Newsletter

Lider? Wciąż ten sam

Michał Zieliński, 04.12.2014
Według sondaży dziś, po raz pierwszy od ponad 2 lat, znów możliwa byłaby większość rządowa PO i PSL

Według sondaży dziś, po raz pierwszy od ponad 2 lat, znów możliwa byłaby większość rządowa PO i PSL

W listopadowych sondażach badających preferencje polityczne przed przyszłorocznymi wyborami do Sejmu – bez większych zmian. Trzeci miesiąc z rzędu po wyborze Donalda Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej liderem rankingu partyjnego jest Platforma Obywatelska z  4-punktową przewagą nad Prawem i Sprawiedliwością.

Po ogłoszeniu oficjalnych wyników wyborów do sejmików wojewódzkich, w których nieznaczne zwycięstwo odniosło PiS, wielu komentatorów politycznych zaczęło poddawać w wątpliwość ukazujące się w międzyczasie sondaże, które dawały kilkupunktowe prowadzenie w wyścigu sejmowym Platformie. Należy jednak z całą mocą podkreślić, że porównywanie wyników sejmikowych z sondażami do Sejmu jest nieuprawnione.

Po pierwsze, w wyborach samorządowych znaczny odsetek głosów padł na komitety lokalne, które zabrały z puli niemal 10 punktów procentowych poparcia, tym samym obniżając procentowe rezultaty pozostałych, ogólnokrajowych partii, jak PO, PiS czy SLD.

Po drugie, specyfika elekcji samorządowej polega na zdecydowanie większej partycypacji wyborczej mieszkańców wsi niż miast – dokładnie na odwrót jest podczas głosowania parlamentarnego. 16 listopada 2014 zagłosowało 52% mieszkańców wsi i 39% miast – przykładowo, podczas wyborów parlamentarnych 2011 to gminy miejskie (54%) wygenerowały wyższą frekwencję niż wiejskie (42%).

Po trzecie wreszcie, wybory do sejmików wojewódzkich nie odzwierciedliły krajowych preferencji partyjnych z uwagi na nadspodziewanie dobry rezultat ludowców. Znając strukturę społeczno-demograficzną wyborców PSL można domniemywać, że słabszy rezultat tej partii przełożyłby się na lepszy wynik PiS, a co za tym idzie – wyraźniejsze niż półprocentowe zwycięstwo nad PO, co w wyborach samorządowych nie byłoby niczym zaskakującym.

Dodajmy również, że polskie ośrodki badania opinii publicznej całkiem nieźle radzą sobie z przewidywaniem wyniku wyborów parlamentarnych, prezydenckich czy europejskich. Na polu samorządowym, zwłaszcza w przypadku sejmików, wypadają zdecydowanie słabiej, co same sondażownie tłumaczą dużym odsetkiem głosów nieważnych, który ma wypaczać wyniki pomiarów (także exit poll).  Kwestionowanym przez niektórych narzędziem, które pozwala z kolei z największą precyzją przewidzieć wynik głosowania, jest arytmetyczna średnia ostatnich sondaży, opublikowanych przez najważniejsze firmy badawcze przed dniem wyborów.

1

Zarówno w ostatnich wyborach parlamentarnych (2011), jak europejskich (2014), średnia ostatnich sondaży wszystkich ośrodków badania opinii społecznej niemal idealnie przewidziała rzeczywisty wynik wyborów. Różnice między średnią a rezultatem głosowania były mikroskopijne zwłaszcza w przypadku dwóch największych partii walczących o zwycięstwo w wyborach: PO i PiS (0-0,5%). Nie ma podstaw, by podejrzewać, że obecna przeciętna sondaży mniej trafnie niż zwykle oddaje sympatie elektoratu w wyborach do Sejmu. Twierdzenia niektórych publicystów (m.in. Elizy Olczyk z „Rzeczpospolitej”), że po wyborach samorządowych trzecią, równorzędną dla PO i PiS siłą polityczną został PSL, nie znajdują potwierdzenia w żadnych badaniach społecznych. Poparcie dla ludowców nigdy od wyborów parlamentarnych 2011 nie przekroczyło 10% w średniej sondaży. W aktualnym, listopadowym rankingu PSL może liczyć na 8,5% głosów zdecydowanych wyborców.

2

W listopadzie zrealizowano łącznie 8 pomiarów preferencji partyjnych na próbie 8112 Polaków. Tylko w jednym przypadku (TNS, 7-13 XI) liderem sondażu była koalicja PiS-SP-PR; w siedmiu prowadzeniem cieszyła się Platforma Obywatelska. Przeciętne poparcie wśród wyborców pewnych, na kogo głosować, wyniosło dla PO 38%, a dla PiS-SP-PR 34%. Zanotowana 4-punktowa przewaga partii Ewy Kopacz jest największa w całym 2014 roku – poprzednio równie duże prowadzenie nad PiS wystąpiło w styczniu 2013 roku. Utrzymująca się od wyboru Tuska na szefa Rady Europejskiej bipolaryzacja PO-PiS (łącznie 72% potencjalnego elektoratu) jest największa od 3 lat, tj. od wyborów parlamentarnych 2011, gdy obie partie zebrały razem 69% głosów. Przypomnijmy, że w majowych eurowyborach na PO i PiS zagłosowało 64% Polaków.

Trzecie miejsce w rankingu przypada SLD (10%), a do Sejmu weszłoby jeszcze tylko PSL (8,5%). Tuż pod progiem jest Nowa Prawica, której wynik (4,7%) nie przekreśla jeszcze szans na parlamentarny debiut. W fazie zaniku znajduje się partia Janusza Palikota (1,7%), która cieszy się nieznacznie tylko większym poparciem od Ruchu Narodowego (1,5%).

Jeśli średnią listopadowych sondaży przeliczyć metodą d’Hondta na mandaty sejmowe, to poszczególne partie mogą liczyć na następującą liczbę posłów: PO 192, PiS 172, SLD 50, PSL 45, MN 1. Po raz pierwszy od ponad 2 lat możliwe byłoby więc skonstruowanie większości rządowej składającej się tylko z PO i PSL (237). Przez ostatnie miesiące jedynym wariantem była trójkoalicja PO-PSL-SLD; tylko czasem do większości 231 głosów zbliżała się koalicja PiS-PSL.

7 lat od przejęcia władzy i na rok przed kolejnymi wyborami parlamentarnymi liderem sondaży nadal jest Platforma Obywatelska. Pisanie o tym, że PO jest w obecnej chwili faworytem wyścigu sejmowego – 2 tygodnie po wygranej PIS w sejmikach, po fali kpin z „efektu Tusk-Kopacz” i po krytyce względem Ipsos za exit poll – może wydawać się aberracją. Jednak ten pozorny paradoks znika, jeśli zrozumiemy mechanizmy rządzące frekwencją w wyborach samorządowych i parlamentarnych oraz przeprowadzimy analizę historycznych danych sondażowych. Oba procesy prowadzą do wniosku, że choć PO przegrała nieznacznie sejmiki, to gdyby elekcja parlamentarna odbywała się w listopadzie, wygrałaby partia Ewy Kopacz.