Newsletter

Niemców o Rosji rozmowy

Thomas Behrens, 20.12.2014
Nie ma rozbieżności między kanclerz Merkel a ministrem Steinmeierem w kwestii Rosji

Nie ma rozbieżności między kanclerz Merkel a ministrem Steinmeierem w kwestii Rosji

CC-BY-SA-2.0. Autor: Lukas Plewnia

Prowadzona w Niemczech na początku grudnia debata o polityce niemieckiego rządu wobec Rosji odbiła się szerokim echem. Jednak powodów do niepokoju, że koalicja rządowa składająca się z CDU, SPD i CSU nie występuje zgodnie przeciw Moskwie, nie ma. Co więcej, jeśli przyjrzeć się bliżej, wśród rządzących nie istnieją również rozbieżności w sprawach polityki zagranicznej. Debatę wywołują jednak fałszywe interpretacje i kwestie wewnątrzpolityczne. Jak to możliwe?

Przyczyną są z pewnością różniące się w tonie wypowiedzi polityków rządzącej koalicji. Z powodu konfliktu ukraińskiego kanclerz Angela Merkel (CDU) podczas szczytu G-20 w Brisbane kilkakrotnie szukała okazji do rozmowy z prezydentem Putinem. Czterogodzinna dyskusja nie przyniosła jednak żadnych oznak pozytywnej, nastawionej na kooperację postawy Kremla. Właśnie dlatego Merkel zdecydowała się wykorzystać przemowę w Instytucie Polityki Międzynarodowej im. Lowy’ego w Sydney do wyraźnej krytyki Rosji. Kanclerz podkreśliła, że Rosja depcze prawo międzynarodowe. Co więcej, grozi „podpaleniem Europy”. Jej zdaniem minęły już czasy, kiedy przy każdym zbliżeniu republik postsowieckich do Europy trzeba było najpierw spytać Moskwę o pozwolenie.

Medialna burza

W samej tylko niemieckiej prasie mowa odbiła się szerokim echem. Merkel, mająca opinię rzeczowej i pragmatycznej, nie jest znana z wygłaszania wyrazistych, konfrontacyjnych deklaracji. Po wystąpieniu w Australii w świat poszła wiadomość, że kanclerz wygłosiła zasadniczą mowę dotyczącą polityki zagranicznej i zdecydowała się na ostrzejszy kurs w relacjach z Rosją. Jej deklaracja miała być rozliczeniem z Putinem. W prasie komentowano, że kanclerz ma otwarcie dość powtarzających się, destrukcyjnych zachowań Putina i dokładnie to chce wyrazić. Późniejsza debata o potencjalnych rozbieżnościach w koalicji została natomiast wywołana przez wypowiedzi innych czołowych polityków niemieckich.

Minister spraw zagranicznych Frank-Walter Steinmeier (SPD) bezpośrednio po wydarzeniu przestrzegał w Brukseli, zapytany przed swoją dyplomatyczną podróżą do Moskwy: „(…) niektórzy powinni pohamować się ze swoimi wypowiedziami na temat Rosji“. Natomiast Horst Seehofer, przewodniczący najmniejszej partii koalicyjnej, bawarskiej CSU, komentując wypowiedź Steinmeiera przed swoją podróżą do Chin stwierdził, że zna ministra spraw zagranicznych jako „rozsądnego dyplomatę”. Według polityka dialog z Rosją oczywiście jest konieczny, ale fakt „prowadzenia przez Steinmeiera własnej dyplomacji, obok działań kanclerz, byłby śmiertelnie niebezpieczny”. Jednocześnie zażądano od SPD „jasnego stanowiska”, czy popiera starania kanclerz, czy nie.

