Newsletter

Brytyjska gospodarka rozwija żagle

John Van Reenen, 16.12.2014
Średniookresowe perspektywy wzrostu brytyjskiej gospodarki wyglądają optymistyczne

Średniookresowe perspektywy wzrostu brytyjskiej gospodarki wyglądają optymistyczne – mówi prof. John Van Reenen w rozmowie z Janem Gmurczykiem

CC BY-SA 3.0. Źródło: Simon Kozhin/С.Л.Кожин

Jan Gmurczyk: W ostatnich miesiącach wzrost PKB w Wielkiej Brytanii przyspieszał. Czy to znak końca kryzysu?

Prof. John Van Reenen: Na przestrzeni ostatniego roku gospodarka rosła zdrowo, więc wygląda na to, że sytuacja się poprawia, zwłaszcza na tle innych krajów. Tym niemniej, kryzys się jeszcze nie skończył. Poziom brytyjskiego PKB zaledwie wrócił tam, gdzie był w 2008 roku, tuż przed kryzysem. Innymi słowy, otrząśnięcie się z recesji zajęło gospodarce sześć lat. Według standardów historycznych to bardzo długo.

Czy najgorsze już minęło?

Wiele zależy od rozwoju wypadków w strefie euro, która jest naszym największym rynkiem eksportowym. Pogorszenie koniunktury w eurolandzie mogłoby znów wciągnąć nas w kłopoty. Poza tym brytyjski system finansowy wciąż nie jest jeszcze w pełni funkcjonalny. Banki nie pożyczają tak dużo, jakbyśmy sobie tego życzyli. Wreszcie, może się okazać, że, podobnie jak w latach 2010-2012, zbyt szybko ograniczymy wydatki publiczne, a to grozi wykolejeniem ożywienia. Choć sprawy idą we właściwym kierunku, nie wyszliśmy jeszcze na prostą.

Czy ostatnie odczyty brytyjskiego wzrostu napędzała zwiększająca się produktywność?

Nie, w ostatnich siedmiu latach zmiany produktywności były w Wielkiej Brytanii dość słabe. Prawdę powiedziawszy, produktywność znajduje się obecnie około 16 proc. poniżej poziomu, którego byśmy oczekiwali.

Jakie są zatem źródła obecnego odbicia?

Po części wynika ono z poprawiającej się sytuacji w takich obszarach jak nieruchomości, zaawansowana technologicznie produkcja przemysłowa i wysoko wykwalifikowane usługi. To sugeruje, że ożywienie ma szeroką podstawę. Do pewnego stopnia wzrost jest także naturalnym procesem, który zawsze następuje po recesji. Gospodarka znów zaczyna rosnąć  częściowo tylko dlatego, że sprawy wyglądały wcześniej tak źle. A wyglądały źle z powodu skali globalnego załamania finansowego, kryzysu w strefie euro i podjętej w 2010 roku przez rząd brytyjski decyzji, by przyspieszyć z polityką oszczędności. Przykładowo, inwestycje publiczne obcięto o 50 proc. –  odwrotnie w stosunku do tego, co większość ekonomistów zalecałaby podczas recesji.

Mówiąc krótko, gospodarka zaczyna znów się piąć, ale wychodzi z bardzo głębokiego dołka, w którym sami pomogliśmy się jej znaleźć. Zaskakujące w tej recesji było to, że nasza produkcja tak mocno ucierpiała. Zważywszy te okoliczności, obecny wzrost nie jest szczególnie imponujący.

Jak sytuacja będzie się rozwijać?

Z mojego punktu widzenia średniookresowe perspektywy wzrostu brytyjskiej gospodarki wyglądają całkiem optymistyczne. Fundamenty są niezłe. Mamy gospodarkę otwartą na handel, migrację i bezpośrednie inwestycje zagraniczne. Cieszymy się także elastycznym rynkiem pracy, dobrymi instytucjami i własną walutą. Wspominany wcześniej spadek produktywności zdaje się mieć wiele wspólnego z bardziej krótkookresowymi czynnikami. Generalnie rzecz ujmując, oczekiwałbym, że wrócimy do trendu wzrostowego podobnego do tego, jaki widzieliśmy od 1979 roku.

Oczywiście, istnieje mnóstwo niepokojących potencjalnych źródeł ryzyka. Największe z nich ma związek z sytuacją w strefie euro. Jeśli będzie tam zbyt wielki nacisk na oszczędności w krajach, które mogłyby sobie pozwolić na ekspansywną politykę fiskalną, na przykład w Niemczech, wówczas gospodarka eurolandu może jeszcze bardziej zwolnić lub wpaść w deflację. To byłoby poważne obciążenie dla gospodarki światowej.

Kryzys ożywił w Unii Europejskiej dyskusję o reindustrializacji. Wielka Brytania jest często postrzegana jako jedno z tych państw, gdzie przemysł odgrywa obecnie najmniejszą rolę. Czy brytyjska gospodarka potrzebuje znów się uprzemysłowić?

