Newsletter

Bez Kościoła ani rusz?

Tomasz Mincer, 20.11.2014
Uprzywilejowanie Kościoła w dyskursie etycznym to pójście na intelektualną łatwiznę

Uprzywilejowanie Kościoła w dyskursie etycznym to pójście na intelektualną łatwiznę

Zacznę od nieco prowokacyjnego pytania. Czy Kościół jest nam do zbawienia koniecznie potrzebny?

Mam na myśli Kościół w jego ziemskiej postaci. Nieistotne jest, czy chodzi o wspólnotę rzymskokatolicką, prawosławną czy ewangelicką.

Ale niech to będzie Kościół, który w danym kraju skupia najwięcej wiernych. I którego wpływ na debatę publiczną, instytucje państwa i społeczeństwo jest przez to najistotniejszy. Przez zbawienie natomiast rozumiem – na potrzeby tego tekstu – kondycję moralną społeczeństwa.

Dobro samo w sobie?

Otóż można spotkać się ze stanowiskiem, że Kościół sam w sobie stanowi społeczne bądź kulturowe dobro. Gdyby na tym poprzestać, wielu podpisałoby się pod takim twierdzeniem. Problem polega na tym, że dla niektórych Kościół ma być dobry i niezbędny niezależnie od tego, co robi, głosi i jak funkcjonuje.

Co więcej, gdyby Kościoła zabrakło, ze społeczeństwem mogłoby być naprawdę źle. Tak właśnie widzą sprawę orędownicy tezy o Kościele jako dobru samym w sobie. Wtedy bowiem nie miałby kto ludziom oświetlać ciemnej drogi. I wkładać do głów etycznych mądrości. Żadna inna siła „nie wierciłaby nam dziury w brzuchu” (1). Stracilibyśmy sokratejskiego gza, który kąsając, zmusza nas do refleksji.

Innymi słowy, postawiono nas w sytuacji beznadziejnej. Jest Kościół, to jest i moralność. Albo nie ma Kościoła, a wówczas nie ma też moralności.

Jednak historia łatwo falsyfikuje tego typu pseudo-alternatywę. Wystarczy wspomnieć oficjalnie funkcjonujące w III Rzeszy Kościoły chrześcijańskie. Nieraz legitymizowały iście szatańską władzę.

Państwo a Kościół

Jeśli istnienie Kościoła jest dla jego przedstawicieli warunkiem niezbędnym istnienia moralności, da się to racjonalnie czy psychologicznie wytłumaczyć. Jeśli tę zależność głoszą księża, biskupi, hierarchowie, jest w tym pewna konsekwencja. Przecież właśnie w ten sposób Kościół uzasadnia swoje istnienie.

Oczywiście tak zobrazowana teza o Kościele jako warunku moralności jest spłaszczona i tylko w części sprawiedliwa. Co innego, gdy ktoś w nią wierzy, by szerzyć dobro. Co innego, gdy ją propaguje dla osiągnięcia ziemskich celów: zdobycia wpływów, pieniędzy i władzy.

Niezależnie od intencji, Kościół argumentuje w ten właśnie sposób. A państwo akceptuje taką argumentację z tych czy innych pobudek.

Może zresztą władza jest przekonana, że warto wspierać działalność Kościoła, gdyż ten z kolei wspiera społeczeństwo na innych polach. Na przykład pomaga tam, gdzie państwo zawodzi. Albo jest tego państwa zbyt mało. A może po prostu państwo liczy się z siłą Kościoła.

Ale nie to jest tu najważniejsze. Bo nawet jeśli po stronie Kościoła spotykamy wyłącznie walkę o doczesność, po ludzku da się ją zrozumieć – zarówno jej istotę, jak i środki.

Konkretyzując: te wszystkie słynne medialne wpadki i kontrowersyjne wypowiedzi nadwiślańskich hierarchów, czy działalność toruńskiej radiostacji wpisują się doskonale w krytyczną diagnozę motywów ludzi Kościoła. Ale jest to wciąż diagnoza racjonalna. Świadczy o ziemskiej walce Kościoła, której celem jest przetrwanie, a być może też panowanie. Także panowanie w sferze ducha – czyli kształtowanie sumień.

