Newsletter

Na przystanku niepodległość

Tomasz Mincer, 09.10.2014
Idee lewicowe nie znikną. Co do partii – nie wiadomo

Idee lewicowe nie znikną. Co do partii – nie wiadomo

CC BY 3.0. Autor: MaKa

Ugrupowanie Janusza Palikota żegna się z głównym nurtem polskiej polityki. Jednocześnie liberalna obyczajowo agenda traci swego wyrazistego rzecznika.

Od zmierzchu do zmierzchu

Z kolei SLD Leszka Millera okopało się na w miarę bezpiecznej pozycji z 8-10-proc. społecznym poparciem. Tę sondażową wyrocznię ostatecznie zweryfikują wyniki wyborcze lat 2014-15.

Póki co wiemy, że wyborcy nie przyznają parlamentarnej lewicy premii za jedność. Skutecznie uniemożliwili im to sami lewicowi liderzy. Chyba że będzie to jedność spod znaku tworu LiD-opodobnego. Dziś ten twór nazywa się SLD-Lewica Razem. I właśnie jako taki „produkt nowej generacji” ciuła plus minus 10 procent.

Ale co to jest 10 procent w polskiej polityce? „Powiew świeżości”, jak określano początkowo sukces Palikota. I tyle. Leszek Miller, gdy przejmował stery SLD po kilkuletniej politycznej tułaczce, obiecywał, że poparcie wzrośnie daleko bardziej. Jednak rzeczywistość wciąż stawia „Kanclerzowi” opór.

Gdzie szukać przyczyn upadku polskiej lewicy? Bo jeśli nie nazwać tego upadkiem, to przynajmniej – marginalizacją. Niegdyś SLD była partią mas, która górowała nad innymi ugrupowaniami. W dzisiejszym kształcie i przy sprzyjających wiatrach może być co najwyżej języczkiem u wagi. Ale tłumów nie porwie.

Lewicowy naród

A przecież, jak mówi prof. Mirosława Grabowska, „Polska świadomość i wrażliwość ekonomiczno-społeczna mają charakter »socjaldemokratyczno-katolicki« (…) Cechuje nas postawa egalitarna – opowiadamy się za podatkami progresywnymi, wyrównywaniem różnic, równymi szansami, opieką nad słabszymi” (1). Dlaczego więc lewica nie potrafi pójść za ciosem i wydobyć na powierzchnię tego drzemiącego w masach poparcia?

Może czerwony tramwaj dojechał do przystanku „Niepodległość” i dalej ani rusz. Może staromodne etykietki nie opisują już polityki, tak jak dawniej. Może twarze, znane od lat, nie są w stanie przyciągnąć nowych wyborców. Może slogany – ciut bardziej lewicowe przed każdymi wyborami – nie wpadają w ucho, jak kiedyś?

A może wyborcy mają dobrą pamięć. I wiedzą, że słowa o sprawiedliwości społecznej w wykonaniu panów i pań z SLD nie zawsze przekuwane są w czyn? Że za postulatami emancypacyjnymi dyskryminowanych grup, takich jak geje i lesbijki, nigdy nie poszły konkretne działania?

Jak powtarza często prof. Ryszard Bugaj, konsekwentny lewicowiec, „najbardziej neoliberalne zmiany w polskiej gospodarce wprowadzał Sojusz (Lewicy Demokratycznej – tm), na przykład najbardziej brutalną ustawę o eksmisjach na wniosek posłanki Blidy” (2). Jak na ironię zakrawa więc fakt, że dziś to przewodniczący SLD oświadcza: „Trzeba okiełznać czyścicieli kamienic. Lewicowy samorząd to samorząd realizujący zasadę zera tolerancji wobec tych, którzy prześladują lokatorów (…)” (3).

Próby przełamania

Niegdyś lewica twardo mierzyła się z własnym dziedzictwem. Chcąc rozkręcić gospodarkę, dowartościowywała przedsiębiorców kosztem pracowników. Walcząc o poparcie centrum, porzucała antyklerykalizm i odcinała się od PZPR.

Poparła konkordat i rehabilitację płk. Kuklińskiego, który przecież zdradził system. Jej system. Bo choć z początku „nowa partia nie miała być nową, lecz transformacją starej”, to koniec końców udało się pogrzebać tego trupa w szafie. I „wyjść z historycznej koleiny” (4). Lewica opowiedziała się za członkostwem w NATO i UE.

Partia Leszka Millera potrafiła chwycić byka za rogi. I to nawet w dziedzinie, której panicznie się bała. Poznawszy skuteczność prawicowej polityki historycznej, usiłowała podpiąć się pod zasługi polskiej lewicy. Właśnie po to Centrum im. Ignacego Daszyńskiego, SLD-owski think tank, wydał „Niezbędnik historyczny lewicy”. Znamienne, że to właśnie Daszyński patronuje SLD-owskiej instytucji.

To, że Polacy z różnych przyczyn nie ufają dziś nadmiernie ugrupowaniom lewicowym nie oznacza, że polskiej lewicy nie należy się pamięć i pomniki historii. Polska lewica, zwłaszcza niepodległościowy PPS, ma swoje wiekopomne zasługi. O tę pamięć muszą dbać wszystkie demokratyczne ugrupowania w Polsce, a nie tylko SLD.

Pozostaną idee

Tak jak składnik liberalny ostatecznie zagościł na lewicowych salonach, tak nie da się wyrugować tradycji lewicowej i wrażliwości społecznej z centrum i z prawej strony sceny politycznej. Lewicowe pierwiastki są w partiach centrowych i prawicowych. Bo są immanentnie obecne w tradycji politycznej Starego Kontynentu.

W Europie na ogół standardem jest powszechne ubezpieczenie i służba zdrowia, obecność państwa w gospodarce, tolerancja dla rozmaitych mniejszości, dbałość o prawa pracowników. Przy wszystkich bolączkach globalnego kapitalizmu, żyjąc w tej części demokratycznego świata wciąż nasz standard życia znacząco odbiega od tego z innych rejonów kuli ziemskiej.

Zapewne jest to w części cywilizacyjne zwycięstwo lewicy. Kto wie, być może jej rola na tym się skończyła. Być może jej czas, a przynajmniej czas jej parlamentarnej reprezentacji, minął bezpowrotnie. Zwłaszcza w Polsce, gdzie od lat lewica nie potrafi przełamać duopolu PO-PiS. Ale zmierzch parlamentarnej lewicy nie oznacza jeszcze śmierci lewicowych postulatów i wartości. Lecz ich realizacją mogą równie dobrze zająć się inne ugrupowania.

(1) M. Grabowska, T.Mincer, „Wierzący jak Polak”, Instytut Idei nr 5, zima 2014 r., Warszawa.

(2) R. Bugaj, J. Fusiecki, B. Kolmasiak, „Ni pies, ni wydra”, źródło,05.10.2014

(3) „Przemówienie Leszka Millera – pełny tekst”, źródło.

(4) R. Krasowski, „Czas gniewu. Rozkwit i upadek imperium SLD”, Warszawa 2014 (cytaty kolejno ss. 17, 55).

*Tomasz Mincer – publicysta