Newsletter

Budapeszt – Berlin: oś czy kość?

Bogdan Góralczyk, 02.02.2015
Czy lepiej mieć Węgry wewnątrz UE, nawet krytyczne i kontrowersyjne, niż poza nią?

Czy lepiej mieć Węgry wewnątrz UE, nawet krytyczne i kontrowersyjne, niż poza nią?

CC-BY-SA-2.0. Autor: European People's Party

Wewnątrz Unii Europejskiej podobnych spotkań w ciągu roku mamy na pęczki. Często ledwie je odnotowujemy. Jednakże kilkugodzinna robocza wizyta Angeli Merkel zaplanowana na 2 lutego w Budapeszcie jest z natury inna.

To pierwszy pobyt niemieckiej kanclerz w stolicy Węgier odkąd tamtejszy rząd, a w istocie charyzmatyczny premier Viktor Orbán, postawił na własny kurs: większą samodzielność, suwerenność i „politykę wolnościową” w gospodarce.

Przedmiot krytyki: gospodarz nie gość

W polityce europejskiej mamy ferment. Ostatnie wybory w Grecji i ich wyniki, czyli triumf „antysystemowej” partii Syriza, tylko tę tezę potwierdzają. A synonimem „systemu”, przeciwko któremu wypowiada się nowy gabinet w Atenach, jest nie tylko Bruksela, ale i Berlin jako najsilniejszy wewnątrz niego organizm. Gdy kanclerz Niemiec była w Grecji, też na krótko, witały ją tłumy demonstrantów oraz jej podobizny – z wąsikami Hitlera. Jak będzie Budapeszcie?

Demonstracje też są przewidywane, ale innego rodzaju. Niezadowoleni wyrażą protest nie tyle przeciwko gościowi, co gospodarzowi, choć i sam przyjazd nie wzbudzi ich entuzjazmu. Albowiem w oczach krytyków pobyt Merkel to nic innego, jak legitymizacja tego, co się na Węgrzech dzieje.

To jednak nie krytycy, nawet jeśli wyjdą na ulice, nadadzą ton wizycie niemieckiej kanclerz. Angela Merkel nawet nie spotka się z opozycją, bo takiej w istocie teraz nie ma (poza skrajnym Jobbikiem). Wygłosi wykład na uniwersytecie, porozmawia z premierem Orbánem, a na koniec spotka się z silną w Budapeszcie społecznością żydowską.

Całkowicie zdominowane przez gospodarza media nadadzą odpowiedni ton w dyskursie wewnętrznym. Co będzie na zewnątrz, zależy od tego, co powie i jak się zachowa pani kanclerz. Czy zdobędzie się na krytykę, czy też będzie trzymać się dotychczasowej linii: lepiej mieć Węgry wewnątrz UE, nawet krytyczne i kontrowersyjne, niż poza nią? Ale czy jest to stanowisko słuszne, gdy nad Dunajem konsekwentnie podważane są podstawowe wartości, na jakich zbudowano UE, czyli tzw. kryteria kopenhaskie?

Podróż w inne realia

Viktor Orbán w minionych pięciu latach, odkąd ponownie jest u władzy, tym razem niemal nieograniczonej (synonim: „konstytucyjna większość”) zbudował na Węgrzech własny system, odmienny od tego w UE. Sam go publicznie określił jako „demokrację nieliberalną”, a każdy badacz lub wnikliwy obserwator może wskazać jego rudymenty.

Odrzucenie mechanizmów równowagi i kontroli (checks and balances) na rzecz silnej egzekutywy, a w istocie jednoosobowych rządów premiera, który niewiele by się mylił, stosując głośną kiedyś formułę „państwo to ja”. Dalej, centralizacja i rosnąca rola państwa w gospodarce, a przy tym budowa własnej klienteli. Kolejna sprawa: kurs narodowy i „wolnościowy” w stosunku do obcych kapitałów i zagranicznych instytucji, włącznie z tymi w UE. To jest rzeczywistość, na spotkanie której kanclerz Merkel zmierza. Zareaguje na nią, czy ją przemilczy?

