Newsletter

E-dżihad kontra nasz świat?

Aleksandra Łojek, 09.10.2014
Zachód odwraca się od „swoich” muzułmanów, antagonizując ich ze strachu przed ich potencjalną radykalizacją

Zachód odwraca się od „swoich” muzułmanów, antagonizując ich ze strachu przed ich potencjalną radykalizacją

Postrzegamy morderców Alana Henninga, brytyjskiego wolontariusza z organizacji charytatywnej, jako dzikich barbarzyńców, którzy gdzieś tam na pustyni polują na ludzi w imię wymyślonego konstruktu religijnego, który nazywają islamem.  Występują w złowróżbnej czerni, z zasłoniętymi twarzami, do zdjęć pozują z karabinami, ale do zabijania zakładników przed kamerą – dla lepszego medialnie efektu – stosują noże. To barbarzyństwo ożenione z wyjątkowo skutecznymi działaniami cyfrowymi.

Bowiem nowocześni barbarzyńcy prowadzą swoją wojnę nie tylko w świecie realnym, ale też w przestrzeni cybernetycznej. Taki e-dżihad pozwala na rekrutację nowych członków Islamskiego Państwa i na sianie terroru w miejscach, gdzie mieszkają muzułmanie. Czyli niekoniecznie na Bliskim Wschodzie, ale też blisko nas. To idea, która sugeruje nieuchronne zjednoczenie pod banderą współczesnego neo-kalifatu.

Samo Państwo Islamskie to produkt anomii, która zwykle pojawia się na terenie postkonfliktowym, wzmocnione zaawansowaną technologią komunikacyjną, która pozwala na masowe działania (przy odpowiednim sprofilowaniu przesłania) i eksperymentowanie na religii. W rękach terrorystów islam, odpowiednio modelowany, staje się politycznym narzędziem do wywierania wpływu i przejęcia kontroli nad ludźmi.

Gdzie śpi rozum, budzą się upiory

Przez lata zarówno badacze zajmujący się islamistycznymi organizacjami, głoszącymi konieczność prowadzenia dżihadu z niewiernymi (różnie definiowanymi), jak i sami umiarkowani muzułmanie z przygotowaniem teologicznym, argumentowali, że dżihad może wypowiedzieć tylko kalif i to wyłącznie w celach obronnych. Jako że kalifatu nie ma od 1924 roku, lokalne dżihady ogłaszane w różnych miejscach właściwie nigdy – do czasów Osamy bin Ladena – nie uzyskały ogólnoświatowej rangi oficjalnej.

Nawet jeśli można było zidentyfikować w nich element obronny (np. w Czeczenii przed rosyjską agresją, czy w Afganistanie przed obecnością zachodnich wojsk), do wypełnienia znamion pełnoprawności dżihadu brakowało im osoby kalifa. Owszem, zdarzali się przywódcy, często bardzo charyzmatyczni, którzy sięgali po rozmaite interpretacje Koranu oraz drugie co do ważności źródło prawa islamskiego, czyli hadisy, by uzasadnić swoją ważną rolę. Dla przykładu, bin Laden ogłosił w 1998 roku w wydanej przez siebie fatwie dżihad przeciwko tzw. krzyżowcom, ale nie tylko uczynił to jako niekalif, gorzej, nie miał nawet kwalifikacji do wydawania fatw. Przez ten cały czas prowadzenie dżihadu utrudniał fakt, że nie było jednego kalifa.

Już jest. Samozwańczy kalif organizacji, która obecnie nazywa się Państwem Islamskim, Abu Bakr Al-Baghdadi, ma ambicję rozszerzenia swoich wpływów na cały Lewant, od Iraku, poprzez Syrię, Liban i jeszcze dalej. Nie interesują go granice państwowe, ponieważ na Bliskim Wschodzie granice wytyczano, ale bez zgody mieszkańców. Zachodni kolonizatorzy nie brali pod uwagę narodowości czy kwestii etnicznych. Zatem Al-Baghdadi uważa je za niebyłe i nie zawraca sobie nimi głowy. Chce wprowadzić prawo, które nazywa islamskim, ale w istocie jest to system barbarzyńskich, selektywnie wybranych kar, które nie występowały w większości państw islamskich. To system odrzucający takie osiągnięcia prawników muzułmańskich jak idżtihad – możliwość interpretacji prawa w oparciu o nowe przesłanki i zmieniające się okoliczności, czy te fatwy, które nie popierają interpretacji tego prawa przez Baghdadiego (czyli większość fatw wydanych np. przez „liberalnych” muftich mieszkających na Zachodzie, ale i tych z Bliskiego Wschodu).

