodzinach, które żyją za minimalne kwoty. Jednocześnie, w tych rodzinach są przecież telewizory, na których emitowane są obrazki nieosiągalnego bogactwa. To dzieciaki z tych rodzin podejmują ryzyko i koszt edukacji w wątpliwej jakości szkołach wyższych, które nie zapewnią im ucieczki z dołu społecznej  hierarchii. Kiedy tylko – co nastąpi moim zdaniem bardzo szybko – dojdą do przekonania, że promowana usilnie edukacja nie przynosi im żadnych wymiernych zysków, podarują ją sobie, a wielu z nich za sprawą niedrożnych kanałów awansu społecznego wzmacniać będzie liczebnie środowisko trwale bezradnych, którym łatwo będzie manipulować.

Medialne opowiadanie o straconym pokoleniu do nich jednak nie przemówi. Głównie dlatego, że z reguły niczego nie czytają. A zatem nic nie wiedzą o publicystyczno-politycznych pomysłach na ich zaszufladkowanie. Przemówi do nich własna, przykra sytuacja ekonomiczna, połączona z brakiem uprawnień, społeczną ścianą niemożności i telewizorem do spółki z internetem, które pokazują nieosiągalne cuda na wysoko umieszczonym kiju.

Jedni zatem młodzi wyglądają na w pewnym sensie straconych. Drudzy nie za bardzo. Zapomnijmy o tym, że młodzi w naszym kraju stanowią jakąś kulturową czy społeczną jednię. Nie da się o wszystkich młodych powiedzieć czegoś sensownego, jeśli wszystkich upchniemy w jedną, nieszczególnie celną kategorię.

* Prof. dr hab. Tomasz Szlendak – dyrektor Instytutu Socjologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu

Tekst opublikowany w Lupie Instytutu “Stracone pokolenie: mit czy rzeczywistość?” we wrześniu 2011 r.