Newsletter

Kto pod żyrandolem?

Jarosław Makowski, 07.12.2014
To będzie najdziwniejszy bój prezydencki w historii III RP

1.
Jeszcze nie opadł kurz po wyborach samorządowych, jeszcze czekają nas związane z tymi wyborami marsze, a już zaczął się wyścig o to, kto pierwszy zamelduje się pod słynnym „żyrandolem”.

I od razu niespodzianka: to będzie najdziwniejszy bój prezydencki w historii III RP. Najdziwniejszy, bo pretendenci, jeśli wierzyć sondażom, startują nie po to, by walczyć i pokonać Bronisława Komorowskiego, ale po to, by z godnością przegrać. W imieniu własnym i formacji, które reprezentują.

2.
I tak: PiS postawił na europosła Dudę, Andrzeja Dudę, który większą rozpoznawalnością cieszy się tylko we własnym biurze w Krakowie. Jarosław Kaczyński nie chce ryzykować przegranej z prezydentem Komorowskim. Bo przegrana prezesa byłaby fatalną przygrywką przed decydującym starciem dla PiS, a więc jesiennymi wyborami parlamentarnymi w 2015 r.

Jest jeszcze coś: wystawiając Dudę, PiS nie będzie musiał wyłożyć dużej kasy na kampanię. Inaczej byłoby, gdyby startował Kaczyński. Prezes już dziś – i politycznie, i finansowo – przygotowuje się na wybory parlamentarne, bo to jego ostatnia szansa, by wywrócić polską politykę do góry nogami. Duda ma więc walczyć nie o zwycięstwo, ale o to, by godnie przegrać. I, ewentualnie, by zbudować swoją pozycję w PiS.

Na lewicy trwa szukanie kandydata. Jak Polska długa i szeroka, lewica nie ma nadziei, że można wygrać z obecnym prezydentem. I Janusz Palikot, który już zapowiedział start, i Leszek Miller, który szuka dublera – w tej roli mógłby wystąpić Ryszard Kalisz – walczą raczej o swoje przywództwo i byt własnych, schodzących formacji niż w wyścigu o prezydenturę.

I znów: Palikot startuje, by porwać raz jeszcze Twój Ruch, aby dostać się do Sejmu jesienią. Miller nie startuje, bo przegrana oznaczałaby utratę przywództwa w SLD i koniec marzeń o wejściu do rządu w 2015 r., choćby nawet u boku, gdyby tak zdecydowali Polacy, Jarosława Kaczyńskiego.

Niemały problem ma także PSL, choć wciąż pławi się w powyborczym sukcesie samorządowym. Start Janusza Piechocińskiego wiązałby się z ponowną dyskusją o przywództwie wśród ludowców. A Waldemar Pawlak czuwa. Poparcie Bronisława Komorowskiego oznacza zaś, że PSL nie ma przez trzy miesiące w debacie publicznej.

W dobie wideokracji to de facto przejście do niebytu. A więc PSL ma wybór: zły i zły. Start znaczy porażkę, wewnętrzne trudności i koniec nadziei na budowanie formacji wiejsko-miejskiej średniej klasy niższej. Rezygnacja ze startu i poparcie Komorowskiego powoduje, że PSL znika z debaty publicznej.

3.
Czy zatem Bronisław Komorowski prezydenturę ma już w kieszeni? Tak, jeśli wciąż będzie dość jasne, że trzeba o nią walczyć każdego dnia. Że nic nie zostało rozstrzygnięte, choć kontrkandydaci obecnego prezydenta sprawiają wrażenie, że pogodzili się ze swoimi porażkami.