Newsletter

O co komu chodzi?

Adam Szejnfeld, 27.01.2015
Jeśli rząd nie da, to opozycja obieca?

Najpierw lekarze rodzinni, później górnicy, a teraz nauczyciele; za chwilę kolejarze, pocztowcy, a może i rolnicy lub zbrojeniówka. Od razu widać, że przed nami rok dwóch ważnych kampanii wyborczych. Kolejne grupy zawodowe wysuwają więc swoje żądania. „Jeśli rząd nie da, to opozycja może obieca” – taką ideą kierują się zapewne związkowi liderzy, którzy zachęcają swoich członków do wychodzenia na ulice.

Ale czy rzeczywiście tylko o to chodzi?

Niestety, w pytaniu „o co komu chodzi?” to nie jedyna prawda. Oficjalnie wskazuje się na przykład oczekiwania płacowe pracowników, ale nieformalnie od dawana wiadomo, że w Polsce związki zawodowe mają polityczne i personalne powiązania z określonymi partiami. W rozdmuchiwaniu branżowych żądań zawsze jest więc również myślenie o obaleniu „wrogiego” rządu i oddaniu władzy „swoim”. Wtedy może dostanie się więcej.

Hm… W Polsce wydaje się, że wielu działaczy związkowych zatrzymało się mentalnie w poprzedniej epoce. Taka sytuacja miała choćby miejsce w listopadzie zeszłego roku, kiedy media obiegła wieść o tym, że w jednej ze spółek PKP związki zawodowe wszczęły spór o przyznanie premii w wysokości 1 tys. zł z okazji Święta Kolejarza.

Górnicy pracujący w nierentownych kopalniach też nie proponują choćby czasowego ograniczenia swoich przywilejów, by ratować rentowność miejsc pracy. Odwrotnie, kiedyś słyszeliśmy o postulacie podniesienia nawet „barbórkowego”.

Rolnicy z kolei, którzy w dopłatach bezpośrednich otrzymali do własnego podziału dziesiątki miliardów zł, uważają, że dzieje im się krzywda nie do zaakceptowania. Dlatego nie powinni, jak wszyscy inni obywatele, płacić składek na ubezpieczenia zdrowotne oraz społeczne. Efekt jest taki, że muszą do nich dopłacać pozostali podatnicy.

Niestety jeżeli komuś coś się da, to innemu trzeba zabrać, no przynajmniej nie dać lub dać mniej. Na tym polega sprawowanie władzy państwowej w każdym kraju, a już na pewno w takim, w którym „kołdra jest krótka”. Oczywiście nikt nikomu nie odbiera prawa do godziwego wynagrodzenia za wykonywaną pracę, czy starania się o utrzymanie miejsc pracy. Nawet jeśli miałoby to oznaczać protesty i strajki. Przecież przez wiele lat walczyliśmy o wolną i demokratyczną Polskę, także i o to, by prawo do zrzeszania się w ramach związków zawodowych oraz prawo do strajku, stanowiące fundament każdego, nowoczesnego państwa, zostało wpisane do naszej Konstytucji.

Trzeba jednak pamiętać, że to, o co walczyliśmy, to również gospodarka wolnorynkowa, bez której o dobrobycie i wzroście zamożności obywateli można zapomnieć. Ta jednak działa na bardzo prostych zasadach. Jeżeli firma ekonomicznie dobrze prosperuje, to jej pracownicy mogą liczyć na coraz lepsze warunki płacy i pracy. Gorzej jest, jeśli przynosi straty. Wówczas trzeba zastanowić się, jakie podjąć działania, by przywrócić jej konkurencyjność. Cóż, niekiedy nawet restrukturyzacja zatrudnienia albo obniżenie kosztów pracy nie poprawiają jej rentowności.

Jeśli gospodarka ma być wolnorynkową, a historia naszego państwa i innych krajów pokazuje, że na długą metę jedynie taka się sprawdza, to państwo winno interweniować jedynie w bardzo wyjątkowych sytuacjach i raczej pośrednio, a nie bezpośrednio, oferując np. dofinansowanie szkoleń i kursów umożliwiających znalezienie zwalnianym innej pracy.

Pompowanie publicznych pieniędzy w upadające przedsiębiorstwa na dłuższą metę nie ma sensu. W takich bowiem sytuacjach w sposób bardzo kosztowny przedłuża się tylko i tak nieuchronną agonię. Rzeczywiste koszty natomiast ponoszą wszyscy obywatele, a nie enigmatyczne państwo.