Nie powinniśmy wpadać w obsesję na punkcie przemysłu, argumentując, że to właśnie on dostarcza ciężkich towarów, czy też prawdziwej produkcji, a usługi nie są tak istotne. To, co naprawdę się liczy, to tworzenie właściwego środowiska dla wzrostu. Tak określony cel obejmuje między innymi niewznoszenie barier na ścieżce rozwojowej tych sektorów, gdzie gospodarka ma mocne strony.

Oczywiście, gdybyśmy na Wyspach szkolili wyłącznie pracowników tych mniej wykwalifikowanych zawodów, mielibyśmy kłopoty. Tak jednak nie jest. Wielka Brytania ma przewagi w wielu wysoko zaawansowanych technologicznie usługach, jak choćby doradztwo, usługi prawne i finansowe. Podobnie sprawa wygląda w przemyśle. Choć ten sektor jest stosunkowo niewielki, tzn. tworzy około 9 proc. miejsc pracy w gospodarce, są w nim obszary, gdzie Wielka Brytania ma przewagi. Wyróżniają się tu takie branże jak przemysł motoryzacyjny, w tym produkcja samochodów sportowych, ale także biotechnologia, farmaceutyka oraz technologie informacyjne i telekomunikacyjne. Ogólnie rzecz biorąc, jestem dość spokojny o średniookresowe perspektywy produkcyjne brytyjskiej gospodarki.

Saldo rachunku bieżącego bilansu płatniczego Wielkiej Brytanii wygląda jednak krucho. Czy to oznaka niskiej konkurencyjności?

To jest zmartwienie. Mieliśmy bardzo głębokie osłabienie waluty i oczekiwaliśmy, że doprowadzi to do dużego wzrostu eksportu. Nie doprowadziło. Pomogło, ale nie w takim stopniu, w jakim byśmy myśleli. Oczywiście, popyt ze strony naszych partnerów handlowych był w tamtym czasie wątły, zwłaszcza w strefie euro, ale zgodzę się, że z konkurencyjnością są związane pewne problemy.

Tym niemniej, zauważmy, że w początkowej fazie rozwoju takie kraje jak Chiny i Indie potrzebowały mnóstwa maszyn przemysłowych. W eksporcie tego typu rzeczy bardzo mocni są Niemcy. Istnieje jednak nadzieja, że w miarę dalszego wzrostu rynki wschodzące będą zgłaszać coraz większy popyt na produkty bardziej związane z usługami, na przykład usługi edukacyjne lub doradcze. To obszary, gdzie przewagę może mieć Wielka Brytania.

A w jakim stopniu brytyjską gospodarkę obciąża stan długu publicznego i prywatnego?

Poziomy zadłużenia są w Wielkiej Brytanii dość wysokie, ale problem został wyolbrzymiony. Jak już wspominałem, błędem było próbowanie zbicia deficytów i długu zbyt szybko w roku 2010. Do tej kwestii musimy podejść bardziej długofalowo.

Zresztą, Wielka Brytania jest odporna nawet na wysokie poziomy zadłużenia. Po pierwsze, gospodarka ma swoją własną walutę. Po drugie, brytyjski dług publiczny cechuje się bardzo długą zapadalnością. Po trzecie, cieszymy się dobrą reputacją, ponieważ nigdy jeszcze nie ogłosiliśmy niewypłacalności. Prawdę powiedziawszy, jeśli spojrzymy na ostatnie trzysta czy czterysta lat, to aktualny poziom długu nie jest jakoś szczególnie wysoki.

Tym niemniej, w miarę jak sytuacja w gospodarce będzie się normalizować, czeka nas okres od pięciu do dziesięciu lat, gdy będziemy musieli starać się obniżyć deficyty i znów osiągnąć nadwyżkę. Niezależnie od tego, jaki rząd wyłoni się po następnych wyborach w maju, stanie on w obliczu ciężkich warunków fiskalnych. To oznacza ostre trzymanie wydatków w ryzach i niemal na pewno potrzebę zwiększenia podatków.

A co z długiem sektora prywatnego?

Z pewnością hamuje on popyt, mimo że sytuacja nie wygląda tak źle jak w Stanach Zjednoczonych. Na szczęście poziom zatrudnienia w gospodarce pozostał wysoki. Obecnie wynosi on około 73 proc., czyli mniej więcej tyle samo, ile przed recesją. Generalnie rynek pracy już odżył. Co więcej, szeregi pracowników się nawet zwiększyły, albowiem liczba ludności wzrosła, po części dzięki wielu polskim imigrantom.

Sęk w tym, że realne wynagrodzenia w Wielkiej Brytanii spadły od 2008 roku o mniej więcej 8 proc. Innymi słowy, choć pracownicy mają zatrudnienie, nie dysponują wielkimi dochodami na wydatki. Z punktu widzenia popytu i wpływów podatkowych jest to problem. Tym niemniej, ponieważ ludzie mają pracę, zarabiają pieniądze, co nie tylko pomogło im spłacać ich długi, ale ułatwiło także ożywienie w gospodarce.

*John Van Reenen – profesor ekonomii, dyrektor Centre for Economic Performance w brytyjskiej London School of Economics and Political Science