Newsletter

Rok 2014. Nowa cezura w dziejach?

Bogdan Góralczyk, 17.12.2014
Historia powróciła. Odtworzył się Wschód, który teraz musimy rozumieć inaczej niż w latach zimnej wojny

Historia powróciła. Odtworzył się Wschód, który teraz musimy rozumieć inaczej niż w latach zimnej wojny

Choć nie mamy jeszcze wystarczającej perspektywy historycznej i odpowiedniego dystansu, wszystko wskazuje na to, iż mijający rok 2014 trwale zapisze się w dziejach powszechnych. Można bowiem postawić tezę, że tak jak rok 2008 był przełomowy dla światowego ładu gospodarczego i finansowego, tak rok 2014 może okazać się cezurą w sferze globalnego bezpieczeństwa i ładu politycznego.

Dwa kryzysy o niespotykanej i raczej niemożliwej do przewidzenia skali, jakimi stały się burzliwe wydarzenia na Ukrainie oraz proklamowanie Państwa Islamskiego (ISIS), podważyły wiele utrwalonych już, wydałoby się, dogmatów. Na przykład ten, że podział na Wschód i Zachód odszedł bezpowrotnie do historii, a tezy Samuela Huntingtona mówiące o „zderzeniu cywilizacji” są wyolbrzymione i dalekie od rzeczywistości.

W nieładzie

Rok 2014 każe myśleć o polityce światowej inaczej – i wreszcie głęboko się nad nią zastanowić. Albowiem już wcześniej mieliśmy do czynienia z brakiem porządku, który w minionych kilkunastu miesiącach tylko się pogłębił.

Chodzi o to, że już dwie i pół dekady żyjemy, w sensie prawno-traktatowym, w prawdziwym nieładzie. Po rozpadzie układu dwubiegunowego, zimnowojennego, mamy do czynienia z sytuacją jak w tytule jednej z książek Zbigniewa Brzezińskiego „Out of Control”. Po upadku ZSRR nie było bowiem żadnego nowego traktatu wersalskiego, kongresu wiedeńskiego czy konferencji w San Francisco. Zwycięzcy się nie ułożyli, bo też nie musieli się układać, albowiem był jeden prawdziwy zwycięzca: USA. Francis Fukuyama triumfalnie uznał to za ideologiczny i filozoficzny „koniec historii”, ponieważ po upadku komunizmu liberalna demokracja i wolny rynek zdawały się nie mieć alternatywy, a Charles Krauthammer zręcznie określił to mianem „jednobiegunowej chwili” (unipolar moment).

Nikt amerykańskiego zwycięstwa nie ustalał, nie ogłaszał i nie zatwierdzał. Samo się ogłosiło, na prostej zasadzie: były dwa mocarstwa i dwa bieguny, jeden się rozpadł, więc pozostał drugi, i to bardzo wzmocniony. Po 1992 r. przyszła Pax Americana, a dominacja USA była wręcz powszechna – we wszystkich dziedzinach. Niestety, pewni swego rządzący w Waszyngtonie, dyktując całemu światu swoje warunki, nie mieli czasu na lektury. Nie przeczytali więc wnikliwie głębokiego studium Paula Kennedy’ego, który już w 1988 r., przed upadkiem ZSRR, badając wielkie mocarstwa począwszy od XVI stulecia, znakomicie zdefiniował podstawową przyczynę ich upadku. Nazwał tę bolączkę, a często śmiertelną chorobę, „imperialnym przesytem” (imperial overstretch). Albowiem, jak się okazuje, mocarstwa nigdy nie mają dość. Zawsze chcą więcej.

Amerykański przesyt

Jak się wydaje, Amerykanie po 1992 r. popełnili aż trzy grzechy naraz. Po pierwsze, uwierzyli Fukuyamie i jego tezie, że liberalna demokracja stanie się uniwersalna. Tymczasem Chińczycy w tym samym 1992 r. otworzyli swój przeogromny rynek, włączyli się w globalizację, a neoliberalne rozwiązania spod znaku „konsensusu waszyngtońskiego” odrzucili, działając raczej na innej zasadzie. Niewidzialna ręka rynku? Owszem, ale tam, gdzie trzeba (czytaj: gdzie są nadrzędne interesy narodowe), tam ma ją trzymać jak najbardziej widzialna ręka państwa. Innymi słowy, rynek tak, ale interwencjonizm państwowy tym bardziej.

Ta lekcja, jak już wiemy, spodobała się potem Rosjanom i ich nowemu „carowi” Władimirowi Putinowi. W ten sposób Amerykanie musieli po kilkunastu latach połknąć tę żabę, co doskonale uchwycił w początkach 2008 r. już w tytule swego znakomitego eseju „Powrót historii i koniec marzeń” Roberty Kagan.