Komentarze te nie pozostały bez echa. Media zinterpretowały słowa Steinmeiera tak, jakoby ten nie zgadzał się z krytycznymi wypowiedziami Merkel wobec Rosji, kanclerz zaś działała niedyplomatycznie i bez porozumienia z nim, ministrem spraw zagranicznych z ramienia socjaldemokratów. Krytyka Seehofera odnośnie do współpracy Merkel i Steinmeiera była natomiast przedstawiana w ten sposób, że minister spraw zagranicznych za plecami kanclerz prowadzi „równoległą politykę zagraniczną“ (tak mówił wiceprzewodniczący SPD Sigmar Gabriel) i torpeduje wspólne stanowisko koalicji w sprawie konfliktu ukraińskiego. To zapoczątkowało szeroko zakrojone medialne dyskusje o tym, czy rząd w sprawie polityki ma jedną linię działania.

Wspólnota interesów

Trzeba podkreślić: Merkel i Steinmeier prowadzą wspólną politykę w sprawie Rosji. Zresztą, zgoda w działaniach urzędu kanclerskiego i ministerstwa spraw zagranicznych oraz wspólny kurs Merkel i Steinmeiera stały się po kilku dniach wyjaśnień i zapewnień aż nadto oczywiste. Sugerują to zarówno reakcje sztabów prasowych samych zainteresowanych, jak i wszystkie wypowiedzi czołowych przedstawicieli i współpracowników partnerów koalicyjnych.

Rzecznik Merkel Steffen Seibert zapewniał, iż „będzie niestrudzenie podkreślać prawdę”, że od samego początku kryzysu ukraińskiego kanclerz i minister spraw zagranicznych wspólnie i zgodnie budowali swoją strategię. Dodawał jednocześnie: „Niemiecki rząd jest jednomyślny”. To samo słychać było ze strony Steinmeiera i jego sztabu. Informacje o braku porozumienia uznano za „naciągane“ i będące „absolutnym nonsensem“.

Rzeczywiście, wypowiedzi podczas tygodnia posiedzeń w Bundestagu były wyrazem jednomyślności rządzących w sprawie konfliktu ukraińskiego. Przed własną frakcją Merkel mówiła: „Wszystkie kroki są omawiane z ministrem spraw zagranicznych“. W tej ogólnej debacie uważano niewielkie spory w koalicji za niewarte nawet wspominania. Zamiast tego powtarzano wspólne stanowisko rządu niemieckiego: konflikt nie jest do rozwiązania w sposób militarny. Rosja złamała prawo międzynarodowe. Nic nie usprawiedliwia aneksji Krymu oraz niebezpośrednich i bezpośrednich militarnych działań Rosji we wschodniej Ukrainie. Merkel była wręcz zdziwiona, że jej wypowiedzi w Sydney nadały debacie o Ukrainie całkowicie nowy, ostrzejszy ton, ponieważ powiedziała właściwie to, co mówiła od dawna.

Krytyka Bawarczyka

W Bundestagu skrytykowano jedynie przewodniczącego CSU Seehofera. SPD uznała jego uwagi za „kompletnie nie na miejscu”. Jeśli jednak ktoś oczekiwał obrony ze strony CSU, z pewnością się rozczarował. Sama Gerda Hasselfeldt, przewodnicząca grupy CSU w Bundestagu i tym samym najwyższa rangą przedstawicielka ugrupowania w Berlinie, mówiła: „Chciałabym państwu, pani kanclerz i panie ministrze spraw zagranicznych, wyrazić uznanie i podziękować za wspólne stanowisko”.

Zatem czy można wierzyć zapewnieniom, że między partiami koalicyjnymi nie ma żadnych rozbieżności w kwestii polityki względem Rosji i że wszystko było nieporozumieniem?

Oczywiście! Na uzgodnione stanowisko kanclerz i ministra spraw zagranicznych wskazują szczególnie propozycje składane Rosji w różnych momentach. To kanclerz Merkel promowała w stosunku do Putina, jak i szefa Komisji Europejskiej Jean-Claude’a Junckera, pomysł, który minister spraw zagranicznych Steinmeier przedstawił na łamach „Welt am Sonntag”. Według tej koncepcji, aby wyjść z obecnego impasu, powinny zostać wypróbowane nowe fora dialogu. Steinmeier proponował spotkanie „na równych zasadach” pomiędzy przedstawicielami Unii Europejskiej i Unii Euroazjatyckiej. Jako że Merkel przemawiała w Brisbane w podobnym duchu, można uznać, że działania obu stron były ze sobą skoordynowane.