Gospodarz zrobi wszystko, by Merkel czuła się dobrze. To jego nobilitacja. Nie pozostawił co do tego żadnych wątpliwości János Lázár, na zewnątrz polityk mało znany, a na Węgrzech potężny szef kancelarii premiera. Czyli w istocie osoba numer dwa w państwie (co do siły i oddziaływania, nie konstytucji, która w obecnych realiach akurat mniej się liczy).

W obszernym wywiadzie dla świąteczno-noworocznego wydania tygodnika „Figyelö” (Obserwator) stwierdził jednoznacznie: „Z węgierskiego punktu widzenia dzisiaj najważniejszym przywódcą na świecie jest Angela Merkel”. I dlatego – jak dodał – „w 2015 r. nasz najważniejszy cel w polityce zagranicznej to zacieśnienie sojuszu z Niemcami”. Innymi słowy, z punktu widzenia rządzących w Budapeszcie wskazana byłaby nawet oś z Berlinem. Co o tym sądzi drugi partner, wszak do tanga trzeba dwojga? Zobaczymy. Czy Angela Merkel dostrzeże oś, czy też raczej kość – niezgody.

Czemu Niemcy są tak istotne dla Madziarów? Wystarczy spojrzeć na strukturę węgierskiej produkcji i handlu. Najważniejszy partner gospodarczy i handlowy Węgier to Niemcy, a wielkie zakłady samochodowe: Opla, Audi, BMW, MAN-a czy Mercedesa nakręcają koniunkturę. Bez nich gospodarka węgierska byłaby wręcz lilipucia.

Są jednak, szczególnie ostatnio, problemy. Napotykają je Grupa Bertelsmanna, w tym szczególnie należąca do niej sieć telewizyjna RTL, na którą władze węgierskie nałożyły duże podatki od reklam. Z trudnościami borykają się też Deutsche Telekom czy koncern energetyczny E.ON, ten ostatni w kontekście niedawnej ekspansji Gazpromu.

Kości zostały rzucone

W ten sposób trafiamy na drugi, ważny element tej wizyty: kontekst międzynarodowy. Stanowisko Budapesztu wobec Rosji jest znane i odmienne od unijnego. To sam premier Orbán nazwał zachodnie i unijne sankcje wobec Rosji „strzałem w stopę”. A teraz, gdy już data wizyty niemieckiej kanclerz jest potwierdzona, ogłoszono, że następnym ważnym gościem nad Dunajem 17 lutego ma być nie kto inny, jak sam Władimir Putin. Ba, w tzw. kolejce wschodniego otwarcia już stoi Nursułtan Nazarbajew z Kazachstanu.

Jedni w UE stanowisko wobec Rosji zaostrzają, inni – obok Węgier i Grecji, także Bułgarii, Austrii, a nawet Włoch – chcą z Rosjanami rozmawiać. To też podkreślił w swoim wywiadzie Lázár. Stwierdził: „Węgry mają jednoznaczne stanowisko – nie sankcje albo nie tylko sankcje, ale także rozmowy pokojowe są potrzebne. Nie zgadzamy się z polityką amerykańską, która oddziela Rosję od Europy”. A pomóc w zmianie tego stanu rzeczy mają właśnie Niemcy, albowiem „zachowanie pokoju w Europie leży obecnie w rękach Niemiec”. Pomogą – jeśli same wewnątrz kraju są w tej kwestii wyraźnie podzielone?

I jeszcze jedno. Lázár stwierdził także: „Nie jesteśmy w stanie dostarczać broni Ukrainie, bowiem w ten sposób włączylibyśmy się w konflikt, co mogłoby być zagrożeniem dla naszych obywateli”. Przy czym chodzi o wszystkich Węgrów; także tych „kilkuset tysięcy zamieszkałych na Ukrainie, którzy żyją tam niczym zakładnicy”.

Problem w tym, że widać tu sprzeczność. Przecież tam, gdzie są zakładnicy, trzeba interweniować – i to natychmiast. To święty obowiązek każdego państwa. A tu zamiast interwencji proponuje się zasadę nieinterwencji. Więc jak to jest? Kto rozwiąże tę sprzeczność? Sami Węgrzy czy przy pomocy Niemców? I na kogo postawią: na Kijów czy Moskwę? Będzie oś, jak chce Budapeszt, czy też raczej kolejna kość niezgody?

*Bogdan Góralczyk – profesor w Centrum Europejskim UW, były ambasador, stały komentator IO