Newsletter

Państwo Islamskie widziane z Europy

Konrad Pędziwiatr, 09.10.2014
Pora odejść od logiki „zderzenia cywilizacji”

Pora odejść od logiki „zderzenia cywilizacji”

Nasze nastawienie do innych religii widać nawet w dyskursie. Często mówi się o „zderzeniu kultur”. A przecież to wcale nie musi być „zderzenie”, lecz właśnie „spotkanie” – mówi dr Konrad Pędziwiatr w rozmowie z Weroniką Przecherską

Weronika Przecherska: ISIS to dziś kilkadziesiąt tysięcy bojowników walczących w Iraku i Syrii. Są brutalni, bezwzględni, przede wszystkim rosną w siłę. Dlaczego ta organizacja powstała?

Dr Konrad Pędziwiatr: Kluczowa w zrozumieniu jej genezy jest historia regionu. Po drugiej wojnie w Zatoce Perskiej nie odbudowano w pełni irackiego państwa ani narodu. Jeszcze za czasów Saddama Husajna sunnici, jako mniejszość, sprawowali rządy nad większością. Po wojnie te role się odwróciły. Elity społeczne zostały odsunięte od władzy. Naruszono tkankę społeczno-etniczną. Wybuchały konflikty. Teoretycznie wiele zrobiono dla odbudowy państwa. Amerykanie szkolili przecież żołnierzy, zostawili sprzęt. Nie udało się jednak odbudować więzi. Właśnie dlatego w ostatnich tygodniach media informowały o żołnierzach porzucających bez jednego strzału najnowocześniejszą broń amerykańską. Uciekali, wcale nie garnąc się do tego, by walczyć z ISIS. Część z nich w momencie kiedy ISIS przejął kontrolę po prostu się do niego przyłączyła.

Jednak Irak to tylko część problemu. Kolejnym punktem zapalnym jest Syria.

Gdyby nie wojna domowa i niezwykle trudna sytuacja w Syrii, nie mielibyśmy do czynienia z Państwem Islamskim. Tutaj nie ma żadnych wątpliwości. 3 mln uchodźców syryjskich w krajach sąsiadujących w teatrem wojny domowej, gigantyczne straty oraz wszechobecna przemoc spowodowały olbrzymią wyrwę w systemie bezpieczeństwa. Jednym ze skutków tej sytuacji jest działalność ISIS. Państwo Islamskie jest dziś rzeczywiście bezkompromisową i brutalną organizacją. Wersja kalifatu, którą głosi, nie jest jednak żadną sensowną alternatywą. Warto zaznaczyć, że idea odnowy kalifatu nie jest nowa. Pojawiała się już wcześniej w bardziej konstruktywnych wersjach, ale nie udało jej się wcielić w życie.

Chce Pan powiedzieć, że samozwańczy kalifat to efekt poszukiwań jedności regionu?

Częściowo tak. Bliski Wschód od dziesięcioleci próbuje znaleźć alternatywę dla porządku ustalonego przez kolonialistów. Szuka pomysłu na zbudowanie jedności i solidarności w regionie oraz niwelowanie różnic społecznych i gospodarczych. Chodzi o stworzenie czegoś na kształt Unii Europejskiej dla Bliskiego Wschodu. Na razie nie ma jednak klarownej wizji budowy tego typu wspólnoty ponad podziałami. Podobieństwa kulturowe i religijne na razie bardziej dzielą, niż łączą. Niejednoznaczna jest też strategia Zachodu. Dobrze pokazuje to przykład reakcji na Arabską Wiosnę. Państwa Zachodu podeszły do niej z dużą rezerwą. Początkowo okazywały wsparcie dla przemian demokratyzacyjnych, lecz później, gdy demokratyczne siły islamistyczne wygrały wybory w Egipcie, poparcie szybko zaczęło gasnąć. Przewrót militarny, który miał tam miejsce, nie spotkał się ze zdecydowanym potępieniem Zachodu. Te działania i sygnały, które wysyłamy na Bliski Wschód, są sprzeczne.

Stany Zjednoczone po raz kolejny zdecydowały się jednak na interwencję – tym razem w Syrii. Operacja, przed którą tyle lat wzbraniał się prezydent Barack Obama, budzi jednak mnóstwo kontrowersji.

