Newsletter

Obama stawia na Azję

Bogdan Góralczyk, 25.11.2014
Centrum światowej gospodarki przeniosło się nad Pacyfik. Administracja USA wyciągnęła z tego wnioski

Centrum światowej gospodarki przeniosło się nad Pacyfik. Administracja USA wyciągnęła z tego wnioski

Źródło: White House (Pete Souza)

Kiedy w październiku 2011 r. ówczesna sekretarz stanu Hillary Clinton przedstawiła nową amerykańską strategię i zapowiedziała zwiększoną aktywność USA w „wieku Azji”, z której dość szybko wyłoniło się głośne „przeosiowanie” (pivot) na region Azji–Pacyfiku, zastanawiano się, jak to amerykańskie nowe zaangażowanie będzie wyglądać.

Sygnały były już wcześniej, ale ten rok przyniósł prawdziwy przełom. Wiosną 2014 r. prezydent Barack Obama udał się na – odłożony w czasie, ze względu na wcześniejsze problemy budżetowe w kraju – objazd azjatyckich partnerów USA: Japonii, Korei Płd., Malezji i Filipin. Trafił do tych państw, które mają najbardziej ambiwalentny stosunek do wykoncypowanej przez Nową Zelandię i Singapur w 2005 r. strefy wolnego handlu i współpracy w regionie o nazwie Partnerstwo Transpacyficzne (Trans Pacific Partnership; TPP), do której w 2011 r. przyłączyli się Amerykanie, zamieniając tym samym ów projekt w swój okręt flagowy.

Wkrótce liczba uczestników TPP wzrosła z czterech do dwunastu, lecz uderza w nim nieobecność Chin. To amerykańska odpowiedź na różne chińskie inicjatywy współpracy w regionie, takie jak Szanghajska Organizacja Współpracy (istniejąca od 2001 r., ale po 2008 r. znacznie wzmocniona), a przede wszystkim forsowana przez Pekin strefa wolnego handlu Chin z państwami Stowarzyszenia Narodów Azji Południowo-Wschodniej (ASEAN), zwana CAFTA.

Wstrzemięźliwa Japonia, ochoczy Wietnam

Niektórzy znaczący partnerzy są jednak wobec inicjatywy TPP wstrzemięźliwi. Japonia, kraj na wyspach, ciągle chroni swój rynek i nie chce się mocno gospodarczo otworzyć, choć za główny filar zewnętrznego bezpieczeństwa nadal uznaje sojusz z USA. Władze w Seulu też są za współpracą z Amerykanami, ale pod rządami obecnej prezydent (od lutego 2013 r.) Park Geun-hye zrobiły z Chin najważniejszego gospodarczego partnera. Z kolei niemal jedna trzecia społeczeństwa Malezji to Chińczycy, stąd innego rodzaju ambiwalencja w stosunku do Pekinu. Jedynie w Manili Obama nie musiał nikogo przekonywać. Po prostu podpisał porozumienia o powrocie swoich żołnierzy do amerykańskich baz Subic Bay i Clark, opuszczonych w początkach lat 90. minionego stulecia.

Filipiny obok Wietnamu są tym państwem, które już od lat toczy z Chinami spór o podział roponośnych, a przede wszystkim ważnych komunikacyjnie wód Morza Południowochińskiego. Toteż w obliczu chińskiego zagrożenia oba te kraje postawiły na współpracę z Amerykanami, włącznie z wojskową, co w przypadku Wietnamu ma oczywiście dodatkowe konotacje wynikające z przeszłości.

Drugi spór terytorialny na tamtym obszarze, w który zaangażowane są Chiny, toczy się z Japonią o niezamieszkane wyspy Senkaku – Diaoyudao. Chwilami wygląda on na groźny. Nic dziwnego, że kiedy w listopadzie przyszły po kolei trzy szczyty z udziałem Obamy: APEC, Azji Wschodniej i G-20, już na pierwszym, w Pekinie, uwagę mediów skupiło – pierwsze odkąd sprawują władzę – spotkanie prezydenta Chin Xi Jinpinga i japońskiego premiera Shinzo Abe. Co prawda, atmosfera była sztywna, a wieńczący spotkanie wspólny uścisk dłoni chłodny i bez patrzenia sobie w oczy, ale obie strony uznały, że warto wrócić do współpracy.

Zmiana  klimatu

Japonia doszła do wniosku, że ważniejsza jest dalsza współpraca gospodarcza i handlowa z  szybko rosnącymi w siłę Chinami aniżeli turbulencje w stosunkach z nimi. Z kolei Chiny, chłodno nastawione chociażby z racji wizyt premiera Abe i członków jego gabinetu w narodowym panteonie – świątyni Yasukuni (gdzie zdaniem Chińczyków i Koreańczyków leżą wojenni zbrodniarze), odpowiedziały w końcu pozytywnie na japońskie starania o tę rozmowę. Pod jednym wszakże kluczowym warunkiem: podpisano dwustronny czteropunktowy komunikat, mający stanowić podstawę poprawy stosunków, w którym Tokio po raz pierwszy zgodziło się ze stanowiskiem Pekinu, iż Senkaku to terytorium sporne, o czym wcześniej, mając nad nim faktyczną jurysdykcję, nawet nie chciało słyszeć.

