Newsletter

RECENZJA: Dziecięca choroba liberalizmu

Tomasz Mincer, 20.10.2014
Książka jest napisana nie tylko dla znawców gospodarki. Czyta się ją jak dobry kryminał

Książka jest napisana nie tylko dla znawców gospodarki. Czyta się ją jak dobry kryminał

„Polacy tak długo byli wygłodniali wolnego rynku, że gdy się wreszcie pojawił, to nie chcieli zaakceptować, że i on ma wady” – pisze Rafał Woś w swej książce pod prowokacyjnym tytułem „Dziecięca choroba liberalizmu” (s.102). W innym miejscu autor konkluduje: „(…) stare bożki ekonomii są strącane z piedestału, można się zachwycać lub odwrotnie, rwać włosy z głowy – ale przynajmniej nareszcie mamy ożywczy intelektualny ferment” (s. 242).

I trzeba przyznać, że Woś bierze udział w tym intelektualnym przewrocie. Jego książka to znakomita przeciwwaga dla piewców neoliberalnej rewolucji. A tych ostatnich nad Wisłą wciąż jest niemało. I to mimo tego wszystkiego, co przyniósł kryzys 2008 roku.

Woś wyjaśnia, skąd się wzięli. Przy czym nie jest to nudny wykład z zamierzchłej historii. Opis nie ma też nic wspólnego z polowaniem na czarownice.

To opowieść o ludziach, zarówno starego systemu, jak i zapatrzonych w obietnice kapitalizmu. Co ich połączyło w demontażu realnego socjalizmu? Dlaczego swe nadzieje ulokowali w pewnej, jednej z możliwych recept na transformację? I, ważniejsze, czy dokonali autorefleksji? Co dziś uznają za błędy, a co za realne sukcesy: polskiej transformacji ustrojowej i 25. lat polityki gospodarczej?

Dla Wosia nie ma świętych krów. Choć niemal o każdym obiekcie swej krytyki pisze z szacunkiem i bez ideologicznego zacietrzewienia. To – przynajmniej w publicystyce krajowej – zdrowa odmiana. Tym bardziej nie mogę się doczekać odpowiedzi na zarzuty Wosia jego adwersarzy.

A będą mieli na co odpowiadać. Przede wszystkim jednak powinni zmierzyć się nie tyle z oceną tego, co było. By wymienić zaledwie garść spraw, o których pisze Woś: nie tylko o dzikiej prywatyzacji, skazanych na wymarcie PGR-ach, czy strefach ekonomicznych, które – jak się okazuje – wcale nie przynoszą nam pożytków, jakich byśmy się spodziewali. Mierzy się także: z ideologicznym przyznawaniem prymatu własności prywatnej, która rzekomo zawsze sprzyjać ma większej efektywności gospodarczej zakładów niż chociażby własność spółdzielcza (por. s. 65).

Książka Wosia zasługuje na rzetelną odpowiedź, zwłaszcza jeśli chodzi o pewien zarys propozycji innej polityki gospodarczej, zrywającej z neoliberalnym dogmatyzmem. Jej autor inspiracji dla tak rozumianej nowej polityki upatruje w dorobku krajowych wybitnych ekonomistów: Michała Kaleckiego czy Tadeusza Kowalika.

W tym inspirowaniu się dostrzegam słuszną próbę wyjścia poza standardy modernizacji a la ksero, tzw. modernizacji imitacyjnej. Jeśli dysponujemy polską myślą ekonomiczną bazującą na krajowych realiach, z której dziś – po kryzysie – czerpią takie tuzy ekonomii, jak chociażby Paul Krugman, dlaczego sami z niej nie korzystamy?

Książka jest wielowątkowa, a przy tym napisana dla każdego, nie tylko dla znawców gospodarki. To z pewnością jedna z głównych zalet tej publikacji. Czyta się ją jak dobry kryminał. Nie brakuje odniesień do literatury, w tym literatury kulturoznawczej i socjologicznej (duży plus), cytatów z przeprowadzonych rozmów z wybitnymi ekonomistami zarówno z Polski, jak i reszty świata, oraz sporej ilości danych mających podeprzeć tezy autora.

Rafał Woś pisze m.in. o rynku zatrudnienia, demitologizuje wysokość kosztów pracy, dorzuca swoje trzy grosze do słynnego sporu o OFE. Polskę na tle innych krajów wprost nazywa rajem podatkowym, a polskie państwo –„państwem (ćwierć)opiekuńczym”.

Autor porusza problem prekariatu, kulturowych przemian późnego kapitalizmu i deficytu zaufania w stosunkach międzyludzkich w Polsce. Dostrzega konieczność odbudowy pozycji związków zawodowych.

W tak przekrojowej analizie, która ma ambicje proponować zmianę kursu polityki gospodarczej, zabrakło mi jedynie skupienia się również na kwestiach edukacji. Czy rzeczywiście zmiana pokolenia wymusi zmianę myślenia, jak zakłada autor, przywołując chociażby młodszych ekonomistów?

Sądząc po wynikach wyborów do Parlamentu Europejskiego, nie byłbym tego taki pewien. Mogę jedynie zasugerować, że to temat na osobną książkę.

Ponadto obawiam się, że przyklejenie łatki do liberalizmu, mimo terminologicznych zastrzeżeń autora na początku książki, przyniesie jej więcej złego niż dobrego. To ogranicza „ewangelizacyjny” potencjał tej książki.

Mimo to mam nadzieję, że książka Wosia trafi pod strzechy. Zwłaszcza przy ulicy Wiejskiej w Warszawie.

*Tomasz Mincer – publicysta

Rafał Woś, Dziecięca choroba liberalizmu, Wydawnictwo Studio Emka, Warszawa 2014