Barbarzyńca na Twitterze

Al-Baghdadi nie jest nawet fundamentalistą w dokładnym rozumieniu tego słowa. Fundamentalizm to trzymanie się pierwotnych zasad, fundamentów jakiegoś systemu, a historia islamu pokazuje (historia początków), że metody, jakie stosuje Baghdadi i jego kohorta, mają niewiele wspólnego z faktycznymi podbojami proroka islamu, Muhammada. Powrót do źródeł w wydaniu Państwa Islamskiego jest powrotem do czegoś, co nigdy nie miało miejsca. Złote Wieki islamu widziały przecież wolne migracje ludności, rozkwit handlu i nauki, boom architektoniczny oraz rozkwit intelektualny. Jeśli za wyznacznik weźmiemy natomiast głęboko fundamentalistyczne podejście, wedle którego Złoty Wiek islamu to w istocie czas czterech pierwszych kalifów, tzw. sprawiedliwych, wciąż nie natkniemy się na ślady barbarzyństw, jakie charakteryzują dzisiejszą grupę Państwo Islamskie. I to mimo tego, że Muhammad podbijał przecież inne kraje, czyli próbował, z powodzeniem, rozszerzać swoje imperium. A podboje oznaczają walki.

XXI wiek przyniósł zorganizowanym grupom terrorystycznym parę istotnych błogosławieństw. Jednym z nich są media społecznościowe, które mogą służyć i służą jako tuba propagandowa. O ile talibowie na początku swojego istnienia nie mieli dostępu do internetu, o tyle Państwo Islamskie korzysta z jego dobrodziejstw w sposób bardzo inteligentny. Dżihad prowadzony jest jednocześnie w świecie realnym i bezpośrednio transmitowany przez Facebooka i Twittera.

Kiedyś niepiśmienni barbarzyńcy, dziś to biegli użytkownicy internetu. Talibowie w Afganistanie mają swojego rzecznika, który twittuje za każdym razem, gdy uważa, że ma coś do ogłoszenia światu. Najczęściej robi to, by osłabić morale przeciwnika. Po jednej z bitew kabulskich doszło do potyczki słownej między ISAF a rzecznikiem talibów, która przypominała bardziej przepychankę nastolatków niż dorosłych wrogów. Rzecznik talibów komunikował się używając angielskiego slangu internetowego. Oto przykład jego wypowiedzi: „@ISAFmedia i dnt knw.u hve bn pttng thm n ‚harm’s way’ fr da pst 10 yrs.n stil hv da nrve to tlk bout ‚harm’s way”. Czyli, po uzupełnieniu samogłosek: „I do not know you have been putting them in harms way [Talibans] for past 10 years. And still you have da nerve to talk about harm’s way”. Tłumacząc na język polski:  „Nic nam nie wiadomo, żebyście szkodzili nam przez ostatnie 10 lat. Wciąż macie tupet, by tak mówić [o sobie]”

Islam się podzielił

Al-Baghdadi poszedł dalej. Jego wojna ma wszelkie znamiona e-dżihadu: filmuje mordy, przygotowuje oświadczenia internetowe, online jest właściwie cały czas. Wie, że każdy jego film obejrzą setki milionów przerażonych ludzi z Zachodu. Tak działa skuteczny branding, bo dziś każdy wie, że istnieje Państwo Islamskie.

Sam fakt, że wybrał taką nazwę już wiele nam mówi. Stawia muzułmanów na całym świecie w trudnej sytuacji. Stają się automatycznie postrzegani jako piąta kolumna, sympatycy IS, bo każdy logicznie myślący człowiek, choć nie znający przecież historii islamu, może zakładać, że muzułmanie pragną własnego państwa, bo w wielu krajach czują się wyobcowani. Lenistwo intelektualne prowadzi do takiego prostego skojarzenia. I to jest pierwszy sukces IS – doprowadzanie do marginalizacji, lękowego odsunięcia muzułmanów od życia publicznego w innych krajach. Może się to skończyć ich chęcią do opuszczenia tych krajów i odnalezienia się w miejscu, w którym nie będą obiektami ostracyzmu czy nienawiści. To oczywiście błędne przekonanie. Szyici, ale i wszyscy muzułmanie, którzy nie akceptują ultraradykalnych zasad IS, nie mają szans przetrwania, jeśli zdecydują się na wyjazd z Europy czy Stanów Zjednoczonych.

