Newsletter

Londyn. Folklor czy rewolucja?

Paweł Kubicki, 29.08.2011
Całe pokolenia młodych Europejczyków pozbawiono prawa do godnego mieszkania

O zamieszkach w Londynie powiedziano i napisano już niemal wszystko. Głównie jednak wydarzenia londyńskie tłumaczone były w kontekście ideologicznym. Wpisywano je w wielkie metanarracje. Na przykładzie Londynu zdiagnozowano i opisano niemal wszystkie największe problemy współczesnego świata. Zamieszki w Londynie miały jednak niewiele wspólnego z ideologią, wiele natomiast z miejskim folklorem. Warto na nie spojrzeć z perspektywy mikroskali, specyfiki samego miasta.

Truizmem jest twierdzenie, że w wielkich metropoliach, tak jak w soczewce skupiają się wszystkie problemy społeczne. Nic tak nie wyostrza kontrastów i nierówności społecznych, nic tak nie sprzyja postępującej indywidualizacji i atomizacji jak wielkie miasto. Można jednak sporządzić długą listę współczesnych metropolii, gdzie wszystkie te problemy występują z dużo większą intensywnością niż w Londynie.

Dlaczego zatem tak gwałtowne zamieszki wybuchły akurat w tym mieście?

Sądzę, że odpowiedzi należy szukać głównie w specyfice miasta, jego tożsamości. Tożsamość miasta kształtuje się w procesie długiego trwania, tworząc coś na kształt dyskursu – ram wyznaczających nasze zachowania, określających to, co jesteśmy w stanie sobie wyobrazić i zrealizować w działaniu. Uliczne zadymy, zwykłe chuligaństwo to elementy od lat współkształtujące londyński dyskurs.

Londyn buntował się wyjątkowo często, jednak w przeciwieństwie do Paryża nigdy miejskie zamieszki nie przekształcały się w rewolucję. Zawsze miały więcej wspólnego ze zwykłym chuligaństwem niż z ideologią. O ile Paryż możemy uznać za kolebkę ruchów rewolucyjnych, o tyle Londyn słusznie zasłużył sobie na miano stolicy chuligaństwa.

Sama nazwa „chuligaństwo”, opisująca przemoc i wandalizm dla zwykłej zgrywy i zabawy, pochodzi od mieszkającej pod koniec XIX wieku w Londynie irlandzkiej rodziny Hoolihan. To ona właśnie z chuligaństwa uczyniła swój sposób na życie. Prawdziwy rozwój chuligaństwa nastąpił po II wojnie światowej, a Londyn stał się jego bezapelacyjną stolicą. Chuliganie piłkarscy, modsi, punkowcy, skinheadzi itp. – wszystkie te subkultury, tak silnie związane z ulicznymi zadymami powstawały w Londynie i tam też przeżywały swoje „złote lata”.

Obecne zamieszki nie są czymś wyjątkowym w historii Londynu. Czy zamieszki w Notting Hill (1958), w Lewisham (1977) czy w Brixton (1981, 1985, 1995) były „mniejsze”? Trudno powiedzieć. Uczestnicy i obserwatorzy nie mieli iPadów i nie było Internetu, umożliwiającego publikowanie swoich nagrań. Nie było też 24-godzinnych programów informacyjnych, które muszą zapełniać ramówkę – zwłaszcza w szczycie sezonu ogórkowego.

Mimo wakacji wszyscy zostaliśmy uwikłani w oglądanie relacji z Londynu – ekrany przekazujące informacje są wszędzie. Dziś każdy jest reporterem, nawet londyńscy zadymiarze dokumentowali swoje wyczyny – niejednokrotnie za pomocą rabowanego sprzętu. Skala i dramaturgia wydarzeń mierzona jest obecnie przekazem medialnym. Dlatego porównując obecne zamieszki z przeszłymi, z pewnością można je określić jako „największe”.

Nie chodzi tu jednak o mierzenie skali, ale szukanie przyczyn tych zamieszek. „Iskrą” wzniecającą młodzieżowy bunt miało być zastrzelenie przez policję dealera narkotykowego. Tyle że „iskry” tego rodzaju w metropoliach takich jak Londyn rozbłyskują stosunkowo często i nie wzniecają pożogi o takiej skali. Musiała zaistnieć więc specyficzna sytuacja i sprzyjający rozruchom kontekst społeczny.

Niemal wszystkie dotychczasowe zamieszki wybuchały w sierpniu. Lato w wielkiej metropolii potrafi prowadzić do frustracji i eskalacji przemocy. Szczególne wśród młodzieży, której nie stać na wyjazdy wakacyjne. W jaki sposób wakacyjna nuda w wielkim mieście może prowadzić do napięcia i eskalacji przemocy znakomicie pokazał Spike Lee w swoim filmie „Summer of Sam”o letnich zamieszkach w Nowym Jorku z 1977 roku.

Wiele rożnych przykładów wskazuje, że intensywnie eksponowane przez media wydarzenia – z młodzieżą w roli głównej – nabierają efektu kuli śniegowej. Wielu z nich chce to powtórzyć na swoim podwórku. To może tłumaczyć, dlaczego z taką łatwością zamieszki rozlały się na rożne dzielnice Londynu i inne angielskie miasta oraz dlaczego w wielu europejskich miastach zapłonęły samochody.

Błędem byłoby jednak sprowadzanie londyńskich wydarzeń jedynie do chuligańskich tradycji miasta, wakacyjnej nudy i mediów, które w pogoni za oglądalnością przyczyniają się do eskalacji przemocy. Od pewnego czasu socjologowie zaczynają zwracać uwagę, że na naszych oczach zachodzi jakaś głęboka zmiana społeczna, której nie jesteśmy w stanie uchwycić i opisać. Najlepszym detektorem tej zmiany są postawy młodzieży, grupy najbardziej czułej na złą i niesprawiedliwą organizację społeczną.

Dziś wiele miast wręcz kipi przedrewolucyjnym żywiołem, który przybiera różne formy, w zależności od specyfiki miasta i tradycji politycznych danego kraju. Co jednak bardzo charakterystyczne, najgwałtowniejsze i najbardziej spektakularne protesty wybuchają w stolicach państw, które w ostatnich dekadach przeżywały spektakularny sukces gospodarczy, liczony przyrostem PKB. Okazało się jednak, że nie wszyscy na wzroście PKB korzystają w takim samym stopniu, a wraz z jego wzrostem w zawrotnym tempie rosną koszty życia w metropoliach.

Dzisiejszego pokolenia 20-30-latków, wiecznych stażystów zatrudnianych na „umowach śmieciowych” po prostu nie stać na życie w tak drogich miastach. Mają więc coraz większą świadomość tego, że są pozbawiani prawa do swoich miast. Niewidzialna ręka rynku, która w przypadku dogmatycznej polityki neoliberalnej zamieniła się w „łokieć dewelopera”, pozbawiła całe pokolenia młodych Europejczyków elementarnego prawa do godnego mieszkania.

To ostrzeżenie także dla Polski. Ostatnia dekada to czas spektakularnego rozwoju naszych miast. Jednak był on bardzo nierównomierny, chaotyczny i często aspołeczny. Ślepa wiara w wolny rynek i wielkość PKB sprawiły, że dominującą polityką w przestrzeni polskich miast stał się ów „łokieć dewelopera”. Jeśli ta polityka będzie wciąż dominować, to wcześniej czy później spotka się z gwałtownym oporem tych, których pozbawia prawa do miasta.