Newsletter

TTIP: przyjaźń wzmocniona pieniądzem

Konrad Niklewicz, 16.12.2014
Europa i Ameryka nie muszą się kochać. Wystarczy, że zawrą małżeństwo z rozsądku

Europa i Ameryka nie muszą się kochać. Wystarczy, że zawrą małżeństwo z rozsądku

Autor: Milad Mosapoor

Ameryka i Europa budzą się ze snu. Koniec historii jednak nie nastąpił. Najpotężniejsze demokracje świata konfrontują się dziś z groźbą nowej zimnej wojny i rosnącego zagrożenia globalnym terroryzmem. Dlatego USA i Unia Europejska powinny wzmocnić swój związek… pieniędzmi.

Ostatnie dwie dekady trudno nazwać czasem zbliżania się Stanów Zjednoczonych i Europy. USA i Unia Europejska często się spierały: a to o interwencję w Iraku, a to o różne interpretacje praw i swobód obywatelskich (np. w zakresie ochrony danych osobowych), a to wreszcie o politykę klimatyczną.

Im bardziej tych sporów przybywało, tym częściej europejscy i amerykańscy politycy oraz liderzy opinii zapominali o tym, co obie potęgi łączy. Zryw solidarności z Ameryką po 11 września 2001 roku okazał się krótkotrwały; amerykańska wojna z terrorem na dłuższą metę tylko zaogniła spory z Europejczykami. Doszło wręcz do tego, że poszczególne kraje wspólnoty zaczęły się kłócić, jak bardzo (albo jak bardzo nie) należy pomagać Amerykanom i interweniować na świecie.

Otrzeźwienie po naszej stronie Atlantyku zaczęło się w ostatnich latach, a w minionych miesiącach przyspieszyło. Początek końca snu to wybuch kryzysu gospodarczego, z którym Unia – dziś już to wiemy na pewno – poradziła sobie znaczniej gorzej niż USA. Potem, jak w scenariuszu Hitchcocka, następowały kolejne wybudzające wstrząsy: rewolucje w krajach Afryki Północnej, gwałtowny powrót radykalnego islamizmu na Bliskim Wschodzie i oczywiście kulminacja – zbrojna agresja Rosji na Ukrainę. Wycieńczona kryzysem gospodarczym Europa spostrzegła, że przez dziesięciolecia zaniedbywała swoją obronność i jest niemal bezsilna wobec zagrożeń, które ponoć nigdy już na Starym Kontynencie miały się nie pojawić.

Europejskie elity, przez lata poobrażane na transatlantyckich sojuszników, zdały sobie sprawę, że bez Ameryki jednak nie można. Podobna refleksja pojawiła się po drugiej stronie oceanu: amerykańskie elity, poobrażane na Europejczyków, zorientowały się, że to jednak brytyjscy, polscy, francuscy i niemieccy żołnierze stawiają się na sojusznicze wezwanie w Afganistanie, Libii, Mali, Syrii i u wybrzeży Somalii. Wszędzie tam, gdzie globalny porządek jest zagrożony. Stawiają się, nawet jeśli sarkają na polityczną arogancję Waszyngtonu. Tak jak mówił Mikulas Dziurinda, były premier Słowacji, a obecnie szef Wilfred Martens Centre for European Studies: „Choć oddziela nas ocean, Europa nie ma większego przyjaciela na świecie”.

I vice versa.

Co najważniejsze, Europejczycy i Amerykanie przypomnieli sobie, jak bardzo łączy ich gospodarka. Wystarczy przypomnieć kilka faktów: Unia Europejska i Stany Zjednoczone razem wytwarzają ponad połowę światowego PKB, każdego dnia 28. krajów Unii Europejskiej wymienia ze Stanami Zjednoczonymi towary i usługi o wartości dwóch miliardów euro, europejskie firmy zatrudniają w USA bezpośrednio 3,5 mln osób, inwestycje Stanów Zjednoczonych w Europie są 40 (!) razy większe niż w Chinach.

Chiny i cała Azja słusznie są uważane za rosnącą potęgą gospodarczą, ale wciąż to stara Ameryka i jeszcze starsza Europa zajmują pod tym względem pierwszą pozycję w świecie.

