Newsletter

Zawiedzione parasole

Sergiusz Prokurat, 09.10.2014
Doktryna „jeden kraj, dwa systemy”, gwarantująca powrót Hongkongu do Chin, wisi na włosku

Doktryna „jeden kraj, dwa systemy”, gwarantująca powrót Hongkongu do Chin, wisi na włosku

CC BY-SA 2.0. Autor: Pasu Au Yeung

W Chinach święto narodowe – 65-lecie powstania państwa – celebrowane jest paradami, wywieszaniem flag, portretów (m.in. Mao Tse-tunga) oraz przemowami politycznych dygnitarzy. Tymczasem w Hongkongu protestujący pod budynkami administracji wygwizdują wywieszenie chińskiej flagi w porcie Victoria Harbour.

Człowiek-parasol

Parasol stał się niezwykłym symbolem tego protestu. Nie przez przypadek. Z parasoli korzysta się w lecie w Hongkongu, by uzyskać odrobinę cienia w upale. Ponieważ w ciągu kilku dni protestów temperatura wzrosła powyżej 30 stopni Celsjusza, można też było spodziewać się ulewy w nocy.

Grzmoty, błyskawice i deszcz nie zniechęciły jednak protestujących. Parasole przydały się również, bo policja próbowała użyć gazu pieprzowego, by stłumić zamieszki. Po publikacji zdjęć, na których protestujący parasolami chronią się przed strumieniami gazu, na Facebooku ruch został okrzyknięty mianem Parasol Revolution.

Parasole stały się ikoną: blokują wejście do metra, służą jako przedłużenie ręki i ewentualne narzędzie obrony. Jeden z protestujących uwieczniony na zdjęciach w oparach gazu został nazwany Umbrella Man. To nawiązanie do słynnych zdjęć Tank Man, mężczyzny, który próbował zatrzymać kolumnę czołgów chińskich w trakcie protestów na placu Tiananmen w 1989 roku. Kacey Wong, profesor politechniki w Hongkongu i artysta, rozpisał nawet konkurs na logo „parasolowej rewolucji”. Co z tego wyniknie?

689

Manifestujący mają swoje żądania. Dziesiątki tysięcy demonstrantów, głównie studentów, pojawiło się na ulicach w ciągu ostatnich kilku dni, wzywając do wolnych wyborów, zmian politycznych i ustąpienia szefa administracji Hongkongu, Leung Chun-yinga. Na plakatach protestujących daje się dostrzec właśnie jego twarz w najróżniejszych pozach: od wampira wysysającego krew, po przedstawiciela „piekła”. Chun-ying jest trzecim „gubernatorem” Hongkongu od czasów przekazania władzy przez Wielką Brytanię ChRL w 1997 roku.

Dla demonstrujących Chun-ying jest symbolem rosnących nierówności społecznych. W ciągu ostatnich 10 lat produkt krajowy brutto (PKB) Hongkongu wzrósł o niemal 50 proc., ale średni dochód gospodarstwa domowego tylko o około 10 proc. Co gorsza powszechnie odbierany jest jako marionetka Pekinu. Ale to nie polityk bez zaplecza politycznego. Jest popularny wśród biznesu i zwolenników zbliżenia Chiny-Hongkong. W trakcie wyborów w 2012 r. zdobył zaledwie 689 z 1,2 tys. możliwych głosów. Protestujący nadali mu ironiczny przydomek „689”.

Autonomia

W rzeczywistości mieszkańcy Hongkongu pragną wybierać sami swoich przedstawicieli politycznych, bez pośrednictwa Chin. Tymczasem Chiny otrzymały takie prawo – do mianowania i akceptowania „zarządcy” – na podstawie umowy z Wielką Brytanią z 1984 roku. Długotrwałe naciski polityczne ze strony obywateli Hongkongu sprawiły, że w 2008 roku Pekin obiecał wolne wybory na szefa administracji. Zastrzegł jednak, że w takowych wyborach, zorganizowanych w 2017 roku, wezmą udział wyłącznie kandydaci zaproponowani przez Chiny.

To sprawiło, że zawiedzeni ludzie pojawili się na ulicach. A jednocześnie oznacza, że doktryna „jeden kraj, dwa systemy”, powrotu Hongkongu do Chin, sformułowana przez Deng Xiaopinga jeszcze w latach 80. XX w. polegająca na szerokiej autonomii byłej brytyjskiej kolonii, wisi na włosku. Zainteresowanie zewnętrznym kierowaniem Hongkongiem przez Chiny wydaje się słabnąć. Według cyklicznych badań Uniwersytetu w Hongkongu (dane z 4-11 września 2014) ilość osób odnosząca się negatywnie do idei „jeden kraj, dwa systemy” po raz pierwszy wzrosła znacząco powyżej 50 proc. od 1997 roku.

Liberalizacji nie będzie

Stanowisko Chin na razie jest obecne jedynie w artykule opublikowanym 1 października 2014 przez „People’s Daily, oficjalną rządową gazetę. Chińska administracja nie tylko uznaje manifestację za nielegalną i sprzeczną z prawem, ale także nie chce kompromisu. I ostrzega, że uczestniczący mogą oczekiwać surowych konsekwencji.

W praktyce Pekin wciąż czeka z decyzją, co uczynić z protestami, oceniając zasięg i możliwości opinii publicznej, w tym także opinii międzynarodowej. Hongkong był kiedyś niezwykle ważny dla Chin. Swego rodzaju bramą, miejscem idealnym dla handlu, inwestycji i pozyskiwania kapitału dla północnego sąsiada.

Ale chińska gospodarka jest dziś mniej zależna od Hongkongu niż kiedykolwiek wcześniej, choć wciąż ma on znaczenie m.in. jako centrum finansowe, wymieniające juana. Jest mało prawdopodobne, aby Hongkong uzyskał zielone światło dla liberalizacji politycznej. To byłby czytelny znak dla Tybetu, Makau czy Tajwanu.

Administracja Hongkongu wydała już dwa ostrzeżenia, prosząc protestujących, aby nie blokowali urzędów, siedzib policji, nawołując do rozejścia się manifestujących. Kompromisem może być dymisja Leung Chun-yinga i zastąpienie go innym prochińskim dygnitarzem. Pekin jednak wychodzi z założenia, że jest szansa, iż sama parasolowa rewolucja rozpłynie się w deszczu, a cały ruch rozejdzie się po kościach.

Jeśli tak się nie stanie, to wkrótce – gdy dni wolne od pracy się skończą – administracja Hongkongu spróbuje bez udziału Chin ograniczyć protest w imię starego przysłowia: „Lepiej być niegrzecznym, niż nieposłusznym”.

*Sergiusz Prokurat – dyrektor CSPA, ekonomista, wykładowca Euroregional University of Economy oraz Universidad de Jaume I w Hiszpanii