Newsletter

Republika maszeruje

Małgorzata Mandola, 13.01.2015
W przeciwieństwie do innych krajów, we Francji słucha się jeszcze intelektualistów

W przeciwieństwie do innych krajów, we Francji słucha się jeszcze intelektualistów

CC-BY-SA-2.0. Źródło: #jesuischarlie. Autor: Olivier Ortelpa

W niedzielę Francuzi wyszli na ulice. Przez cały kraj przelała się fala La Marche Républicaine. To już druga, choć tym razem przerastająca wszelkie oczekiwania, manifestacja Francuzów po serii zamachów sprzed kilku dni. Zastrzelenie przez terrorystów pracowników pisma „Charlie Hebdo”, policjantów i przypadkowych zakładników jest według niektórych jednym z największych aktów terroryzmu pod względem liczby ofiar od końca wojny w Algierii.

Satyra jak skarb

Dla wielu nie-Francuzów „Charlie Hebdo” jest bez wątpienia zjawiskiem kontrowersyjnym. Dla Francuzów satyra – także ta, którą uprawia to pismo – wpisuje się w wolność słowa, będącą od czasów Wielkiej Rewolucji pilnie strzeżonym prawem. Marsz Republiki, w którym w samej stolicy wzięło udział prawie półtora miliona osób, w tym przedstawiciele ponad 50 państw i struktur europejskich, był przede wszystkim manifestacją niepokory, wyrazem buntu zmieszanego z niepokojem. Sprzeciwu wynikłego z poczucia obowiązku obrony wartości republikańskich, które są fundamentem francuskiego społeczeństwa.

Zapoczątkowana we Francji w 1830 roku karykatura polityczna stała się nieodzownym elementem prasy satyrycznej i poważnym narzędziem walki politycznej już w latach 1830-1835. Do najbardziej odważnych i kontrowersyjnych w tamtych czasach zaliczyć można karykaturę króla Ludwika-Filipa, upodobnionego do gruszki przez rysownika Charles’a Phillipona, spokrewnionego ze znanym malarzem i rysownikiem Honoré Daumierem. Karykatura króla była na tyle trafiona, że wiekowy monarcha zyskał przydomek „Król-Gruszka”, a rysunek stał się swego rodzaju symbolem monarchii lipcowej.

Do dziś we Francji niektóre z satyrycznych pism („Charlie Hebdo”, „Les Guignols”, „Le Canard enchaîné”, „Le Gorafi” etc.) pełnią funkcję opiniotwórczą. Jeśli tego nie zrozumiemy, nigdy nie będziemy w stanie pojąć, czym jest dla Francuzów „Charlie Hebdo” i dlaczego cała Francja manifestowała w obronie wolności słowa – w tym wolności i niezależności satyry. Przecież nie wszyscy, którzy wyszli na ulice, czytali ten tygodnik. I na pewno nie każdemu odpowiadała tematyka i estetyka rysunków zamordowanych satyryków. Ale to nie jest istotne w debacie, która rozpoczęła się w związku z zamachem.

Dyskusja obok problemu

W zagranicznych i polskich mediach związana ze sprawą dyskusja internautów, czytelników i słuchaczy toczyła się całkowicie obok tematu. A przynajmniej szła nie w tym kierunku, który dla Francuzów jest dziś istotny. Czy „Charlie Hebdo” jest tygodnikiem antymuzułmańskim, homofobicznym, rasistowskim? Jeśli dosłownie potraktujemy zamieszczane w nim rysunki, to tak, jest tym wszystkim. Ale można znaleźć w nim tyle karykatur Mahometa, ile Boga chrześcijan, papieża, Trójcy Świętej czy francuskich i zagranicznych polityków. Najczęściej zaś wykpiwani byli prawicowi i skrajnie prawicowi politycy. Po wygranej Frontu Narodowego Marine Le Pen została przestawiona jako… kupa, a rysunek opatrzono podpisem: „Oto Wasz kandydat, który Was przypomina”.

„Charlie Hebdo”, przekraczając granice przyzwoitości i dobrego smaku, obśmiewał wszystko, co ludzie mogli traktować poważnie, przede wszystkim religię. Mimo obscenicznej formy, nigdy nie była to jednak banalna satyra dotycząca błahych tematów. Satyra francuska w niczym nie przypomina idiotycznych kabaretów.

Dyskusja na temat obrażania uczuć religijnych przez tygodnik jest jak najbardziej uzasadniona. Od dwudziestu lat redakcja „Charlie Hebdo” jest ustawicznie pozywana do sądów. Dowodem tego, jak wymiar sprawiedliwości we Francji traktuje wolność słowa, jest fakt jednak, że praktycznie żadnego z tych procesów gazeta nie przegrała. Teraz w obronie tygodnika stanęli nie tylko politycy i artyści z całego świata, którzy przybyli do Paryża, by uczestniczyć w marszu, ale i francuscy intelektualiści, w tym byli politycy, a nawet sam rektor Sorbony.

Za to właśnie kocham Francję i za to podziwiają ją myśliciele przybywający tu z całego świata. To bodaj jedyny kraj na świecie, w którym słucha się jeszcze głosu intelektualistów. Dyskusja publiczna nie jest tu kierowana skrajnymi emocjami ludu, skądinąd będącymi w takich okolicznościach czymś naturalnym, ale wartościami, o których przypominają właśnie intelektualiści.

Albo wolność, albo nic

Nazajutrz po zamachu z 7 stycznia, kiedy pościg za zamachowcami jeszcze trwał, Robert Badinter na zaproszenie radia, gazet i telewizji próbuje ludziom przemówić do rozsądku i sprawić, by skrajne emocje nie przedostały się do polityki. To postać wybitna. Polityk, w latach 1981-86 minister sprawiedliwości w rządzie François Mitterranda, którego mowa w parlamencie w 1981 roku zapisała się w historii Francji jako moment zniesienia kary śmierci (do tamtej pory nadal wykonywanej przy użyciu gilotyny).

