Newsletter

Nowy rok i stare portfele

Adam Szejnfeld, 05.01.2015
Kredyt ma to do siebie, że kiedyś trzeba go spłacić

Samorządy w Polsce inwestują na potęgę. Nowe drogi, chodniki, linie tramwajowe. Także szkoły, sale gimnastyczne i boiska. Wyremontowane dworce i przystanki. Odświeżone parki, stadiony i pływalnie. Ścieżki rowerowe i siłownie, również te pod chmurką. Oczyszczalnie ścieków i wysypiska śmieci. Oczywiście wszystko z korzyścią dla mieszkańców. I bardzo dobrze, bo inwestycje są w Polsce potrzebne, ale…

Problem pojawia się, gdy pada pytanie o to, z jakich środków udało się to wszystko zbudować, odświeżyć, wyremontować i oddać do użytku. „Ze środków Unii Europejskiej w ramach programu…” – to odpowiedź, której się spodziewamy i którą najczęściej słyszymy. Nie zawsze jednak jest to prawda. Wiele inwestycji powstało bowiem za pożyczone pieniądze. A kredyt ma to do siebie, że kiedyś trzeba go spłacić.

Zadłużenie polskich miast rośnie w coraz szybszym tempie. Pod względem relacji długu do rocznego dochodu budżetowego w pierwszej trójce znalazły się Toruń, Bydgoszcz i Poznań. Zdaniem części samorządowców po prostu trzeba się zadłużać, żeby móc korzystać z unijnych pieniędzy. Skoro większość inwestycji nie jest w pełni finansowanych, a jedynie współfinansowanych przez Unię Europejską, to konieczne jest znalezienie brakujących środków. Fakt, ale czy może to być zawsze wystarczające wytłumaczenie?

Takie stanowisko reprezentował bodajże m.in. były prezydent Poznania. Tyle że, jak pokazują statystyki, Poznań nie był aż tak bardzo skuteczny w pozyskiwaniu pieniędzy z Brukseli. W latach 2010-13 środki z Unii Europejskiej stanowiły jedynie 3 proc. ogólnej sumy dochodów i przychodów miasta. Dla porównania w Gdańsku było to ponad 14 proc.

Zadłużenie to nie tylko problem konieczności spłaty długów. To także potencjalnie większe zagrożenie, na przykład w przypadku konieczności zwrotu otrzymanych dotacji w sytuacji podważenia celowości lub złego wykonania zadania. Co wtedy? Dramat i tragedia. Przekonało się o tym już wiele samorządów, a i kolejne mogą spotkać podobne złe doświadczenia.

To wszystko pokazuje, że w perspektywie długoterminowej – a nie tylko kolejnych wyborów – nadmierne zadłużanie miasta może nie być korzystnym rozwiązaniem. Problemy ze spłatą zaciągniętych kredytów lub, co gorsza, ze zwrotem otrzymanych dotacji oznaczać mogą konieczność zaciągnięcia kolejnych zobowiązań. Co wtedy z inwestycjami przewidzianymi na następne lata?

Oczywiście najłatwiej będzie sięgnąć do kieszeni mieszkańców – podnieść podatki lub koszty korzystania z usług publicznych, na przykład z transportu miejskiego. Podobny przypadek mieliśmy chyba w Poznaniu, gdzie po modernizacji komunikacji miejskiej cena 40-minutowego biletu wzrosła do 4,60 zł za przejazd.

Tak, pożyczki, kredyty i obligacje komunalne królują na polskim samorządowym podwórku. A przecież istnieją alternatywne formy finansowania zadań publicznych przez samorządy. Warto wspomnieć choćby o leasingu nieruchomości, czy przede wszystkim o partnerstwie publiczno-prywatnym. PPP stanowi na Zachodzie istotne narzędzie realizacji inwestycji, ale ciągle jeszcze nie w Polsce. To przykre.

W przyszłym roku i w następnych latach polskie samorządy, chcąc korzystać z dobrodziejstw kolejnej perspektywy finansowej Unii Europejskiej, powinny więc zadbać w większym stopniu o dywersyfikację metod pozyskiwania i wydatkowania środków finansowych. Iść bowiem utartą ścieżką jest może i łatwiej, ale coraz bardziej niebezpiecznie.