Na szczęście muzułmanie na Zachodzie widzą to zupełnie inaczej. Większość gmin muzułmańskich, i to ponad tradycyjnym podziałem na sunnitów czy szyitów, oficjalnie potępiła organizację terrorystyczną IS. Przyjmowało to różne formy: fatw, ustnych oświadczeń, listów otwartych, deklaracji w programach telewizyjnych, wpisów na portalach społecznościowych. Wypowiadają się imamowie, mufti, zwykli muzułmanie. Podkreślają niekompatybilność islamu z barbarzyństwem IS. Cytują Koran, hadisy, sięgają po narzędzia prawne takie jak wykładnie, by podkreślić nieislamskość IS.

To dowód na pewne pęknięcie świata islamu. Mamy do czynienia ze starciem islamu umiarkowanego ze wstecznym nurtem islamopodobnym, bardzo niebezpiecznym, bo szukającym wsparcia wśród ludzi zmarginalizowanych (stąd rekruci z krajów Europy Zachodniej, która zmaga się z rosnącą islamofobią, ale i kryzysem gospodarczym). Islamofobiczne zachowania wobec żyjących na Zachodzie muzułmanów mają więc skutek odwrotny do zamierzonego. Mogą skutkować gotowością tychże do włączenia się do fundamentalistycznych struktur, które zaoferują im akceptację, poczucie przynależności. I celu. Okrutnego celu.

Jeśli w ogóle można mówić o jakimkolwiek aspekcie pozytywnym pojawienia się IS, należy podkreślić to, co napisałam wyżej. W końcu umiarkowany islam podniósł głowę i otworzył usta. Muzułmanie-centryści, oskarżani przez lata o milczenie i niezdecydowanie, powtarzający argumenty, że za umiarkowane poglądy przecież się nie umiera, dziś muszą stawić czoła wielkiemu, być może cywilizacyjnemu, wyzwaniu.

Osama bin Laden miał więcej zwolenników niż IS, ponieważ podkreślał zwykle politykę podwójnych standardów Zachodu i to na niej budował swoje zaplecze organizacyjno-polityczne. Jego celem było zjednoczenie przeciwko czemuś (Zachodowi), a nie reforma. Z tymi tezami zgadzali się także niektórzy stosunkowo umiarkowani muzułmanie (jednocześnie z całego serca potępiając zamach na WTC czy metro w Londynie).

IS też wykorzystuje antyzachodnią retorykę, ale wzmacnia ją obietnicą reformy islamu (używam tego określenia, choć IS pewnie nie zgodziłoby się z nim) według własnych zasad. Jest to reforma zaprojektowana na taką skalę, że skrajni fundamentaliści islamscy, czyli Al-Qaida, wystosowała już oficjalne oświadczenie, w którym określa IS jako grupę nieislamską.

IS ma pieniądze, całkiem nieislamsko zdobyte z grabieży, wymuszeń, okupów i handlu ropą, która znajduje się na zdobytych przez nią terenach. To obecnie najbogatsza organizacja terrorystyczna, zasilana również przez różnych prywatnych sponsorów, czyli ludzi akceptujących jej wizję przyszłości i cele. Pieniądze te inwestuje w propagandę i rekrutację. I jest bardzo cierpliwa, kompletnie nie licząc się z kosztami zarówno finansowymi, jak i emocjonalnymi swoich czynów.

Czy osiągnie swój cel? Tego nie wiem. W pewnym sensie już osiągnęło. Państwo Islamskie istnieje  jako struktura (choć nie jest uznane przez inne państwa, co – jak zaznaczają niektórzy analitycy wciąż może się wydarzyć), a Zachód odwraca się od „swoich” muzułmanów, antagonizując ich ze strachu przed ich potencjalną radykalizacją. A to z kolei działa jak drewno dorzucane do ognia – stanowi napęd rekrutacyjny.

Bo barbarzyńcy z Twittera doskonale znają nasze lęki. I wiedzą, jak nimi manipulować.

*Aleksandra Łojek – iranistka, socjolog kultury, prowadziła m.in. autorskie zajęcia „Ideologia dżihadu” na Uniwersytecie Jagiellońskim