Newsletter

Czy po Auschwitz da się jeszcze pisać wiersze?

Jarosław Makowski, 27.01.2015
Trzeba najpierw zacząć tracić własną pamięć, by sobie uświadomić, że pamięć jest całym naszym życiem

1.

CC BY-SA 4.0. Autor: Alexandre Lepage QC

„Pamięć ludzka jest narzędziem wspaniałym, ale zawodnym – przekonuje ocalały z Auschwitz włoski pisarz pochodzenia żydowskiego Primo Levi, który, jak wielu ocalałych z Zagłady najprawdopodobniej popełnił samobójstwo. – Tę nienową prawdę znają nie tylko psychologowie, ale każdy, kto obserwował zachowanie otaczających go ludzi i własne. Tkwiące w nas wspomnienia nie zostały wykute w kamieniu i nie tylko mają skłonność, by z latami znikać, ale często przekształcają się, czy wręcz dopełniają, wchłaniając obce elementy”. Czy jednak tylko to, co wykute w kamieniu, potrafi oprzeć się upływającemu czasowi, który zamazuje naszą pamięć?

Choć doświadczenie koszmaru cierpienia i upadku człowieka, jakie miało miejsce w Oświęcimiu nie zostało wykute w kamieniu, to zostało poświadczone czymś dużo ważniejszym: krwią, torturami, bliznami, poniżeniem i udręką. Ba, cierpienie to zostało też udokumentowane numerami dzierganymi na ludzkim ciele, które – gdy zobaczymy je na ręku ocalałych – wywołują w nas dreszcze. Czy wobec tego Auschwitz, ta „dziura w dziejach”, by posłużyć się pojęciem ukutym przez Emmanuela Levinasa, może kiedykolwiek pokryć się kurzem zapomnienia?

2.

Tym bardziej wydaje się to niemożliwe, że przecież najwybitniejsi europejscy filozofowie, jak choćby Theodor W. Adorno prosto w twarz rzucają nam niepokojące pytania: „czy po Auschwitz da się jeszcze pisać wiersze”? Albo, czy teologia – jak bez znieczulenia dopytuje Johann Baptist Metz – może pozostać „nietknięta, czy też mogłaby pozostać nietknięta przez Auschwitz”? Krótko mówiąc: czy pamięć o Zagładzie i jej ofiarach nie powinna odmieniać nas w naszym byciu ludźmi i chrześcijanami?

Pytania te, stawiane zarówno przez filozofów, i – co dla mnie szczególnie istotne – zazwyczaj pomijane przez teologów, nie powinny pozwolić na spokojny sen. A jednak zasypiamy bez środków nasennych. Najpewniej dlatego, że są to kwestie, które miast dręczyć naszą pamięć coraz częściej wywołują ironiczny uśmiech. Czyż ktoś nie przesadza, by pół wieku po „tamtych wydarzeniach” zmuszać ludzi do pokuty? Czy rzeczywiście już do „końca świata” mamy robić za irytujące płaczki, bo w centrum Europy, dodajmy – chrześcijańskiej Europy – „przydarzył” się Holokaust? Czy ostatecznie pytania te nie brzmią dziś tak, jakby ktoś chciał „po Auschwitz” zakazać ptakom śpiewu, kwiatom rozkwitania a słońcu blasku?

Sęk w tym, że my, ludzie, nadal gotowi jesteśmy utrzymywać, iż istnieje zasadnicza różnica między człowiekiem a kwiatem, człowiekiem a słońcem. A jeśli tak, to czy nie powinna ona oznaczać przerażenia faktem „nieludzkości człowieka”, jaka objawiła się w Auschwitz – przerażenia, które właśnie już do „końca świata” powinno odebrać nam mowę, przerwać śpiew i zaćmić słońce?

Dobrze jednak wiemy, iż nie ma logicznego przejścia od zdań typu „powinno” do zdań typu „jest”. Nie dziwi zatem, że Auschwitz nie należy już do żywej pamięci Europejczyków. Nie widać, by budził w nas przerażenie i trwogę, skłaniało do żałoby. Przeciwnie, wbrew Adorno, pisze się wiersze tak, jakby się nic nie stało. Jakby na przekór Metzowi teologowie w pocie czoła kreślą swoje traktaty tak, jakby Auschwitz było jedynie wypadkiem przy pracy w długich i zacnych dziejach ludzkości.

Dlatego prowokujące i symboliczne już zapytanie Adorno, „czy po Auschwitz można pisać wiersze” należy dziś odwrócić. Do myślenia daje co innego: „dlaczego po Auschwitz z taką łatwością piszemy wiersze”? Dlaczego bez cienia wątpliwości kreślimy traktaty teologiczne, w których próżno szukać krzyku cierpiących? Dlaczego bez trudu przychodzi nam modlitwa? Dlaczego…

3.

Trzeba najpierw zacząć tracić własną pamięć, zanotował przenikliwie Luis Bunuel, by sobie uświadomić, że pamięć jest całym naszym życiem. Auschwitz jest całym naszym życiem, gdyż jest naszą pamięcią. Chwila, w której byśmy o nim zapomnieli, jest chwilą naszego końca.