Newsletter

Jak czerwoni niebieskich ograli

Paweł Laidler, 15.11.2014
Republikanie wygrali „wyścig o kasę” i konkurs obrońców „amerykańskich wartości”

Republikanie wygrali „wyścig o kasę” i konkurs obrońców „amerykańskich wartości”

Źródło: Gerald R. Ford Presidential Library and Museum

Stało się – choć przewidywania przedwyborcze zakładały, że może się tak stać. Jednak „niebiescy”, czyli Demokraci, wraz z urzędującym prezydentem wierzyli, że mają lepszych kandydatów i lepszy program polityczny, co w połączeniu z magią Hillary Clinton i jedną z największych kampanii bezpośrednich w historii wyborów do Kongresu miało przynieść upragniony skutek: utrzymanie większości w Senacie, wygraną w stanach i okręgach, które do tej pory były „czerwone” (republikańskie) i utrzymanie status quo w wyborach gubernatorskich.

Powtórka z Johnsona

Czy jednak kampania 2014 rzeczywiście mogła wzbudzać wśród Demokratów optymizm? Czynniki, zarówno zewnętrzne (wybory podczas drugiej kadencji prezydenta często wygrywała partia przeciwna, zwłaszcza przy jego malejącej popularności), jak wewnętrzne (zbyt łagodna kampania w niektórych stanach, rezygnacja z aktywnego udziału Obamy, zainwestowanie mniejszej ilości środków finansowych w kampanię), wskazują, że porażka była realna, choć na pewno jej rozmiary są bolesne. Bo nie o sam fakt, ale o skalę zwycięstwa Republikanów tu chodzi.

Wybory z 4 listopada 2014 roku przejdą do historii, zarówno w wymiarze kongresowym, jak i gubernatorskim, ze względu na wyniki w poszczególnych stanach, jak również najpoważniejsze od czasów prezydentury Lyndona B. Johnsona straty partii rządzącej. Republikanie powiększyli swoją przewagę w Izbie Reprezentantów o trzynaście miejsc, a co ważniejsze, uzyskali kosztem Demokratów siedem miejsc w Senacie i posiadają obecnie większość głosów (52 na 100). Na dodatek udało im się wygrać wybory gubernatorskie w kilku stanach, w których nie byli faworytami, jak choćby w Teksasie, Illinois czy Kentucky.

Porzucony Obama

Szukając przyczyn dotkliwej porażki Demokratów wśród nich samych, należy zastanowić się, dlaczego część establishmentu politycznego świadomie zrezygnowała z większego wsparcia urzędującego prezydenta. Oczywiście, popularność Obamy w ostatnich miesiącach spadała, a czarny PR stosowany przez przeciwników uderzał głównie właśnie w prezydenta, którego charyzma i obietnice straciły swój blask i wiarygodność. Ale mimo wszystko to wciąż głowa państwa, lider partii i człowiek, dzięki któremu Demokraci w ostatnich latach osiągali pasmo sukcesów wyborczych. Kto, jeśli nie on sam, powinien był wysłać jasny sygnał, że ma pomysł na wyjście z kryzysu wizerunkowego, i to w czasie politycznej kampanii, w której czuje się jak ryba w wodzie?

Tymczasem zwyciężył pragmatyzm oraz myślenie o kolejnych wyborach prezydenckich, ponieważ twarzą kampanii partii demokratycznej została Hillary Clinton. Oficjalnie była sekretarz stanu wraz z mężem bezpośrednio wsparli niemal 30 kandydatów, odwiedzając w dwa miesiące połowę amerykańskich stanów. Nie ma wątpliwości, że Hillary Clinton ma niekwestionowaną pozycję w samej partii i jest kreowana na jej przyszłego lidera, co czyni ją również najpoważniejszą kandydatką do demokratycznej nominacji w wyborach 2016 roku.

Klątwa Demokratów

I na tym polega jeden z głównych problemów Demokratów. Choć mają przynajmniej kilku energicznych i aktywnych polityków, którzy kandydowali w obecnych wyborach, to jednak zostali oni zmarginalizowani, czy nawet przytłoczeni popularnością Clinton. Klątwą Demokratów może być przedwczesne zakończenie debaty wewnątrzpartyjnej odnośnie do wyborów 2016 i nieskorzystanie z „konkursu piękności i popularności” kandydatów, którzy dzięki wyborom do Kongresu czy na urząd gubernatora mogli wypłynąć na szersze wody amerykańskiej polityki.

Porażka jednych jest sukcesem drugich, co skwapliwie odnotowały wszystkie media, również te przychylne Demokratom. Większość z nich, zamiast krytykować przebieg kampanii Demokratów, skupia się na wyliczaniu przyczyn tak wysokiego zwycięstwa Republikanów. Zwycięstwa, które było im niezwykle potrzebne, z uwagi na znaczny regres wyników wyborczych tej partii w ostatnich latach. No i nadzieję, którą wiąże się z najbliższymi wyborami gospodarza Białego Domu.

Dwie przyczyny zmiany

Nie  odnosząc się wprost do komentarzy medialnych i analitycznych, uważam, że istnieją dwie główne przyczyny, dla których znaczna część amerykańskiego społeczeństwa postanowiła oddać głos na kandydatów republikańskich. Pierwszą jest znaczna mobilizacja elektoratu przez wzmożoną retorykę skupiającą się na wyliczeniu zagrożeń ze strony Demokratów dla tradycyjnych konserwatywnych wartości społecznych. Umiejętnie prowadzona kampania negatywna wzbudziła strach przed liberalną Ameryką, co spowodowało, że twardy elektorat republikański okazał się bardziej zmobilizowany niż jego demokratyczny odpowiednik.