Jednakże to nie spotkanie Xi Jinpinga z Abe, choć ważne, przyciągnęło największą uwagę przy okazji szczytu APEC (największych gospodarek obszaru Azji i Pacyfiku). Prawdziwym wydarzeniem było niespodziewane ogłoszenie przez przywódców Chin i USA nowego, dwustronnego porozumienia klimatycznego. Ma ono ogromny, i to nie tylko symbolicznie, wymiar. Obie te potęgi są bowiem największymi trucicielami na globie, odpowiadając wspólnie za ok. 40 proc. ogółu gazów cieplarnianych tłoczonych do atmosfery.

Przyjęte zobowiązania są jednak zdaniem ekspertów zarówno spóźnione, jak też mało odważne w stosunku do potrzeb, wymogów i zagrożeń – szczególnie w przypadku Chin, które zobowiązały się faktycznie zmniejszać poziom emisji dopiero po 2030 roku. Tymczasem wiadomo, że pozycję niechlubnego lidera pod tym względem przejęły od USA w 2006 r., a dzisiaj odpowiadają już za 26 proc. ogółu światowej emisji gazów cieplarnianych, co wkrótce będzie stanowiło niemal dwukrotność tego, co emitują USA.

Mimo tego podpisane porozumienie jest naprawdę ważne, bo po pierwsze – pionierskie, po drugie – zawarte przez kraje, które opierały się dotychczas ustaleniom protokołu z Kioto, a po trzecie i najważniejsze, włączyły Chiny, które w 2009 r. storpedowały szczyt klimatyczny w  Kopenhadze, do grona stron aktywnych w walce ze zmianami klimatycznymi. Jest o co walczyć, bowiem według najnowszego raportu, właśnie wydanego przez działający pod egidą ONZ Międzyrządowy Panel ds. Zmian Klimatu (IPCC), obecnie mamy już najwyższy od co najmniej 800 tys. lat poziom stężenia gazów cieplarnianych na Ziemi.

Jest już nie tyle poważnie, co groźnie. Przy czym prezydent Obama będzie miał groźnie także na swojej scenie wewnętrznej, bowiem tuż przed wyjazdem do Azji Demokraci stracili kontrolę and obiema izbami Kongresu, a większość Republikanów o walce z klimatem nawet nie chce słyszeć. Tym samym mają jeszcze jeden front walki z prezydentem.

Zgrillowany Putin

Z Pekinu Obama, podobnie jak większość szefów innych delegacji, udał się na kolejny azjatycki szczyt – do Naypyidaw, nowej stolicy Mjanmy (dawniej Birma). Był tam po raz wtóry (po raz pierwszy – przed dwoma laty), co należy uznać za kolejny symboliczny krok, bowiem Mjanma przed obecnym, zainicjowanym w 2011 r., przełomem była wymieniana jednym tchem obok Korei Północnej jako najgorsza satrapia Azji.

Tu zadania były inne: wspierać noblistkę Aung Sann Suu Kyi w jej staraniach w walce o prezydenturę w planowanych na rok przyszły wyborach, a równocześnie utrzymywać ten ważny strategicznie kraj w orbicie amerykańskich i zachodnich wpływów. W obu przypadkach trudno raczej mówić o sukcesie, bowiem Obama co prawda jednoznacznie poparł noblistkę, ale wcale nie jest pewne, czy przekonał do tego przywódców w Naypyidaw. Natomiast szefujący chińskiej delegacji premier Li Keqiang podpisał przy okazji dwustronne porozumienia na łączną sumę 7,8 mld dolarów. Patrząc z tamtejszej perspektywy, znowu więc wyszło, że Amerykanie ograniczają sie do retoryki, natomiast Chińczycy operują kiesą. Nic dziwnego, że Aung San Suu Kyi jeszcze w tym miesiącu zapowiedziała swój pierwszy w życiu wyjazd do Chin.

A końcowy etap stanowiło Brisbane w Australii i szczyt G-20, czyli nowego po 2008 r. światowego Dyrektoriatu, który zastąpił G-7. Tu bohater był jeszcze inny – i negatywny tym razem: prezydent Rosji Władimir Putin, któremu wcześniej przyznano drugorzędną rolę, a którego w Brisbane – przy biernym podejściu Chin i Indii – po prostu go „zgrillowano” za zachowanie na Ukrainie.

Amerykanie muszą mieć jednak na uwadze, że przy tej okazji doszło też do miniszczytu grupy BRICS, a więc największych wschodzących rynków, na którym zapowiedziano zwiększenie kapitału operacyjnego niedawno utworzonego Banku Rozwoju tego ugrupowania, z siedzibą w Szanghaju, do 200 mld dolarów.

To kolejny dowód na wzrost znaczenia Azji i tamtejszych rynków. Albowiem Bank Rozwoju to nic innego jak próba podważania zdominowanego przez USA systemu Bretton Woods (MFW i Bank Światowy plus dwie pomniejsze organizacje). Centrum światowej gospodarki przeniosło się na Pacyfik. Obecna administracja amerykańska to wie i wyciągnęła z tego należyte wnioski, czego dowodem są dwie – rzecz bez precedensu – tegoroczne długie wizyty prezydenta USA na tych obszarach. Po zaangażowaniu w Iraku, Afganistanie i wojnie z terrorem (teraz – z Państwem Islamskim), przyszła zmiana azymutu. Na Azję, w stronę której Amerykanie zwrócili się w myśl starej sprawdzonej zasady: nic o nas bez nas.

*Bogdan Góralczyk – profesor w Centrum Europejskim Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 2003-08 ambasador RP w Królestwie Tajlandii, Republice Filipin i Związku Myanmar (Birma)