Zachód dotychczas był sceptyczny wobec tej operacji. Wiedział, że przyczyni się ona do wzmocnienia reżimu Baszara al-Assada. Kiedy jednak zaczęli ginąć kolejni dziennikarze w pokazowych egzekucjach i presja społeczna na rządy zachodnie zaczęła rosnąć, nie miały one wielkiego wyboru. Oczywiście, Waszyngton i Londyn zapewniają, że nie chcą wzmocnić reżimu Baszara al-Assada, który już dawno nie powinien rządzić, ale, militarnie rzecz biorąc, takie są właśnie fakty. Dyktator zaś urasta do rangi lokalnego lidera i staje się symbolem pokoju.

Działania Zachodu mają osłabić ekonomicznie i gospodarczo budowane właśnie Państwo Islamskie. Trudno jednak odpowiedzieć na pytanie, co ma być ostatecznym celem tej operacji. Czy jej zadaniem jest również wyeliminowanie rebeliantów, którzy nie są częścią tego państwa? Przecież gdy atakowane są pozycje Państwa Islamskiego, po części atakowani są także walczący z Baszarem al-Assadem. Nie brakuje też informacji, że na Państwo Islamskie coraz przychylniej patrzą także inne grupy radykalne. Pytanie, czy politykom Zachodu chodzi o to, by tamci połączyli siły – pozostaje otwarte.

Jak to, co dzieje się na Bliskim Wschodzie, będzie wpływało na codzienność Europejczyków?

Nie możemy mieć złudzeń. Wojna, która toczy się dziś w Syrii, ma wpływ również na społeczności muzułmańskie w Europie. Chociażby dlatego, że w Europie mieszka całkiem pokaźna liczba osób pochodzenia syryjskiego, których rodziny są bezpośrednio dotknięte działaniami wojennymi. Na wyjazd do Syrii decydują się jednak nie tylko imigranci pochodzenia syryjskiego, ale również inni muzułmanie, a także nie-muzułmanie. Ile ochotników, tyle motywacji. Dlatego warto analizować ich motywacje indywidualnie. Oczywiście, idea jedności ogólnomuzułmańskiej i wyidealizowanej dumy, bardzo mocno eksploatowana przez radykalnych kaznodziejów muzułmańskich, jest w nich ważna, ale często nie najważniejsza. Są i tacy, których wojna domowa dotyczy bezpośrednio i czują solidarność z walczącymi w Syrii. Gdy docierają na miejsce, trafiają w ogień walki. Ta sytuacja ma na nich druzgocący wpływ. Trudno powiedzieć, jakie będą tego konsekwencje po ich powrocie do Europy. Bo przecież ci ludzie urodzili się w Europie, choć o muzułmanach myśli się przede wszystkim w kategorii imigrantów.

Europa nie wie jednak, jak mierzyć się z problemami multikulturowymi. To już definitywny koniec idei multikulti, który parę lat temu ogłosiła kanclerz Angela Merkel?

Wypowiedź Merkel odbiła się szerokim echem. Nastąpiła po serii podobnych komentarzy, które padły z ust pierwszoligowych polityków brytyjskich. Jednak w krajach takich jak Francja, Wielka Brytania, Niemcy czy Szwecja wielokulturowość nie umarła. Ona po prostu straciła ważność. Kiedyś była elementem polityki integracji imigrantów, którym ze względu na niski kapitał kulturowy trudno było zaistnieć w nowej rzeczywistości. I choć skończyła się jako polityka włączania społeczności imigranckich, nadal trwa jako trwały element krajobrazu społecznego i tym samym miewa się całkiem nieźle.

Jednak nie ma odpowiedzi na najważniejsze pytania. Powstanie Państwa Islamskiego i przyłączenie się do niego wielu europejskich muzułmanów tylko ten kryzys obnaża.