Fakty i interpretacje

Analizując jednak medialne interpretacje różnych wypowiedzi skierowanych w stronę Moskwy – wyraźnie krytycznej kanclerz i nawołującego do zachowania umiaru Steinmeiera – trzeba wziąć pod uwagę również kilka faktów. Kanclerz wystąpiła w Sydney po odbyciu kilkugodzinnej, ale bezskutecznej rozmowy w cztery oczy z Putinem. Jako szczególny znawca działań rosyjskiego prezydenta musiała oczekiwać, że wywrze na niego większy wpływ, była więc wyjątkowo rozczarowana efektami. Ten szczególny kontekst wypowiedzi Merkel nie mógł zostać jednak odpowiednio przedstawiony w Niemczech, gdyż podróżujących z Merkel przedstawicieli mediów czekał 20-godzinny powrót do Berlina.

Zaś stwierdzenia Steinmeiera, nawołującego krótko potem do zachowania umiaru, musiały być wygłoszone w koncyliacyjnej formie tuż przed jego podróżą do Rosji. Dla niego dyplomacja i otwartość na rozmowę były podstawowym przykazaniami gwarantującymi sukces podczas negocjacji w Moskwie. I to dlatego żądania ministra spraw zagranicznych zdawały się być krytyczne i w wyraźnej sprzeczności do słów Merkel.

Zgodni i jednomyślni

Jeśli rozumie się te powiązania w powyższy sposób, to rzeczywiście w kwestii polityki rosyjskiej nie ma żadnej zasadniczej różnicy zdań pomiędzy kanclerz a ministrem spraw zagranicznych. Oczywiście, wyraźnie różne w tonie wypowiedzi przedstawicieli rządu można krytykować. Jednak wyciąganie z tej sytuacji wniosków o zmianie kursu w polityce zagranicznej czy różnych kierunkach działania w relacji z Rosją jest niestosowane i mało poważne. Równie nieuprawniona jest też krytyka Seehofera pod adresem ministra spraw zagranicznych. Wypowiedzi przewodniczącego CSU można jednak wytłumaczyć napiętymi nastrojami w koalicji.

Koalicyjne tarcia

Właściwie te minione 12 miesięcy, począwszy od trudnego budowania rządu koalicyjnego, przebiegały bardzo harmonijnie. Jedną z przyczyn tego stanu rzeczy był międzynarodowy kryzys, który zmuszał wszystkich do współpracy. Z drugiej zaś strony wprowadzano dotychczas w życie jedynie wspólnie uzgodnione „ulubione projekty”, zapisane (raczej niejednolicie) w umowie koalicyjnej przez wszystkie trzy partie, z myślą o ich elektoratach. Takimi koncepcjami było obniżenie wieku emerytalnego do 63 lat (postulat SPD), wprowadzenie płacy minimalnej (SPD), tzw. renta dla matek (CSU) czy tzw. schwarze Null, czyli projekt budżetu nie zakładający deficytu (CDU).

Ponieważ zostały one już wypracowane, dyscyplina w koalicji powoli się kruszy i coraz wyraźniejsze stają się różnice pomiędzy partiami. Widać to chociażby w kwestii obecności kobiet na najwyższych szczeblach władzy (SPD) czy opłat za przejazdy autostradą (CSU). Oczywiście, te różnice w poglądach nie powinny być niepokojące. Wielka koalicja pracuje rzeczowo i pragmatycznie. Trudno jednak ukryć, że duże, wspólne projekty wszystkich trzech partii rządzących są towarem deficytowym. Partnerzy szukają jednocześnie sposobów na budowanie własnego profilu politycznego, co nieuchronnie prowadzi do kłótni.

