Newsletter

Obywatelski Paryż

Jacek Kubiak, 13.10.2014
Czas na pierwszy budżet partycypacyjny stolicy Francji

Paryska meressa (bo taka chyba powinna być spolszczona żeńska forma słowa mer – prezydent miasta) Anne Hidalgo zatwierdziła w zeszłym tygodniu pierwszy budżet partycypacyjny stolicy Francji.

CC BY-SA 3.0. Autor: Nick-D

Socjalistka Hidalgo miała zaledwie pół roku na przygotowanie się do zupełnie nowej we Francji formy współrządzenia miastem i decydowania o sposobach jego finansowania. Budżet partycypacyjny to zaledwie 5 proc. całego budżetu Paryża. Paryżanie mieli do wyboru 15 projektów. Wybrali finansowanie 9 z nich.

Co ciekawe większość przegłosowanych projektów ma charakter ekologiczny: ogrody w paryskich szkołach, podziemne przejścia pod obwodnicą miasta, rewitalizacja biedniejszych dzielnic, kompostowniki w parkach w 12 i 13 dzielnicy, mobilne jednostki selekcjonowania odpadów i śmieci, zazielenienie gołych murów miejskich.

Przegrały natomiast projekty, powiedzmy, rozrywkowe: indiańskie namioty do zabawy dla dzieci, sezonowe baseny do pływania pod paryskim niebem, instalacje do gry w wielkie szachy i warcaby czy tenisa stołowego.

Taki wybór świadczy chyba o dojrzałości większości paryżan, którzy wzięli udział w głosowaniu. Sugeruje też dobitnie, że jego mieszkańcy, a zapewne i innych wielkich miast, cierpią z powodu braku zieleni i ekologicznych rozwiązań, oddalających ich na co dzień od natury. I powodujących, że życie miejskie staje się coraz trudniejsze.

Ale, jak to w polityce, nawet tej lokalnej, nie obyło się bez narzekań i oskarżeń pod adresem merostwa. Jedni mówią, że owe 5 proc. z budżetu poddane pod bezpośrednie głosowanie to ochłap rzucony gawiedzi. Inni twierdzą, że to sami rajcy miejscy powinni najlepiej wiedzieć, na co należy przeznaczyć pieniądze. I nie powinni zawracać głowy mieszkańcom, w dodatku za ich własne pieniądze. Bo przecież, argumentują, zorganizowanie głosowania kosztowało, i to niemało. Innymi słowy, dla jednych to działanie populistyczne i zwykła rozrzutność.

Paryż ma ogromną dziurę budżetową, bo aż 400 milionów euro – czyli 285 euro na podatnika. Wielu mieszkańców pyta, czy w tej sytuacji nie należałoby nałożyć restrykcji budżetowych, a nie pytać niezorientowanych w finansach miasta mieszkańców, jakich nowych inwestycji by sobie życzyli.

Zwolennicy Anne Hidalgo odpierają te ataki. Twierdzą, że demokratycznej procedurze poddane jest właśnie tylko 5 proc. budżetu. Przeciwnicy odpowiadają na to, że nie ma żadnego systemu kontroli głosowania. I że wielu zwolenników władz ratusza mogło głosować po kilka razy, korzystając z różnych adresów e-mailowych.

Oczywiście, jak zwykle w takich wypadkach nie da się zadowolić wszystkich. Mimo to Anne Hidalgo chce pójść za ciosem. I obiecuje, że w przyszłym roku udostępni mieszkańcom większy procent budżetu miejskiego.

Krytyka towarzyszy realizacji budżetu partycypacyjnego od momentu jego powstania w roku 1989 w brazylijskim Porto Alegre. Dyskusja nie ominie i nas, bo prezydenci polskich miast bardzo ochoczo wprowadzają tę formę uczestnictwa w demokracji u siebie.