Newsletter

Polskość po ewangelicku

Aleksandra Sękowska, 11.11.2014
Mężczyźni służyli w wojsku, ale to kobiety kształtowały patriotyzm następnego pokolenia

Mężczyźni służyli w wojsku, ale to kobiety kształtowały patriotyzm następnego pokolenia – z Aleksandrą Sękowską rozmawia Tomasz Mincer

CC-BY-SA-3.0. Autor: Krzysztof Kundzicz

Tomasz Mincer: Jak brzmi pani panieńskie nazwisko?

Aleksandra Sękowska: Diermajer. Jest pewna niekonsekwencja w tym zapisie, bo wpierw jest „D-i-e”, ale potem już „majer” właśnie przez „j”.

Skąd pochodzą Diermajerowie?

Z Bawarii. Byli katolikami.

A pani mama?

Julia, była z domu Drège. Tutaj korzenie są francuskie, hugenockie. Mój ojciec, Zygmunt, zmarł w 1936 roku, gdy miałam siedem lat. Krótko po nim odeszła jego matka, czyli moja babcia. Stąd też wpływy rodziny Diermajerów były stosunkowo nieduże. Wychowałam się już w środowisku ewangelicko-reformowanym. Rodzinnie trzymałam się blisko ze Skierskimi, bowiem moja babcia i pastorowa Skierska, żona księdza Stefana, były siostrami.

Warto jeszcze dodać, że babcia od strony matki była z domu Diehl. To córka księdza Augusta Karola. Pamiętam opowieści o pradziadku, który miał ponoć pomarańczowe palce, bo palił dużo cygar. No i jeszcze Semadeniowie…

… znani cukiernicy, ze Szwajcarii.

I troszkę znajdzie się też Szkotów.

Kiedy najpóźniej przyjechali na tereny Polski pani protoplaści?

Raczej było to w wieku XIX. Przyjeżdżało się zarabiać pieniądze. A to jako przedstawiciel handlowy, a to jako finansista. Ktoś pracował w gazowni. Drège’owie byli związani z niemiecką firmą drogeryjną „Puls”. Mój dziadek był dyrektorem naczelnym, jego brat kimś w rodzaju głównego technologa. Fabryka mieściła się na Daniłowiczowskiej. Dalsi dwaj Drège’owie byli przedstawicielami „Pulsa” na Rosję carską, mój ojciec natomiast – finansistą w Banku Polskim.

W domu mówiło się po polsku.

Tak. Czasem żeby dzieci nie rozumiały, o czym dyskutują dorośli, rozmowa toczyła się po francusku.

A czy zdarzało się, że starsze pokolenie posługiwało się tylko francuskim lub niemieckim?

Przyswojenie języka polskiego odbyło się jakieś pokolenie-dwa-trzy wcześniej. Kiedyś zadano mi pytanie, jak to się stało, że Polska przez 123 lata żyła pod zaborami i nie utraciła swojej „polskości”. Zaryzykowałam wówczas odpowiedź, że mężczyźni służyli w wojsku – w najróżniejszych okolicznościach. Kobiety zaś kształtowały następne pokolenie w duchu patriotycznym.

A jak to było u pani w domu z owym kształtowaniem postaw?

Mój ojciec na tyle, na ile go pamiętam, bardzo mało czasu spędzał w domu. Po pracy przybywał w klubach. Poza tym był numizmatykiem i filatelistą, co zastępowało mu częste obcowanie z dziećmi…

Czyli „przekazicielką tradycji” była mama?

Oczywiście i babcia Drège’owa. Męskie linie Drège’ów szybko wymierały. Wspomnę przy tej okazji o Tadeuszu Drège’u, bracie matki. Był studentem Politechniki Warszawskiej, zachowała się jego fotografia w mundurze. Służył w polskim wojsku, co zawsze podkreślano.

Porozmawiajmy o przedwojennym patriotyzmie. Jak on się przejawiał?

To było coś naturalnego. Byliśmy Polakami. W gruncie rzeczy – Polkami. Kiedy mama poszła do pracy, dużo czasu poświęciła nam babcia. Myślę jednak, że patriotyzm zawdzięczam w dużym stopniu szkole.