Media a Kościół

Pozostańmy na poziomie konkretu. W Polsce sytuacja jest jasna. Tu pierwsze skrzypce gra Kościół rzymskokatolicki. Nietrudno znaleźć przykłady jego dominacji w debacie publicznej, gdy toczone są spory o kwestie etyczne i obyczajowe. W opinii wielu, również katolików, ta chęć dominacji idzie często za daleko. Przypadki naruszania pluralizmu opinii przez Kościół są – rzecz jasna – skrzętnie odnotowywane przez media uchodzące za lewicowe.

Tym bardziej dziwi, gdy świat pozakościelny, czy też wobec hierarchii kościelnej zdystansowany, oznajmia, że dla Kościoła nie ma alternatywy. Czyli, że nie ma innej siły, która może nas „poprawiać”. Jest to po prostu kapitulacja tego świata – nie tylko przed Kościołem, ale przed sobą. Paradoksalnie, jest to kapitulacja również wobec stanowiska Kościoła katolickiego. Przecież nawet II Sobór Watykański ową dojrzałość etyczną świata laickiego dostrzegł (por. Gaudium et spes).

Otóż można spotkać się z taką kapitulacją w mediach opiniotwórczych. O ile jednak owa „strategia” nie dziwi, gdy zerknąć w stronę mediów konserwatywnych, o tyle można doświadczyć dysonansu poznawczego, gdy tego typu przekonania promują media lewicowe (2).

Publicystycznie jest to dla nich samobójstwo. Jak przekonuje nas pewien eseista-cynik, publicystyka jest moralizatorstwem (3). A skoro tak, to – mówiąc metaforycznie – nie może działać „niegospodarnie”, na własną szkodę i „pozbywać się udziałów” na rzecz „innych spółek”. Publicystyka sama straci rację bytu, gdy swą misję sceduje na Kościół.

Jeśli zatem publicysta niezależnej gazety ma podpierać się autorytetem Kościoła większościowego, a konkretnie – w Kościele tym upatrywać jedynej siły moralnej zdolnej „ubogacić” społeczeństwo – to równie dobrze może zostać jego rzecznikiem. Ale to już z dziennikarstwem za wiele mieć wspólnego nie będzie.

Wspólne brzemię

Postawa „odpuszczenia sobie” i przerzucenia odpowiedzialności za rozwój etyczny i duchowy ludzi na barki grzesznego i świętego jednocześnie Kościoła dziwi. Zwłaszcza wtedy, gdy media mienią się strażnikami ładu ufundowanego na wielości opinii. Gdy rzekomo troszczą się o pluralizm światopoglądowy. Dla przypomnienia: w preambule do ustawy zasadniczej mowa jest o wartościach wywiedzionych z innych niż Bóg źródeł.

Uprzywilejowanie (jednego) Kościoła w dyskursie etycznym to pójście na intelektualną łatwiznę. To także łamanie zasady szacunku dla innych poglądów, tak samo uprawnionych w debacie, choćby były wyznawane przez garstkę ludzi. A mówienie, że tak naprawdę nie ma innego wyboru niż słuchanie biskupów Kościoła większościowego w kwestiach etycznych, to skrajny paternalizm. I przekaz: bierzcie to, co jest, bo na nic lepszego nie zasługujecie.

(1) Por. D.Wielowieyska, „Posłuchajmy polskich biskupów”, Gazeta Wyborcza, wyd. z dn. 25.10.2014.
(2) Zob. A.Michnik-A.Nowakowska, D.Wielowieyska, „Michnik: Polska bez Kościoła to czarny obraz”, Gazeta Wyborcza, wyd. z dn. 19.03.2014.
(3) Por. R.Krasowski, „Czas gniewu. Rozkwit i upadek imperium SLD”, ss. 8-9, Warszawa 2014.

*Tomasz Mincer – publicysta, redaktor naczelny Miesięcznika Ewangelickiego