Newsletter

Źródła niechęci wobec TTIP

Konrad Niklewicz, 26.01.2015
Co motywuje przeciwników TTIP?

Co motywuje przeciwników TTIP, czyli umowy handlowej UE – USA? Niechęć, by nie powiedzieć nienawiść do wielkich korporacji. I sprzeciw wobec widocznych efektów globalizacji gospodarki.

Sama treść negocjowanej umowy zdaje się mieć dla wrogów TTIP mniejsze znaczenie – to mój subiektywny wniosek z ciekawej debaty, zorganizowanej 22 stycznia przez Instytut Spraw Publicznych i Biuro Informacyjne Parlamentu Europejskiego w Warszawie.

Wielką wartością tego spotkania (odbywającego się pod tytułem „Co nam da TTIP?”) było to, że w jego trakcie udało się skonfrontować poglądy zwolenników i przeciwników zawarcia porozumienia UE – USA. Takich debat do tej pory brakowało: obie strony „rozmijały się” w debacie publicznej, przedstawiały swoje racje – ale ich nie zderzały.

W czwartek do takiego intelektualnego zderzenia doszło. Było sporo emocji, temperatura dyskusji rosła od samego początku – i bardzo dobrze, bo to sprzyjało szczerości. Gdyby nie emocje, być może nie dowiedziałbym się, że głównym zarzutem przeciwników TTIP jest to, że umowa ma – ich zdaniem – zwiększyć rolę wielkich korporacji w gospodarce. A podstawowym narzędziem, które ma tę dominację wzmocnić, jest (zdaniem przeciwników porozumienia) ta część TTIP, która dotyczy reguł ochrony inwestycji i rozwiązywania sporów inwestor-państwo („Investment Protection and Investor-to-State Dispute Settlement”, w skrócie ISDS).

W wielu emocjonalnych wystąpieniach wielkie korporacje sportretowano bardzo negatywnie, jako podmioty ponoszące przynajmniej część odpowiedzialności za globalne łamanie praw pracowniczych i reguł demokratycznych, za wyzysk Trzeciego Świata, za niszczenie środowiska naturalnego, za narastające nierówności społeczne… Wyliczam bez cienia ironii: to poważne zarzuty.

Podobnych emocji nie wywołały inne elementy składowe negocjacji TTIP: likwidacja barier celnych w handlu UE – USA, ułatwienia dla małych i średnich przedsiębiorstw, dostęp do rynku energii, wzajemne otwarcie rynków zamówień publicznych, ujednolicenie zasad homologacji dla samochodów i maszyn itp. itd.

Innymi słowy: zdecydowana większość negocjowanych zapisów umowy UE – USA nie wzburza. Ku memu zaskoczeniu przeciwnicy TTIP relatywnie mało czasu poświęcili dyskusji o organizmach genetycznie modyfikowanych. Być może – tu stawiam znak zapytania – dali się przekonać powtórzonemu kilkakrotnie zapewnieniu, że TTIP w żaden sposób nie zmieni reguł prawnych dotyczących GMO obowiązujących dziś w Europie.

Czwartkowe spotkanie pokazało, że emocje wokół TTIP to kolejna konsekwencja narastającego od lat strachu przed efektami globalizacji. I przekonania, że ta globalizacja służy jednostkom, a tracą na niej miliony. Cokolwiek byśmy nie sądzili o tak postawionej tezie, trzeba do niej podejść całkowicie serio.

Poparcie dla porozumienia handlowego UE – USA będzie można zbudować tylko wtedy, gdy uda się wykazać, że jest ono pisane nie w interesie wyłącznie wielkich korporacji, ale wszystkich firm, zwłaszcza małych i średnich. I że obywatele zarówno Unii, jak i Stanów Zjednoczonych odczują korzyści ze stworzenia największej na świecie strefy wolnego handlu.

Potrzeba znacznie więcej takich spotkań i intelektualnych zderzeń.