Newsletter

Unio, zacznij się bronić!

Konrad Niklewicz, 04.01.2015
W Europie posłuch wśród wyborców zyskują populiści, demagodzy i wrogowie europejskich wartości

W Europie posłuch wśród wyborców zyskują populiści, demagodzy i wrogowie europejskich wartości

Źródło: European Parliament/ Facebook

Szczęście w nieszczęściu, pierwsza partia populistyczna, która faktycznie może objąć władzę – grecka Syriza – nie proponuje zlikwidowania Unii Europejskiej, a jedynie jej „głęboką zmianę”. Efektem ewentualnych rządów Syrizy może być jednak początek rozpadu strefy euro, więc nie ma co się pocieszać umiarkowaną antyeuropejskością greckich populistów.

Tymczasem populiści z innych krajów Unii nawet nie ukrywają, że Unię Europejską chcą po prostu zniszczyć. UKIP w Wielkiej Brytanii, Front Narodowy we Francji, czy Nowa Prawica w Polsce – te partie łudzą wyborców, że państwa narodowe poza Unią będą radzić znacznie lepiej niż w ramach wspólnoty. Miliony sfrustrowanych Europejczyków „kupują” tę narrację i zaczynają w Unii widzieć problem, a nie rozwiązanie jakiegokolwiek z problemów. Bezrobotni młodzi Francuzi, Grecy, Hiszpanie czy Polacy rozgoryczeni złymi warunkami pracy, Brytyjczycy zmuszeni konkurować o stanowiska z „obcymi” – część z nich naprawdę wierzy w populistyczne bajki, że zła Bruksela pozbawia ich bogactwa i życiowych szans.

Pokolenie Erasmusa

Na to nakłada się jeszcze jeden problem. Najmłodsza generacja zwyczajnie nie wie, po co ta cała Unia Europejska w ogóle jest. Bombardowani medialnymi doniesieniami o rzekomo absurdalnie drogiej, unijnej biurokracji, młodzi widzą w UE wyłącznie koszty i skandale. To, że jeżdżą po całej Europie bez paszportu, drogami zbudowanymi za unijne pieniądze, uczą się na zagranicznych uniwersytetach dzięki stypendiom Erasmusa, czy wreszcie to, że od 70 lat nikt nie każe im wskakiwać do okopów i strzelać do siebie – to wszystko jest im obojętne, bo przecież zawsze tak było i zawsze będzie. Należy się. Młodzi nie widzą w tych korzyściach ani śladu Unii. Ba, oni nawet nie uznają tego za „korzyść” samą w sobie, bo przecież nie znają innej rzeczywistości i nigdy nie stali 12 godziny w kolejce na przejściu granicznym, upokorzeni i z paszportem w zębach.

Niedawno na portalu debatingeurope.eu toczyła się ciekawa, publiczna debata o europejskiej tożsamości. Uczestników poproszono o odpowiedź na pytanie: „Co dla ciebie oznacza „być Europejczykiem”?” Prócz ton hejtu, często całkowicie absurdalnego, kilka komentarzy było interesujących. Tak jak odpowiedź internautki podpisanej „Patricia”: „Dla mnie to znaczy, że mogę swobodnie podróżować i pracować w różnych krajach Unii. Skorzystałem z tego już 5 razy. Wychowałam się w Niemczech, studiowałam w Wielkiej Brytanii, rok byłam we Włoszech, potem pracowałam w Belgii, a teraz we Francji. Mieszkam w miejscu, który nie zaznało wojny od dekad, w którym przestrzegane są demokratyczne wartości, które ma bogatą i różnorodną kulturę… Chciałabym, żeby ludzie przypomnieli sobie jak to było choćby 30 lat temu!”.

Europejska amnezja

Kłopot w tym, że ludzie sobie nie przypomną. Nie sami z siebie. W obecnej pop- lub post-polityce wszelkie nawoływania do historycznego porównania i próby odnotowania różnic, to groch o ścianę. Nic to, że Ukraińcy pięć lat temu zapewne byli święcie przekonani, że nikt ich zbrojnie nie najedzie. A Holendrzy byli równie głęboko przeświadczeni o tym, że w Europie – rozumianej geograficznie – nikt nie zestrzeli rakietą przeciwlotniczą pasażerskiego samolotu z ich rodakami na pokładzie.

