Newsletter

Winne jest państwo?

Adam Szejnfeld, 17.12.2014
Zadaniem państwa nie jest ratowanie hazardzistów

W Polsce są setki tysięcy „hazardzistów”. Ich nałóg zaczyna się niewinnie. Na początku chodzi jedynie o małą stawkę. Tyle, że gra wciąga, a każda kolejna wygrana zachęca do ryzykowania coraz większych pieniędzy.

Dramat zaczyna się wówczas, gdy kończy się dobra passa. Utrata domu, samochodu, oszczędności całego życia, niekiedy i rodziny. Do kogo się wówczas zwrócić z pretensją, z nadzieją, prośbą? Oczywiście do państwa, od którego oczekuje się, że rozłoży nad zagubionym człowiekiem parasol ochronny.

Wszystko jest dla ludzi, totolotek, kredyty, pożyczki, gra na giełdzie czy też inwestowanie w instrumenty finansowe obarczone wyższym ryzykiem. Trzeba jednak znać swoje możliwości i podejmować decyzje świadomie. Trzeba znać zalety, ale także i wady różnych rozwiązań. Trzeba analizować i przewidywać konsekwencje swoich decyzji, i to nie tylko te pozytywne, ale również negatywne.

Niestety, w Polsce jest z tym problem. Dopóki są korzyści i zyski, wszystko jest OK. Organy państwa, które informują i ostrzegają, krytykujemy za to, że próbują wtrącać się w nasze decyzje i nie pozwalają na swobodne dysponowanie środkami. Sposób myślenia zmienia się jednak natychmiast, gdy coś nie idzie po naszej myśli. Kiedy zamiast zysków pojawiają się straty. I kto jest wówczas winny? Oczywiście nie my. Winne jest państwo.

Tak, większość ryzykantów ma problem z przyznaniem się do własnej niewiedzy, naiwności, braku rozsądku czy po prostu zwykłej zachłanności. O wiele łatwiej i wygodniej przychodzi obarczyć odpowiedzialnością państwo. To państwo jest złe, nie ja. To państwo pozwoliło mi na podejmowanie ryzykownej decyzji, a nie powinno. Nie uchroniło mnie przed ryzykiem. To państwo powinno teraz wyciągnąć do mnie pomocną dłoń, to państwo powinno przejąć ryzyko, spłacić moje długi…

Przykładów takiej postawy znaleźć można bez liku. To od państwa domagano się pomocy wówczas, gdy wiele firm kierowanych pokusą zarobienia dużych pieniędzy, decydowało się na groźne opcje walutowe. Wymyślono je po to, aby chronić przed różnicami kursowymi. Niestety wiele firm, widząc w opcjach szansę na szybki i duży zysk, zawierała z bankami umowy na kwoty o wiele wyższe niż wynosiły ich potrzeby.

Gdy kurs się załamał, opcje walutowe stały się ciężarem nie do udźwignięcia. Winą za tę sytuację obarczono nie banki, nie zaciągających opcje, ale… państwo. Od państwa oczekiwano, że wyciągnie poszkodowanych z długów. Oczywiście przy pomocy pieniędzy podatników, czyli nas wszystkich.

Podobnie było zresztą w przypadku Amber Gold. Uniknęlibyśmy wielu ludzkich dramatów, gdyby rzesze Polaków nie dały się nabrać na obietnice dwucyfrowego zwrotu z zainwestowanego kapitału. Któż nie wie, że nie ma darmowych obiadów?! Sygnały ostrzegawcze były zresztą wysłane przez organy państwa. Nie pomogło. Żądza ponadrynkowego zysku była większa.

I znów, jedynym winnym okazało się państwo, które nie uchroniło ryzykantów od powierzenia oszczędności całego życia tym, którzy obiecywali de facto gruszki na wierzbie.

Do grona oskarżycieli państwa w ostatnim czasie dołączyli również tzw. frankowicze. Kilka lat temu zdecydowali się oni na kredyt we frankach szwajcarskich – tańszy niż ten w złotówkach albo w innych walutach, ale jednocześnie obarczony o wiele większym ryzykiem. Komisja Nadzoru Finansowego wielokrotnie ostrzegała, że kredyty brane w obcych walutach nie są dla wszystkich. Nikt nikomu nie dawał żadnych gwarancji, że frank utrzyma się w przyszłości na poziomie korzystnym dla kredytobiorców.

Dziś o frankowiczach nie słyszy się w mediach. Tymczasem jeszcze kilka tygodni temu, gdy zaczęły pojawiać się prognozy, że kurs szwajcarskiej waluty może przekroczyć psychologiczną barierę 4 złotych, frankowicze oczekiwali, że to państwo przejmie na siebie odpowiedzialność i pomoże spłacać im kredyty. Czyim kosztem? Oczywiście tych, którzy kiedyś wybrali bezpieczniejszy, ale droższy kredyt, na przykład złotówkowy.

Hm… Zadaniem państwa nie jest i nie może być ratowanie hazardzistów, którzy najpierw biorą na siebie ryzyko finansowe, a gdy sytuacja staje się dla nich niekorzystna, próbują zrzucić winę na państwo.

Jeżeli ktoś oczekuje większych zysków, musi liczyć się również z większym ryzykiem niepowodzenia własnych kalkulacji i brać odpowiedzialność za podjęte decyzje. Czy ktokolwiek słyszał o tym, żeby inwestujący w ryzykowne instrumenty finansowe, gdy zarabia, część swoich zysków chciał przekazać państwu albo innym, którzy nie mieli tyle odwagi, by podjąć ryzyko? Nie. Tymczasem ci sami ludzie chcą dzielić się swoimi stratami, jeśli coś nie pójdzie po ich myśli.

Wielkimi krokami zbliżamy się do przepięknego okresu świąt Bożego Narodzenia. Wielu z nas zastanawia się, jak podreperować domowy budżet przed nadejściem świątecznych wydatków. Znów ludzie będą kuszeni tanimi kredytami, łatwymi pożyczkami bez potrzeby udowodnienia zdolności kredytowej, a „chwilówki” będą królować wśród ofert, nawet wiarygodnych banków. Im jednak prościej zaciągnąć kredyt, tym bardziej powinniśmy się zastanowić nad ryzykiem. Im łatwiej dostać pożyczkę, tym bardziej powinniśmy być ostrożni. Im mniej trzeba złożyć dokumentów i zaświadczeń, tym bardziej powinniśmy być nieufni.

Zanim podejmiemy decyzję o zadłużeniu się, dobrze zastanówmy się, czy ten „hazard” jest dla nas i czy chcemy brać na siebie ryzyko niespłacanych kredytów i pożyczek. Dla dobra własnego i dla dobra naszych bliskich.