Newsletter

Czuły barometr naszych histerii i nadziei

Elżbieta Sawicka, 12.01.2015
Tadeusz Konwicki (22 czerwca 1926 – 7 stycznia 2015)

Był wyrazicielem dążeń i frustracji, nadziei i wściekłości kilku pokoleń Polaków. Towarzyszył nam na wszystkich zakrętach powojennej historii. Rzecznik spraw przegranych, stawał zawsze po stronie słabszych

Fot. Włodzimierz Wasyluk

Sama jego obecność była znacząca. To, że jest. Że codziennie szybkim krokiem przemyka Nowym Światem. Czasem zatrzymywał się na chwilę, by z zadartą do góry głową obserwować chmury albo księżyc. Potem biegł dalej. Zawsze w pośpiechu.

Ironia i czułość

Nikt nie przebadał naukowo, jak duży wpływ na nasze mózgi, na kształtowanie wrażliwości, wyobraźni, smaku, poczucia godności i poczucia humoru, miała twórczość Tadeusz Konwickiego. Bo że miała, nie mam najmniejszych wątpliwości. Zresztą, czy tylko twórczość? Także styl bycia. Powściągliwość, asceza i ironia, połączone z dyskretnie skrywaną czułością dla rodzaju ludzkiego. Niechęć do patosu. Mądry, całkowicie wyprany z nacjonalizmu patriotyzm, pojmowany przede wszystkim jako lojalność wobec społeczności, w której się żyje. Ale też krytycyzm wobec jej przejawów chorobowych.

Tę wyjątkowość Konwickiego podsumował Adam Michnik, żegnając zmarłego pisarza tekstem Najbardziej niezwykły „Zwierzoczłekoupiór: „Jego wrażliwość i mądrość serca, jego ironia i sarkazm, ale też odwaga i determinacja – wszystko to tworzyło niepowtarzalną całość, która na zawsze będzie współokreślać kulturę narodową”. Andrzej Titkow, autor filmów dokumentalnych o Konwickim, dodaje: „Był człowiekiem mądrym i prawym, dobrym i szlachetnym. Delikatny, utkany z niedopowiedzeń, nostalgicznej mgły, niepewności, ze zrozumienia i przebaczenia”.

Jest jeszcze jedna cecha nie do pominięcia. Mówiła o niej Maria Konwicka, córka pisarza: „Oboje jesteśmy mistykami. To znaczy: jak coś nie ma przebicia na inny wymiar, to nas to mało interesuje”. Adam Michnik też to dostrzegał: „Tak, to był homo religiosus. Ale z dumą też podkreślał swą niezależność od hierarchii Kościoła katolickiego – nie ufał instytucjonalnym hierarchom Kościoła naszego czasu”.

Przybysz w Warszawie

Ukształtowała go Wileńszczyzna. Wątek utraconej ojczyzny, mit Doliny nad rzeką, stale powraca w twórczości Konwickiego. Ale i Warszawa, w której zamieszkał po wojnie, trafiła do jego prozy. Razem z górującym nad miastem Pałacem Kultury. Niepostrzeżenie stał się jednym z najbardziej warszawskich pisarzy. Do legendy przeszedł stolik Konwickiego w kawiarni Czytelnika na Wiejskiej, a potem u Bliklego na Nowym Świecie.

„Więcej niż pół życia przemieszkałem w tym ułomnym mieście – pisał w Małej apokalipsie. – Grodzie kalekim od zarania, gwałconym przez okupantów, ćwiartowanym przez zaborców, dławionym na arkanie azjatyckich hord. Wpełzłem kiedyś do jego trupa. Miasto z trudem się reanimowało i ja z wolna po raz pierwszy w życiu wracałem do życia. Jesteśmy rówieśnikami. Związał nas przypadek. I okazało się na śmierć i życie”.

Zapisał wspaniałe karty polskiej prozy. Niezapomniane. Nakręcił prekursorskie filmy nagradzane na zagranicznych festiwalach.

Dla jednych jest przede wszystkim autorem znakomitych książek z Sennikiem współczesnym, Wniebowstąpieniem, Kroniką wypadków miłosnych, Kalendarzem i klepsydrą, Kompleksem polskim, Małą apokalipsą i Bohinią na czele. Dla innych to człowiek kina, twórca tak wybitnych filmów jak Ostatni dzień lata, Zaduszki, Salto, Jak daleko stąd, jak blisko, Dolina Issy i Lawa.

Fakt, że zajmował się w życiu i literaturą, i filmem, wiązał ze swoim niespokojnym znakiem Zodiaku. – Horoskopy wyraźnie podkreślają, że Rak wciąż startuje od nowa i to się w mojej biografii sprawdza – powiedział mi kiedyś w rozmowie. – Ja ciągle coś od początku musiałem zaczynać, z innego kąta, z innej beczki. Zaczynałem jako rysownik, pisałem, a przecież także do filmu się brałem. I to nie tylko jako reżyser, również jako autor scenariuszy.

Scenarzystę interesowały przede wszystkim adaptacje dzieł literackich, i to wysokiego lotu: Matka Joanna od Aniołów Iwaszkiewicza, Faraon Prusa, Austeria Stryjkowskiego, wreszcie Dolina Issy Czesława Miłosza i Mickiewiczowskie Dziady.

