Newsletter

Od szkoły do państwa

Aleksandra Kaniewska, 02.10.2014
Uczenie demokracji to otwieranie okien i drzwi, a nie wyliczanie dat i ustaw

Uczenie demokracji to otwieranie okien i drzwi, a nie wyliczanie dat i ustaw

CC-BY-SA-2.0

Kilka tygodni temu zostałam zaproszona do jednej z warszawskich szkół podstawowych na spotkanie z prawie osiemdziesięcioosobową grupą ośmio-dziesięciolatków. Mieliśmy rozmawiać o tym, dlaczego demokracja jest ważna. „Demokracja dla dzieci?” – mógłby spytać ktoś, sugerując, że to pomysł niczym z książki Król Maciuś Pierwszy. Dzieci najpierw trzeba przecież nauczyć hierarchii ważności i posłuszeństwa, a dopiero później pozwalać im decydować o sobie.

Ale czy to właściwe podejście? „Edukacja demokratyczna to nauka, która wyposaża każdego w umiejętność tworzenia zdrowego społeczeństwa demokratycznego” – taką definicję podaje Amerykański Instytut Edukacji Demokratycznej (IDEA). To prosta instrukcja, pokazująca, jak powinno się myśleć o edukacji obywatelskiej dla najmłodszych. „Uczenie demokracji to otwieranie okien i drzwi, a nie wyliczanie dat i ustaw” – piszą dalej Amerykanie.

Tymczasem w Polsce elementów demokracji naucza się głównie podczas obowiązkowych lekcji WOS-u (wiedzy o społeczeństwie), które w szkołach podstawowych, gimnazjach i liceach są prowadzone według narzuconego z góry klucza – podstawy programowej. Wyznacza ona określone cele dla najmłodszych, między innymi nazywa wartości społeczne niezbędne do dobrego współżycia między ludźmi (uprzejmość, tolerancja itp.) oraz tłumaczy, jak działa państwo polskie. Jednak wystarczy krótka lektura forów uczniowskich, żeby dojść do prostej konkluzji: młodzi obywatele uważają, że zajęcia z WOS-u są łatwe, niestresujące i… nudne. W niewielu szkołach lekcje demokracji mają praktyczny wymiar – zwykle mało w nich myślenia projektowego, więcej teorii, polegającej między innymi na nauce definicji różnych „funkcji”: rodziny, państwa, konstytucji czy obywatela.

W szkołach istnieją też oczywiście samorządy uczniowskie, które są wspaniałą praktyką demokratyczną. Niestety, mimo że większość placówek sprawnie przeprowadza autonomiczne i demokratyczne wybory do samorządu uczniowskiego, jego działalność często ogranicza się do współorganizacji szkolnych dyskotek i okolicznościowych imprez. Autorzy raportu o samorządności uczniowskiej, przygotowanego przez Centrum Komunikacji Społecznej Urzędu m. st. Warszawy, wskazują, że największym problemem w zaangażowaniu młodych jest towarzyszące im poczucie niskiej sprawczości oraz niedocenienia ich pracy przez dorosłych pracowników.

Fundacja Centrum Edukacji Obywatelskiej, która jest wielkim orędownikiem uczniowskiej samorządności w szkołach, już od lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku realizuje w Polsce program KOSS (Kształcenie Obywatelskie w Szkole Samorządowej). Jego główną ideą jest zainteresowanie uczniów życiem lokalnym, bo lekcje KOSS to nie wyliczanka teoretycznych obowiązków i praw każdego obywatela, ale zbiór warsztatów i projektów, które przekładają abstrakcyjne pojęcia na zadania i dylematy bliższe codziennemu życiu. Program zdobył uznanie Ministerstwa Edukacji Narodowej, tym bardziej że uwzględnia wszystkie wymieniane w podstawie programowej cele kształcenia ogólnego. Największe wyzwanie? Stoi po stronie szkół – program może wprowadzić każda z nich, ale wiadomo, że wymaga to sporego zaangażowania i otwartości wśród nauczycieli.