Teraz Unia Europejska i Stany Zjednoczone stoją przed wyjątkową szansą pogłębienia tych więzów gospodarczych, z korzyścią nie tylko liczoną w miliardach dolarów/euro. Negocjowane od lipca 2013 r. Transatlantyckie Partnerstwo w dziedzinie Handlu i Inwestycji (TTIP) może doprowadzić do zniesienia barier handlowych między Unią a Stanami. I nie chodzi tylko o cła: prawdopodobnie najważniejszym elemntem TTIP będzie porozumienie dotyczące standardów technicznych, procedur dopuszczania do obrotu, zasad przetargów publicznych i reguł ochrony prawnej inwestycji. Dziś te uciążliwe bariery skutecznie odstraszają małe i średnie przedsiębiorstwa przed próbami wejścia na rynek za oceanem. Tam, gdzie potężne koncerny jakoś sobie radzą, mniejsze firmy zniechęcają się. Według różnych szacunków, wejście w życie TTIP mogłoby przynieść Unii Europejskiej i Stanom Zjednoczonym po 70-100 mld euro rocznie dodatkowych przychodów. Dla obu gospodarek, wciąż wychodzących z kryzysu, to byłby dodatkowy haust tlenu.

Doprowadzenie negocjacji TTIP do korzystnego dla obu stron finału może się okazać kluczowym wyzwaniem dla nowego szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska. Wyzwaniem trudnym, bo przeszkód na drodze do porozumienia nie brakuje. Negocjacje TTIP bezpośrednio dotyczą tak drażliwych obszarów jak rolnictwo i własność intelektualna. I w Europie, i w Stanach uaktywniła się opozycja wobec porozumienia handlowego. Organizacje pozarządowe boją się np., że TTIP może doprowadzić do zalania Europy amerykańską żywnością modyfikowaną genetycznie. Albo że ograniczą gwarantowane w Europie swobody w internecie.

Swoje obawy ma też wiele europejskich firm, np. chemicznych, które boją się, że bez ceł ochronnych będzie im trudniej konkurować z firmami amerykańskimi, korzystającymi z tańszego niż w Europie gazu. Część ekspertów – np. Matthias Schaefer z Fundacji Konrada Adenauera – otwarcie ostrzega, że europejscy lobbyści protestujący przeciwko TTIP mogą być w ten czy inny sposób wspierani przez Rosję i Chiny, czyli państwa, którym najbardziej zależy na osłabieniu sojuszu UE z USA. Ujawniona ostatnio rosyjska pożyczka dla francuskiej skrajnej prawicy (partii Front National kierowanej przez Marine Le Pen) tylko tezę niemieckiego analityka potwierdza.

Komisja Europejska przekonuje, że powstania transatlantyckiej strefy wolnego handlu każdemu gospodarstwu domowemu przyniesie korzyść wartą 545 euro rocznie. Niezależni autorzy pracy pt. „Rebooting EU Foreign Policy” (European Council on Foreign Relations Policy Brief, 2014) dodają do tego: tylko TTIP może zagwarantować, że standardy technologiczne – takie jak np. nowy standard telefonii komórkowej, następca GSM – będą narzucone przez europejskie i amerykańskie firmy. Bo bez TTIP ten standard narzucą nam Chiny, nie mówiąc już o jeszcze ważniejszych standardach praw pracowniczych czy ochrony środowiska.

TTIP to także większe bezpieczeństwo energetyczne Europy – łatwiejszy dostęp do amerykańskiego rynku energetycznego. Dzięki rozpoczęciu wydobycia gazu łupkowego, Amerykanom udało się osiągnąć to, o czym marzy wiele europejskich narodów: uzyskali faktyczną niezależność energetyczną.

Oczywiście, TTIP nie jest lekarstwem na wszystkie choroby. – To porozumienie handlowe, a nie propozycja małżeństwa – przypomina Frederik Erixon, doradca brytyjskiego rządu i dyrektor think tanku European Centre for International Political Economy. Nie zmienia to jednak faktu, że TTIP, po pierwsze, pomoże gospodarczo, a po drugie – radykalnie wzmocni polityczne i społeczne więzi między Stanami Zjednoczonymi i Europą. Po latach dryfowania w przeciwną stronę, tej liny warto się chwycić. TTIP będzie i konkretną pomocą, i symbolem.

Inicjatywa jest głównie po stronie Unii Europejskiej. Równolegle z porozumieniem TTIP, Stany Zjednoczone rozmawiają o konkurencyjnym projekcie Partnerstwa Transpacyficznego (Trans-Pacific Partnership – TPP), dzięki czemu część amerykańskich polityków może mówić, że Stany Zjednoczone mają alternatywę wobec odnowionego przymierza z Europą. Unia, sąsiadująca z agresywną Rosją, a przez Morze Środziemne z niespokojną Afryką Północną i Bliskim Wschodem – takiej alternatywy nie ma. Antyamerykańskie hasła mogą ładnie brzmieć, ale naszego bezpieczeństwa na pewno nie zwiększą.

TTIP to zrobi.

*Konrad Niklewicz – doradca PO RP