A chodziłam do szkoły panny Heleny Bursche – ewangelicko-augsburskiej przy Kredytowej. Z uwagi na niemieckie pochodzenie Burschów, nasza pani dyrektorka była wyczulona na kwestie patriotyczne. Gdy przyjmowała kogoś do szkoły, kazała deklamować hymn (powiedzmy trzy strofki). Poza tym odbywało się dużo uroczystości patriotycznych, akademii, też przy okazji 11 listopada.

A czy w domu wciąż odczuwało się i podkreślało związki z krajami przodków?

Mówiło się o krewnych, którzy przyjeżdżali do Polski. Podkreślało się hugenockie pochodzenie.

Jakich języków się pani uczyła?

Jako małą dziewczynkę prowadzono mnie do ciotki, zawodowej nauczycielki francuskiego. Trzeba było znać francuski – język przodków. Ale jestem piekielnie niezdolna do języków. Mam stosunkowo dobry niemiecki akcent, natomiast jeśli chodzi o francuski – jedna wielka rozpacz. W końcu babcia Drège’owa powiedziała, że „tego dziecka nie należy uczyć francuskiego, bo tak kaleczyć tego pięknego języka nie wolno”. Niemieckiego zaczęłam się uczyć od momentu okupacji w szkole.

Jaka to była szkoła?

Bardzo specyficzna. W mojej klasie były dwie katoliczki. Przeważały luteranki, reformowane były trzy, pamiętam też pięć żydówek. Do klasy mojej siostry, Ireny, chodziła też muzułmanka.

W naszej rozmowie dotarliśmy do czasów okupacji. Trafiła pani do harcerstwa.

Szkoła i harcerstwo bardzo się zazębiały. W harcerstwie od razu trzeba było wybrać albo łączność, albo sanitariat. Zdecydowałam się na to pierwsze. W roku przedpowstaniowym ukończyłam solidny kurs łączności na Powiślu. Konkretnie – z łączności terenowej. Do dziś pamiętam tamtejszy układ ulic. Chodziło o to, żeby wiedzieć, ile domy miały pięter, ile podwórek etc. Po przyspieszonym powrocie z wakacji mieszkałam na ulicy Smolnej 36. 2 sierpnia wyszłam stąd do Powstania.

Jak się pani mama zapatrywała na Powstanie?

Była osobą pogodzoną z losem.

Od kiedy wiedziała o pani udziale w konspiracji?

Na pewno już w lipcu, po moim powrocie z wakacji, w związku z konspiracyjnym wezwaniem. Dostałam do przepisywania regulamin służby wewnętrznej, co robiłam z mamą nocami. Sama bowiem dość słabo pisałam na maszynie. Wszystko to odbywało się w ramach ogólnowojskowego przeszkolenia. Było to podczas radzieckich nalotów na Warszawę. W pewnym momencie wiedziałam już, że mam się zgłosić na kwaterę, właśnie na Smolną.

Co było dalej?

Zostałam łączniczką lekarki w ramach harcerstwa. 1 sierpnia miałam służbę gdzieś do południa. Rozkaz przyjścia dostałam na 2.08 na ósmą rano. 1 sierpnia cała nasza grupa na Smolnej zobaczyła chorągiew dwie, trzy kamienice dalej. Było też trochę strzelania.

2.08 na Smolnej i Nowym Świecie ulice świeciły pustkami. Nie było jeszcze ostrzału z Banku Gospodarstwa Krajowego. Z bramy do bramy skokami dotarłyśmy na Twardą, gdzie mieściła się centrala harcerska, internat dla dziewcząt, których ojcowie znaleźli się na Zachodzie. Okazało się, że jest za dużo dziewcząt chętnych do służby. Wszystko było obsadzone.

Co pokazuje, jak wielka była chęć tych młodych do wzięcia udziału w Powstaniu.