Liczy się tylko tu i teraz, a wszystko co dobre, zbudowane przez dziesięciolecia, jest traktowane jak absolutnie minimum, które spadło z nieba i należy się każdemu. Odwołując się do nadużywanego argumentu cen roamingu (czyli kosztów korzystania z własnego telefonu komórkowego za granicą): dzisiejszego 22-latka nie obchodzi to, że jeszcze w 2010 r. jego rodzice płacili za rzeczony „roaming” 10 razy więcej. I że potrzebna była interwencja instytucji Unii, by oligopol koncernów telekomunikacyjnych złamać.

Przyznajmy to wprost: Unia Europejska, osłabiona najcięższym od stulecia kryzysem gospodarczym, nie ma dziś nowej opowieści o sobie, którą mogłaby przyciągać zwolenników. Stare opowieści o tym, że wspólnota zapewniła najdłuższy okres dobrobytu i pokoju w historii kontynentu pozostają prawdziwe, ale już nie działają. Im szybciej, im więcej osób zda sobie z tego sprawę, tym lepiej.

Unia Europejska udaje, że się broni przed nacierającymi eurosceptykami, używając starych argumentów, XX-wiecznego i rzeczowego języka, koronkowych i do bólu transparentnych metod komunikacji. Szlachetne to – ale całkowicie nieskuteczne. W ciągu ostatniej dekady unijne instytucje wydały dziesiątki milionów euro na różne próby dotarcia do europejskiej publiczności. Efekty? Zaufanie do unijnych instytucji jak spadało tak spada, podobnie jak frekwencja w wyborach do Parlamentu Europejskiego. W tym samym czasie za oceanem pewna amerykańska korporacja potrafiła – głównie za pomocą równie doskonałego co bezwzględnego marketingu – wykreować globalny popyt na produkt, którego nikt wcześniej nie potrzebował. I dziś ta korporacja ma większą rynkową wartość niż cały roczny budżet niejednego państwa Unii.

Reklama dźwignią…Unii?

Mówiąc wprost: dlaczego Unia Europejska nie może zacząć naśladować podmiotów rynkowych i ich skutecznych, jak się okazuje, metod komunikowania? Jeśli rzetelna debata publiczna nie działa, bo nikt nie jest zainteresowany udziałem w niej, może czas sięgnąć po reklamę w telewizji i internecie. A nawet „lokowanie produktu” – jeśli to okaże się skuteczne w przedstawianiu prawdziwego (podkreślmy: prawdziwego!) wizerunku Unii. Komunikując się z obywatelami, Unia musi działać jak taran. Mówić prawdę, ale robić to skutecznie, a nie bez sensu wołać na puszczy.

To może brzmieć jak herezja. Unia miałaby reklamować samą siebie jak proszek do prania? A czemu nie? Oczywiście reklamy nie mogłyby być takie same – chodzi o samą zasadę, rodzaj narzędzi, a nie dokładną kopię. Nacisk na sprawniejsze i dużo bardziej asertywne komunikowanie Unii nie oznacza jednak, że można porzucić reformy Unii. Ciągłe udoskonalanie UE było i jest najważniejsze. Tyle tylko, że te reformy są wprowadzane powoli, ze swej natury wymagają czasu – bo takie są mechanizmy podejmowania strategicznych decyzji w ramach UE, pozostającej wspólnotą 28 suwerennych krajów, ze swoimi rządami i swoimi parlamentami.

Unia bankowa, nadzór Komisji nad narodowymi budżetami, bardziej agresywna polityka Europejskiego Banku Centralnego, Unia Energetyczna czy 315 mld euro na inwestycje – to dowody na to, że Unia się zmienia, że stara się dostosować do zmian. Ale to wszystko trwa, a populiści stoją już u bram. Bardziej intensywna i skuteczna forma werbalnej obrony Unii przed jej wrogami nie zastąpi reform. Ale „kupi” czas i społeczne poparcie, potrzebne by Unia mogła zmienić się i lepiej odpowiadać na potrzeby jej obywateli.

*dr Konrad Niklewicz – doradca PO RP