Tajemnica milczenia

Od dwudziestu lat, od 1995 roku, kiedy wyszedł Pamflet na siebie, Tadeusz Konwicki nie wydał żadnej nowej książki. Ku żalowi czytelników definitywnie odłożył pióro. Nie znaczy to, że całkowicie zamilkł. Udzielił w tym czasie wielu wywiadów – prasowych, radiowych i telewizyjnych, nakręcono o nim kilka filmów, a Przemysławowi Kanieckiemu udało się go namówić na książkę rozmów W pośpiechu. Trafnie posumował ten stan rzeczy Tadeusz Sobolewski:  „Chociaż od lat nie pisze, kiedy go się słucha, jakby się czytało jego książkę. Jakby on sam był taką żywą książką”.

Wiedzieliśmy, co myśli o nowych czasach. Słyszeliśmy jego schrypnięty głos, czasem sceptyczny, czasem poirytowany albo lekko pogardliwy, a czasem pełen nieoczekiwanej łagodności, sympatii dla nas, dla „mrów znad Wisły”.

Pytany (nieraz natarczywie), dlaczego przestał pisać, odpowiadał w swoim stylu: że honor mu nie pozwala, bo teraz piszą wszyscy. Znalazły się też inne wytłumaczenia. Włącznie z cytatem z Biblii: „jest czas siewu i jest czas żniw”. Uznał, że swoje obowiązki wobec czasów, w których przyszło mu żyć, spełnił, a imponowanie młodszym pokoleniom uważał za mało gustowne. Czuł się związany ze swoją generacją.

– Nie mam ambicji – mówił w książce Katarzyny Bielas i Jacka Szczerby Pamiętam, że było gorąco – nagle się teraz odmienić i, jak niektórzy nasi staruszkowie–artyści, wyskoczyć jako młodzieniaszek, awangardzista, noszący się nonszalancko i nowocześnie. Żyjąc, wydrapałem swój monogram na naszej ścianie płaczu. To znaczy zapisałem nasz stan mentalny, sposób patrzenia, nasze upodobania, rygory estetyczne. Jestem do tego wszystkiego przywiązany.

Andrzejowi Titkowowi w filmie Całkiem duża apokalipsa powiedział to jeszcze wyraźniej: – Zszedłem poza boisko. Może byłem w jakiś sposób potrzebny w swojej epoce, ale nowe czasy powinno opisywać pokolenie, które nadchodzi. Ustawiłem się na tym aucie, no i jest mi wygodnie. Ja nie chcę siebie przymuszać, gwałcić siebie. Nie chcę walczyć za wszelką cenę o utrzymanie swojej pozycji społecznej w tym małym światku dookoła Nowego Światu.

W innym miejscu jako przyczynę odłożenia pióra podawał śmierć żony: „W podświadomości mojej Danka była jakimś psychologicznym nakłanianiem mnie do tego, żeby coś robić. To może nie jest przypadek, że jak Danka umarła, to mi się odechciało pisać”. Ale pani Danuta Konwicka umarła w 1999 roku, więc chronologia wydarzeń nie całkiem się tu zgadza. W tej rezygnacji Konwickiego z pisania jest jakaś tajemnica, która nieprędko będzie rozszyfrowana. Może nigdy.

W kokonie własnej autonomii

Ostatni film o Tadeuszu Konwickim (nosił tytuł Co ja tu robię) nakręcił Janusz Anderman w roku 2009. W opowieściach pisarza do kamery powracają wątki dobrze znane już wcześniej. Na czele z Litwą, tradycją romantyczną, z Mickiewiczem krążącym po wileńskich zaułkach, z pokoleniem wychowanym w kulcie umierania za ojczyznę, z wojną, holokaustem, partyzantką, z powojenną katastrofą wartości, z próbą wejścia w nową socjalistyczną rzeczywistość.

Adamowi Michnikowi cierpliwie tłumaczy Konwicki w pysznej niegdyś, kryształowo–pluszowej Sali Kongresowej, dlaczego czuje się odpowiedzialny za PRL. Na Stanisława Beresia i Tadeusza Lubelskiego, drążących temat wyroków śmierci w partyzantce, pohukuje: „Czy ja jestem na przesłuchaniu w Instytucie Pamięci Narodowej, czy rozmawiam z profesorami?”.

Dużo mówi o swojej samotności. Jednak bez skargi, ani tym bardziej użalania się nad sobą. Na to wileńskie honory i obyczaje nigdy by mu nie pozwoliły. Pan Konwicki trzymał fason. „Osamotniłem się”. „Żyję w kokonie własnej autonomii” – mówił powściągliwie. Tylko tyle.

Mnie kiedyś powiedział w rozmowie:  – Nigdy nie przypuszczałem, że dożyję osiemdziesiątki. Wykluczałem całkowicie taką możliwość. Kiedy jeszcze mieszkałem na Wileńszczyźnie, w ogóle nie znałem nikogo tak starego… Ludzie tak długo nie żyli. No, po prostu wstyd! Koledzy, którzy mieli większe poczucie honoru, już dawno poumierali.

Nieustannie podkreślał swój status outsidera, emigranta. Pewnie dlatego Anderman pokazał go wyłącznie w opustoszałych wnętrzach, a jeśli na ulicy, to nie jako przechodnia, everymana wśród zabieganego tłumu, ale przemykającego samotnie Nowym Światem nad ranem, kiedy nie ma tam żywego ducha. W jakiejś kosmicznej pustce. The day after.

Już go więcej na Nowym Świecie nie spotkamy. Pamiętać będziemy zawsze.

*Elżbieta Sawicka – dziennikarka, była szefowa działu kultury w „Rzeczpospolitej” oraz redaktor dodatków „Plus Minus” i „Rzecz o Książkach”