Państwa europejskie bardzo wysoko postawiły poprzeczkę tolerancji religijnej. Przykładem jest tu Wielka Brytania. Dziesięć lat temu prowadziłem badania dotyczące organizacji radykalnych. Byłem zszokowany, że Brytyjczycy tolerują kaznodziejów nienawiści, głoszących bardzo radykalne tezy. Ta polityka zmieniała się po 2005 roku, kiedy brytyjscy dżihadyści niejako uderzyli we własnych współobywateli. Wciąż mamy jednak do czynienia w Wielkiej Brytanii ze znaczną przestrzenią wolności wypowiedzi. I to tylko jeden z problemów, na które będą musiały odpowiedzieć państwa europejskie. W Belgii toczy się właśnie głośny proces, czy nie odebrać obywatelstwa muzułmanom wyjeżdżającym do Syrii, by tam walczyć. Oczywiście, dyskurs medialny jest jednoznaczny: to islamiści. Odpowiedź nie jest jednak taka prosta. Jak określić osoby, które utraciły w Syrii członków rodziny i chcą walczyć z reżimem? Przecież nie muszą walczyć koniecznie w szeregach państwa islamskiego czy innych organizacji muzułmańskich.

Niemcy postawili ostatnio sprawę bardzo jasno: działalność Państwa Islamskiego jest za naszą zachodnią granicą zakazana.

To słuszne działania. Warto jednak zaznaczyć, że nie tylko w stosunku do muzułmanów, ale do każdej grupy religijnej. Ważne jest, by podkreślać uniwersalność prawa, które powstaje, nie stygmatyzować muzułmanów. Nawet jeśli wierzący traktują religię jako element sfery publicznej, nie powinni czuć się diabolizowani w mediach. To jednak bardzo delikatne kwestie, wymagające od polityków przygotowania wielokulturowego, którego nierzadko brakuje rządzącym. Jeśli zakazujemy obywatelom europejskim walki w szeregach pozaeuropejskich formacji zbrojnych, to prawo to powinno dotyczyć wszystkich przypadków, w tym na przykład europejskich Żydów zaciągających się do armii izraelskiej.

Kilka lat temu Madeleine Albright w książce „The Mighty and Almighty: Reflections on America, God and World Affairs” wielokrotnie podkreślała znacznie wiedzy o religiach wśród rządzących. I niestety jej brak u wielu decydentów politycznych. Pana zdaniem nadal brakuje nam tego zrozumienia?

Nasze nastawienie do innych religii widać nawet w dyskursie. Często mówi się o „zderzeniu kultur”. A przecież to wcale nie musi być „zderzenie”, lecz właśnie „spotkanie”. Im bardziej będziemy do niego przygotowani, tym naturalniejszy charakter będzie ono miało. Ta wrażliwość na drugiego człowieka i jego religię jest niezwykle istotna. Ważne jest jednak, by tolerancja nie była równoznaczna z tolerancją dla wszelkich przejawów manifestacji religijnej. Niestety w wielu aspektach – przez słabą nieznajomość kwestii religijnych – granice zrozumienia są przesuwane nazbyt daleko.

Każda egzekucja czy zamach terrorystyczny niweczą jednak płaszczyznę porozumienia.

Oczywiście, obniżają poziom zaufania. Reakcją na takie dramatyczne wydarzenia są z reguły komunikaty potępiające zamachy. To działania niezbędne. W przestrzeni publicznej nie powinno się utrwalać przekonanie, że wszyscy muzułmanie czyhają na nasze życie. W krajach europejskich podejmowanych jest wiele działań na rzecz budowania kapitału pomostowego między społecznościami. Długoterminowo trzeba jednak myśleć o czymś ważniejszym – o wspólnych działaniach w ramach społeczności lokalnych, przestrzeni miejskiej oraz polityce, która pozwoli Europejczykom różnych religii i kultur się ze sobą spotykać, a nie zderzać.

*dr Konrad Pędziwiatr – adiunkt w Katedrze Studiów Europejskich Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie i członek Komitetu Badań nad Migracjami PAN. Kierownik projektu „Islamizm i pluralizm: ugrupowania islamistyczne w Egipcie i Tunezji po Arabskiej Wiośnie” finansowanego przez NCN. Obszary jego zainteresowań badawczych to m.in. islamizm i pluralizm na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej, islam i muzułmanie w Europie i Polsce, migracje w Europie i świecie arabskim, nowa wielokulturowość oraz polityka tożsamości wśród imigrantów.