Drugą przyczynę upatrywałbym w sposobie przeprowadzenia kampanii, zdeterminowanym przez znaczący wpływ środków finansowych z różnych źródeł, w tym głównie prywatnych. Choć nie ma jeszcze danych dotyczących oficjalnych wydatków na kampanię obydwu partii politycznych czy poszczególnych kandydatów, to wyraźnie widać, że Republikanie wygrali „wyścig o kasę”. Niebagatelne znaczenie mogą mieć ostatnie zmiany w prawie finansowania kampanii wyborczych. Przy tej okazji wypływa, moim zdaniem, główny bohater wieczoru i pewnie kolejnych miesięcy w polityce amerykańskiej, czyli Mitch McConnell.

Nowy lider czerwonych?

Z jednej strony, McConnell osiągnął osobisty sukces, ponieważ został ponownie wybrany do Senatu ze stanu Kentucky, mając trudnego przeciwnika w osobie Alison Grimes.  Oznacza to nie tylko reelekcję i możliwość realizowania polityki na szczeblu centralnym, ale przede wszystkim awans z lidera mniejszości senackiej na lidera większości, co zapewne formalnie nastąpi w styczniu 2015. Jako lider Republikanów w izbie wyższej, będzie odgrywał istotną rolę w procesie kontrolowania ustawodawstwa, zatwierdzania prezydenckich nominacji (o tym poniżej), jak również politycznych konfrontacji z prezydentem.

Z drugiej jednak strony, McConnell wydał na kampanię około 55 milionów dolarów korzystając m.in. ze skutków ostatnich orzeczeń Sądu Najwyższego (Citizens United v. FEC oraz McCutcheon v. FEC), zakazujących ograniczania finansowania kampanii wyborczych ze źródeł prywatnych. Jeżeli potwierdzą się przypuszczenia, że beneficjentami powyższych zmian w prawie są przede wszystkim Republikanie, to poznamy jedną z głównych przyczyn ich znacznego sukcesu wyborczego.

Prawdziwy bój w przyszłym roku

Warto również podkreślić, że nie sprawdziły się prognozy analityków wieszczących stopniową utratę kluczowych stanów przez Republikanów i postępujący wzrost liczby „niebieskich” stanów. Uwagi takie podnoszono np. w odniesieniu do Teksasu, biorąc pod uwagę zwiększającą się liczebność społeczności latynoskiej, tradycyjnie głosującej za kandydatami partii demokratycznej, gdy tymczasem gubernatorem został Republikanin Greg Abbott.

Co więcej, Demokraci stracili mandaty w kilku stanach w środkowej Ameryce, z czego najbardziej bolesna wydaje się utrata „prezydenckiego” Illinois. Oczywiście, może to być tylko chwilowa tendencja, ale umiejętnie prowadzona kampania i zmiana retoryki, zwłaszcza w stanach borykających się z problemem nielegalnej imigracji, może pozwolić Republikanom obronić się przed czarną wizją utraty szansy na prezydenturę w przyszłości (o czym głośno było przy okazji wyborów roku 2012).

I tutaj pojawia się prawdziwe wyzwanie: abstrahując od aktywnego myślenia o kolejnych wyborach prezydenckich, politycy muszą zmierzyć się z reformą prawa imigracyjnego, stanowiącą dla administracji Obamy najważniejszą, po reformie służby zdrowia, kwestię polityczno-społeczną. Dlatego w przyszłym roku czeka Amerykę prawdziwa walka polityczna między prezydentem a republikańską większością w Kongresie o ustanowienie nowych regulacji dotyczących imigrantów. Zobaczymy, czy zwycięży polityczny pragmatyzm, czy jednak ważniejsza okaże się polityka obstrukcji.

Nowa nadzieja

Na koniec jeszcze jedna uwaga. Przy okazji wyborów nie mówi się wiele o możliwych zmianach instytucjonalnych w ciągu dwóch ostatnich lat prezydentury Obamy. Jeżeli pojawią się wakaty, będzie on mógł mianować sędziów federalnych, do czego potrzebne jest poparcie Senatu. Od kilku lat mówi się o rezygnacji ze stanowiska przez sędzię Sądu Najwyższego Ruth Bader Ginsburg, która jest skrajnym liberałem. W przypadku ewentualnego wakatu na jej stanowisku republikańscy senatorowie nie pozwolą Obamie wybrać kandydata, który choć w części mógłby kontynuować ideologiczne dziedzictwo Ginsburg.

Z drugiej strony ogłoszenie przez nią rezygnacji po wyborach 2016 może być równie ryzykowne, zważywszy, że po sukcesie z wtorku wśród Republikanów odżyła nadzieja objęcia najważniejszej funkcji w państwie. Żeby jednak tak się stało, muszą oni potrafić zdyskontować ten sukces, wybierając kandydata mogącego pokonać Hillary Clinton.

Zatem oczy Ameryki od dziś zwrócone będą w kierunku Mitta Romneya, Marco Rubio, Jeba Busha czy Chrisa Christie. Dzień po kampanii roku 2014 rozpoczęła się kampania 2016.

*dr hab. Paweł Laidler – politolog, prawnik, amerykanista; wicedyrektor Instytutu Amerykanistyki i Studiów Polonijnych Uniwersytetu Jagiellońskiego. Autor m.in.: „Prokurator Generalny Stanów Zjednoczonych Ameryki: konflikt kompetencji” i „Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych Ameryki: od prawa do polityki”