Dla Badintera sprawa jest prosta: bez wolności słowa żadna wolność nie istnieje. „Droga do obrony wolności przed jej wrogami nie biegnie przez sądownictwo stosujące wyjątek od prawa. Byłaby to kolejna pułapka, którą historia zgotowała demokracji. Ci, którzy w nią wpadli, nie uzyskali skutecznej ochrony porządku publicznego, ale wiele stracili w zakresie wolności, a nawet honoru – argumentuje ten wybitny eseista. – Emocje dziś nami szargają i biorą górę, ( …) ale ponad naszym bólem i smutkiem wpisuje się obowiązek sprawiedliwości. Strzeżmy się w tej godzinie pułapki, jaką przygotowali na nas terroryści. Wyzwalając w nas nienawiść wobec wszystkich muzułmanów we Francji, doprowadzą do rozłamu społeczeństwa francuskiego i wrogości po obu stronach”.

Słowa Badintera były przede wszystkim odzewem na zaproponowanie przez Marine Le Pen jeszcze w dniu zamachu referendum na temat przywrócenia kary śmierci, co stanowi kontynuację myśli jej ojca, Jean-Marie Le Pena, uważającego gilotynę za „najwłaściwszy sposób ucinania głowy”. Od samego początku FN próbuje grać swoją polityczną gierkę na tej tragedii. Jean-Marie Le Pen jeszcze w trakcie marszu ośmielił się zaproponować swoją kandydaturę w grudniowych wyborach regionalnych.

Umrzeć stojąc

Co stanowi etyczny fundament współczesnego francuskiego społeczeństwa? Przytoczę słowa francuskiego filozofa Raphaëla Enthovena z czerwca 2014 r., który w swojej audycji radiowej przeanalizował kwestię moralności w następujący, z ducha platoński sposób: cnota, za którą obiecana jest nagroda, nie jest cnotą. Jesteśmy prawi z uwagi na nagrodę, czy może dla samej idei sprawiedliwości? U francuskich filozofów oświecenia (ateistów, materialistów, racjonalistów) możemy zaobserwować tę samą refleksję i te same wnioski, choć ich filozofia wiązała się w dużej mierze na walce z religią i podważaniu jej prawd.

Pięć wieków później w ustach terrorystów pobrzmiewa ten sam motyw raju obiecanego. W liście zamachowca z 11 września znajduje się fragment: „jeśli Bóg pozwoli, będzie to dzień, w którym znajdziesz się w raju (…), wiedz, że drzwi raju czekają na ciebie otworem, kobiety nawołują cię – przyjdź do nas uwielbiony w Bogu”. Tyle samo wspólnego z cnotą i wartościami ma niedawny zamach na paryską redakcję.

Kontynuowanie działalności „Charlie Hebdo”, pomimo wcześniejszych gróźb i prób zamachów, jest dla francuskiego społeczeństwa najwyższym aktem powinności i odwagi obywatelskiej. W ostatnich dniach licznie cytowany był Chabu, czołowy rysownik pisma, który wywiadzie sprzed dwóch lat zapytany, czy nie obawia się gróźb i zamachów, odpowiedział, że „wolałby umrzeć stojąc niż żyć na kolanach”. Nikt nie pomyślał wtedy, że to przepowiednia.

66 milionów rannych

Jeśli Francuzi wyszli teraz na ulice, to nie z chęci zemsty i nienawiści, ale dla okazania pogardy wobec hańby, za jaką uznają zamach na ich wartości, i dla podkreślenia solidarności. Na transparentach można było przeczytać: „Jestem muzułmanką, ale mój islam jest inny od ich islamu”, „Trafiony- niezatopiony”, czy cytat z Koranu niesiony przez 14-letnią muzułmankę : „Ten, który zabija człowieka, zabija całą ludzkość” – z dopiskiem: „Aktualne w Paryżu, jak i Nigerii, Syrii i Ukrainie, obowiązuje też w Gazie”. To właśnie miały też wyrazić tweety nieustannie słane od 7 stycznia: „12 zabitych, ale 66 milionów rannych”, „Chcieli powalić Francję na kolana, a postawili ją na nogi”, „Chcieli unicestwić Charlie Hebdo, a dzięki nim ono jest nieśmiertelne”.

Niedzielna manifestacja była szczególna, ale nie tylko pod względem liczby uczestników. Można było poczuć odradzający się patriotyzm w społeczeństwie francuskim. Wywieszenie francuskiej flagi, tak ostatnio rzadkie i kojarzone zazwyczaj z nacjonalizmem, nie miało już tego kontekstu. Po raz pierwszy od dawna policja była przez tłum oklaskiwana. Mam wrażenie, że sami Francuzi zaskoczeni byli swą mobilizacją i rozmiarem marszu. Czegoś takiego Francja nie doświadczyła od drugiej wojny światowej.

Jak powiedział prezydent Hollande, tego dnia Paryż stał się stolicą świata. Dumnym Francuzom od dziś, obok „Liberté, égalité, fraternité” przyświeca nowa dewiza: „Libres, debout, ensemble” (wolni, dumnie wyprostowani, razem). Co będzie jutro ? Czas pokaże, ale Francja już nigdy nie będzie taka sama.

*Małgorzata Mandola – językoznawczyni, romanistka na Université Rennes 2 we Francji oraz Uniwersytecie Warszawskim. Członkini grupy badawczej LDILE, ICOS i UNGEGN