Newsletter

Tymczasowi Niemcy

Adam Szejnfeld, 20.01.2015
Czy Niemcy niszczą wspólny rynek?

Proszę sobie wyobrazić taką sytuację. Kierowca ciężarówki wiozący towar z Polski do Francji musi przejechać przez Niemcy. Jest Polakiem, pracuje w polskiej firmie, wiezie polski towar na przykład do polskiego odbiorcy we Francji. Ale mimo to przez kilkanaście godzin ma być… Niemcem.

Jakiś absurd, żart czy happening? Nie, nic z tych rzeczy!

Polak ma stać się Niemcem nawet, jeśli na terytorium Niemiec ma przebywać tylko chwilowo. Tak bowiem rozumieją nowe przepisy organa niemieckiego państwa. Cóż, przywykliśmy do absurdów biurokratycznych w Polsce, ale okazuje się, że nie mamy w tym zakresie monopolu w Europie.

Niemieckie ministerstwa pracy i finansów chcą, aby zapisy nowej ustawy o płacy minimalnej, które weszły w życie u naszego zachodniego sąsiada 1 stycznia br. dotyczyły wszystkich, bez względu na to skąd są i gdzie pracują. W myśl takiego podejścia każdy pracownik na terytorium Niemiec ma obecnie otrzymywać co najmniej 8,5 euro brutto za godzinę pracy.

W sposób oczywisty tego typu regulacje powinny dotyczyć wyłącznie przedsiębiorstw zarejestrowanych na terytorium Niemiec i pracowników tychże firm. Ale, ale! Ustawodawca niemiecki postanowił być nieco bardziej kreatywny. Dla niego nie jest ważne miejsce zarejestrowania firmy czy stan prawny pracowników, ale zasada terytorialności. Jeśli ktokolwiek znajdzie się w ramach wykonywanych obowiązków na terytorium Niemiec, np. w ramach podróży służbowej albo tranzytu, powinien dostać wynagrodzenie na poziomie wspomnianych już 8,5 euro za godzinę.

Mało tego. Do potencjalnie zwiększonych kosztów chwilowego zatrudnienia należałoby dodać także biurokrację i sprawozdawczość, a więc następne koszty związane z ewentualnym zatrudnieniem dodatkowych osób, które prowadziłyby odpowiednią dokumentację. Co ważne, podwójną, jedną dla instytucji polskich, drugą dla instytucji niemieckich. Oczywiście tę drugą w języku Goethego, aby w razie kontroli pracownik mógł wykazać się zrozumiałym dla niemieckiego urzędnika dokumentem.

Ale czymże byłyby przepisy bez sankcji? Niemcy przewidzieli więc również kary za nieprzestrzeganie swoich nowych pomysłów. A że kara musi być dotkliwa to na początek, za sam brak zgłoszenia do odpowiednich władz na terytorium Niemiec, grozi grzywna w wysokości 30 tys. euro. Przy dalszych nieprawidłowościach kara sięgać ma nawet 500 tys. euro!

Na co Niemcom to wszystko? Dlaczego chcą, żeby ci, którzy w ramach wykonywania obowiązków służbowych znajdą się nawet na bardzo krótki czas na terytorium ich kraju, byli traktowani jak stali pracownicy niemieccy? Ano po to, jak podejrzewam, żeby walczyć ze zdrową konkurencją, choćby z o wiele tańszymi niż niemieccy polskimi, litewskimi i rumuńskimi przewoźnikami.

Polski rząd i instytucje Unii Europejskiej muszą zrobić wszystko, żeby jak najszybciej wyjaśnić tę sytuację. Brak zdecydowanej reakcji na te absurdalne przepisy może bowiem doprowadzić do finansowych kłopotów a nawet bankructw firm z Polski.

Niestety, może też dodatkowo zachęcić i inne kraje do wprowadzenia podobnych do niemieckich regulacji, co groziłoby całkowitą dezintegracją wspólnego rynku w Unii Europejskiej.

Sprawa jest więc ważna i pilna. Nie można czekać na wyroki sądów i trybunałów, bo postępowania trwają miesiącami, jeśli nie latami. Zagrożona jest przyszłość tysięcy polskich firm i setek tysięcy pracowników, którzy mogą znaleźć się na bezrobociu. Z tych też powodów podjąłem zdecydowane działania. Teraz czekam na reakcję Berlina i Brukseli.