Walka o wyborcę

Dla chadecji, która (jeszcze) cieszy się w sondażach znakomitym poparciem na poziomie 41-43 proc., presja na budowanie własnego profilu nie jest póki co tak duża. Jednak sukcesy Alternatywy dla Niemiec czy partnerstwo SPD i Die LINKE w Turyngii zmuszają do refleksji. Jeśli spojrzeć na SPD, od razu rzuca się w oczy fakt, że pomimo sukcesów tej partii w koalicji, wcale znacząco nie wzrasta liczba popierających ją wyborców (25-27 proc.). Dlatego socjaldemokraci stają się nerwowi.

Tym samym łatwiej jest zrozumieć, dlaczego prominentni politycy SPD spoza kręgów rządowych – jak np. byli kanclerze Helmut Schmidt i Gerhard Schröder czy też były przewodniczący partii Matthias Platzeck okazują w ostatnich czasach zwiększone zrozumienie dla Rosji – przypominając w ten sposób przede wszystkim starszej generacji wyborców socjaldemokracji, że także w czasie kryzysu SPD szanuje (w opozycji do Unii) dyplomatyczną tradycję socjaldemokratycznej polityki wschodniej. W ten sposób jednocześnie trafia się do tej części społeczeństwa, według której Niemcy powinni wyjść choć trochę naprzeciw Rosji – dla przysłowiowego świętego spokoju oraz po to, by zapobiec jeszcze silniejszemu kryzysowi między Wschodem a Zachodem.

Dlatego można mówić o różnicach pomiędzy SPD i CDU jako partiami, co obrazuje również fakt, że dokument dotyczący reformy kontrowersyjnego Dialogu Petersburskiego został wypracowany nie pomiędzy partnerami koalicyjnymi, lecz we współpracy Chrześcijańskich Demokratów i Partią Zielonych pod przewodnictwem posła Andreasa Schockenhoffa (CDU) i Marieluise Beck (Zieloni). Nie oznacza to natomiast w żadnym stopniu rozbieżności na linii Merkel i Steinmeier w ramach niemieckiego rządu.

CSU w natarciu

Zachowanie Seehofera można wytłumaczyć w następujący sposób: na krótki czas przez zjazdem partyjnym CSU w Norymbergii (12.-13.12.2014) przewodniczący CSU próbował, wtrącając się w sprawy polityki w stosunku do Rosji, dać swojej partii głos w sprawach zagranicznych. Również dlatego wybrał się do Chin. Zdawał sobie bowiem sprawę, że głos Bawarii jest w kwestii polityki zagranicznej całkowicie niesłyszalny. On zaś chciał pielęgnować tradycję swoich poprzedników, Franza Josefa Straußa i Edmunda Stoibera. Wygląda na to, że CSU nadal ma ambicję być najsilniejszą partią w regionie i na tej podstawie współkształtować również politykę federalną oraz międzynarodową.

Po drugie, podobnie jak w SPD, również w CSU jest mniejszość polityków „przyjaznych Rosji”. Sztandarowy przykład to poseł do Bundestagu Peter Gauweiler, który we wrześniu wybrał się do Moskwy, by krytykować tam ostro niemiecką politykę sankcji. Źle byłoby, gdyby CSU puściła płazem SPD „przyjazne Rosji” wewnątrzpartyjne nurty. I właśnie w takim kontekście mówił Seehofer o krytyce Steinmeiera: „Członkowie CSU mówią: dlaczego pozwalamy SPD na tę przyjazną Rosji postawę, a własnym ludziom w CSU nie?”

To, że przewodniczący CSU kwestionuje godne szacunku i właściwe starania przewodniczącego Steinmeiera jako „własną dyplomację, równoległą do działań kanclerz”, nie znajduje uznania u nikogo w Berlinie – nawet u Gerdy Hasselfeldt. Biorąc pod uwagę kompleksowe wyzwania w kryzysie ukraińskim, opowiadanie przed całym światem o wielkiej waśni, która nie miała miejsca, na podstawie małych niuansów w wypowiedziach kanclerz i ministra spraw zagranicznych, jest w wysokim stopniu niewłaściwe.

*Thomas Behrens – absolwent nauk politycznych na Reńskim Uniwersytecie Fryderyka Wilhelma w Bonn (Niemcy). Ostatnio współpracował z Instytutem Spraw Publicznych (ISP) w Warszawie