To było oczywiste, nie do dyskusji! Poradzono nam pójść w miasto i mówić, że jesteśmy harcerkami. I że będziemy robić wszystko, co nam każą. W końcu na ulicy Sienkiewicza, która łączyła się z placem Napoleona, była duża restauracja. Tam starsza pani, inteligentka, powiedziała, jest żołnierska kuchnia. I że roboty nie brakuje.

Pracowałyśmy jakieś dwa tygodnie. Później spotkałyśmy inną harcerkę, od której dowiedzieliśmy się o Wojskowej Służbie Społecznej. Jej zadaniem było niesienie ulgi ludności cywilnej. Przykładowo, było bardzo dużo mleka w proszku, więc gotowałyśmy kotły tego mleka i roznosiłyśmy po piwnicach dla niemowląt. Również odzież i prasę.

Jakie były pani dalsze perypetie?

Kwatery mieliśmy całkiem dobre przy ulicy Zgoda 15, ale z czasem, gdy zrobiło się głodno, nikt nie chciał nas karmić. Wtedy jakieś oparcie WSS znalazła na Ordynackiej, ale wkrótce problem powrócił. Trzeba było się rozproszyć. Na Powiślu u „Krybara”, czyli kpt. Cypriana Odorkiewicza, służyła moja siostra, sanitariuszka. Dowódcą punktu sanitarnego był młody lekarz. Na mój widok, rzekł: „no ale co ja z tobą tu zrobię?”. Zawodowa pielęgniarka z tego patrolu słysząc to oznajmiła, że się mną zajmie i po trochu poduczy.

Ale znów byłam tam krótko, bo Powiśle padło. Później służyłam u „Krybara” na Szpitalnej. Robiłam najróżniejsze rzeczy. Opatrunki, przyszywanie guzików, orzełków na nakryciach głowy i proporczyków. Również łączność z placówką na Chmielnej. Tam zastała nas wiadomość o upadku powstania. Dzień przed jego ogłoszeniem siostrzeniec „Krybara”, który był w tym oddziale, przyszedł i powiedział, że jutro ogłoszą kapitulację. I wyobraź sobie, że koledzy zrobili mu tzw. kocówkę. Bo siał złe nastroje.

Miała pani jakieś kontakty z cywilami w tym czasie? Jakie były ich reakcje?

W końcu sierpnia w WSS się z cywilami zetknęłam, ale we wrześniu nie miałam już żadnego kontaktu z cywilami. Pod koniec sierpnia nastroje w piwnicach już były złe.

Poszła pani do niewoli, następnie wywieziono panią do Niemiec pociągami towarowymi. Przyszło wyzwolenie.

Generał Maczek w swoich wspomnieniach pisał, że miał w czasie kampanii dużo ważnych i miłych momentów, no bo w końcu szedł jak czołg… Z całej kampanii najbardziej zapadł mu w pamięć moment odbicia Oberlangen 12 kwietnia 1945 r. Byłyśmy przekonane, że odbiją nas Anglicy, a tu taka niespodzianka.

Po wojnie miała pani możliwość pozostania na Zachodzie. Czy kiedykolwiek pani żałowała powrotu do kraju?

Nie. Krótko mówiąc, wróciłam do polskiej historii i do polskiego języka. Nie przypuszczałam, że będzie politycznie tak ciężko. A historią zostałam „zarażona” jeszcze w czasie okupacji u panny Bursche, gdzie była wspaniała historyczka. Ciągoty do tego przedmiotu miałam, ale ona z pewnością je we mnie rozbudziła.

*Aleksandra Sękowska – brała udział w Powstaniu Warszawskim (ps. „Oleńka”); przepracowała w Kościele ewangelicko-reformowanym blisko 50 lat, od 1984 roku współtwórczyni konsystorskiej Komisji Dokumentacji, Informacji i Wydawnictw, w l. 1986-2009 przewodnicząca KDIiW; obok swego męża, Stefana Sękowskiego, współautorka kilkudziesięciu książek popularyzujących chemię; obecnie kieruje Pracownią Ochrony Dziedzictwa Historycznego Parafii Ewangelicko-Reformowanej w Warszawie.