Prawdziwe oblicze Terroru

Ale kto wie, czy nie gorsze były dwa pozostałe grzechy popełnione przez USA w ramach „imperialnego przesytu”. Po części los tak chciał, ale w jeszcze większej mierze był to efekt tego, że po atakach terrorystycznych na WTC Amerykanie wkroczyli w „wojnę z terrorem”, a więc wojnę z nie do końca zdefiniowanym przeciwnikiem, który jednak dość szybko przybrał realne oblicze: talibów w Afganistanie, a potem reżimu Hussajna w Iraku. Obie wojny były niezwykle kosztowne, jak wykazały wyliczenia noblisty Josepha Stiglitza oraz Lindy Bilmes.

Co gorsza, na „imperialny przesyt” na scenie zewnętrznej nałożył się przesyt na scenie wewnętrznej: Amerykanie nadmiernie konsumowali, a Chińczycy, którzy od końca lat 90. przeobrazili swoje państwo w światową taśmę produkcyjną, tanio im sprzedawali, przechwytując nadwyżki.  Pierwszy bilion, czyli tysiąc miliardów rezerw finansowych, zebrali w roku 2006. A dzisiaj mają już cztery!

Upadek banku Lehman Brothers we wrześniu 2008 r. brutalnie pokazał Amerykanom (a potem Europie) koszty życia na kredyt i ponad stan. W sensie ekonomicznym i finansowym Amerykanie stracili niekwestionowaną pozycję lidera. Narodził się nowy ład gospodarczy, ponownie wielo-, a nie jednobiegunowy. Teraz w decyzjach gospodarczych Waszyngton musiał już oglądać się nie tylko na Brukselę czy Londyn, ale też na Pekin, New Delhi, a nawet Moskwę.

A historia wcale się nie skończyła! Przypomniała o sobie z całą mocą właśnie w roku 2014. Dotychczasowy, często bezosobowy, ukryty i tajemniczy Terror wreszcie się (samo)zdefiniował i przybrał twarz Nowego Kalifatu – Państwa Islamskiego, które pokazuje prawdziwe oblicze, ścinając głowy niewinnym Amerykanom i innym przedstawicielom Zachodu.  Ile to będzie jeszcze kosztowało i jak się zakończy? Oczywiście, nie wiemy. Ale zgoda panuje co do jednego: będzie to i kosztowny, i długi proces.

Szeroki Wschód

Jakby tego było mało, przypomniał o sobie Władimir Putin, czyli władca w Moskwie, który nigdy, jak sam publicznie twierdził, nie pogodził się z „największą tragedią XX wieku”, za jaką uznał nie Holocaust czy nawet radziecką Wojnę Ojczyźnianą, lecz rozpad ZSRR. Gdy na to nałożymy jego tezę, wygłoszoną na Kremlu w „przemówieniu zwycięzcy” po aneksji Krymu, zgodnie z którą „Ruś Kijowska była starsza od Rusi Moskiewskiej” (co zresztą potwierdza każda solidna historia Rosji, włączając w to dzieła Michaiła Hellera czy Richarda Pipesa), prawdziwe przesłanie płynące dziś z Kremla staje się jasne  i oczywiste: dopóki Kijów będzie od Moskwy niezależny, dopóki nie postawimy tam naszego nowego namiestnika à la Janukowycz lub nie podporządkujemy tamtejszych władz w inny sposób – dopóty nie spoczniemy! Koniec, kropka.

Problem w tym, że takie podejście jest dokładnie odwrotne w stosunku do strategicznych postulatów Juliusza Mieroszewskiego  i Jerzego Giedroycia, które na waszyngtońskie salony przenieśli Zbigniew Brzeziński i Jan Nowak-Jeziorański: Rosja bez Ukrainy to Federacja Rosyjska, Rosja z Ukrainą to nowe imperium. Dlatego z Amerykanami rozumiemy się w tej kwestii dobrze, a z Europą Zachodnią gorzej.

Tyle tylko, że jeśli chodzi o zachowania i strategię Moskwy, to jeszcze niestety nie koniec – tak w sensie analitycznym, jak polityki realnej. Jeśli chodzi o tę drugą, sprawa jest jasna, podobnie jak z ISIS: przed nami długa i wyboista droga, co raczej powszechnie czujemy i rozumiemy.

Analiza natomiast, będąca już oczywiście przedmiotem większego sporu, podpowiada nam jeszcze jedno: odtworzył się Wschód, który tym razem musi być rozumiany nieco inaczej niż w latach zimnej wojny. Takie ugrupowania jak Szanghajska Organizacja Współpracy czy BRICS (do którego w roku 2015 przystąpią Indie, otwarcie popierające Putina na Ukrainie), czy nowa konfiguracja Światowego Dyrektoriatu, jaką była zamiana G-7 na G-20 (uzasadniająca gospodarczy przełom 2008), dowodzą, że Wschód należy dziś pojmować nieco inaczej i szerzej niż dotąd.

Z całym tym bagażem wchodzimy w rok następny, ile nie w wiele kolejnych lat. I dlatego rok 2014 należy uznać za przełomowy.

*Bogdan Góralczyk – profesor w Centrum Europejskim UW. b. ambasador, stały komentator IO.