(…)

„Dzieci powinny uczyć się demokracji, doświadczając demokracji. Tylko tak stworzymy pokolenie odpowiedzialnych obywateli” – pisał amerykański filozof i pedagog John Dewey wiele lat przed II wojną światową. W latach 1896–1903 Dewey prowadził w Chicago Laboratory School, nazywaną w skrócie „szkołą pracy”. Przypominała gospodarstwo domowe: dzieci nie uczyły się podczas lekcji, nie było przedmiotów czy ocen. Zamiast tego praktykowano aktywność manualną – najrozmaitsze zadania rzemieślnicze i gospodarcze, z naciskiem na pracę grupową. Osią działania szkoły było wspólne rozwiązywanie problemów, co miało wytworzyć w dzieciach poczucie niezależności intelektualnej, swoistą podmiotowość i ciekawość poznawczą.

„Tylko działając wspólnie, można budować dobre społeczeństwo i dobrych obywateli” – tłumaczył Dewey. Uważał bowiem – i słusznie – że zdrowa demokracja nie jest jedynie funkcją dostępu do procesu wyborczego (czyli rozszerzenia praw wyborczych na coraz większe – czytaj: młodsze – grupy obywateli), ale zależy głównie od istnienia pełnowymiarowej opinii publicznej. A ta powstaje na linii efektywnej komunikacji między obywatelami, ekspertami i politykami, przy rozsądnym współudziale mediów. Innymi słowy, już od najmłodszych lat trzeba pokazywać, że aktywne działanie i krytyczne myślenie mają sens.

Niestety, kiedy idealiści zabierali się za reformowanie modelu szkoły opartej na wartościach industrialnych, czyli mającej szkolić jak z „taśmy Forda”, zawsze spotykali się z niezrozumieniem. John Dewey był uznawany za rewolucjonistę swoich czasów. Jego pierwsze idee – „demokratycznej szkoły” i „uczenia się przez działanie” – powstały pod koniec XIX wieku i, co zrozumiałe, wzbudziły wówczas głównie ferment i zdziwienie.

Jednak prekursorem demokratycznej szkoły był niemiecki pedagog Friedrich A. Fröbel, pomysłodawca tworzenia „ogrodów dla dzieci” w dziewiętnastowiecznych Prusach. To jemu język niemiecki zawdzięcza słowo „przedszkole” („ogrody dziecięce” to po niemiecku „Kindergarten”). Fröbel uważał bowiem, że najmłodszych nie powinno się nauczać, ale pielęgnować ich talenty – dokładnie tak, jak ogrodnik dba o swoje rośliny. Podstawą tej pierwszej edukacji powinno więc być kształtowanie samodzielnego myślenia i umiejętności życia w społeczeństwie. Botaniczna metafora Fröbla ma o tyle głęboki sens, że przecież nawet najbardziej utalentowany ogrodnik nie może zmusić roślin do wzrostu. One rosną same, organicznie, choć pod warunkiem, że zapewni im się odpowiednie środowisko do rozwoju. Niestety, mimo świetnych wyników pracy z dziećmi uczonymi w „ogrodach dziecięcych”, pruskie władze niezbyt przychylnie patrzyły na demokratyczne placówki i po śmierci Fröbla wszystkie zlikwidowano.

Idee Niemca i Amerykanina powinny brzmieć znajomo dla edukatorów z Polski, ponieważ bardzo przypominają filozofię Janusza Korczaka, największego humanisty i idealisty wśród polskich pedagogów. Korczak wierzył, że dzieci z natury są autonomiczne. Wierzył też w dziecięcą mądrość i dojrzałość. W domu dla sierot, który prowadził, funkcjonował cały system instytucji demokratycznych: sądy koleżeńskie, samorządy i kółka samopomocowe. Dzieci współrządziły instytucją także przy pomocy swoistego parlamentu, organizowały plebiscyty, głosowania i interwencje. „Pragniemy zorganizować społeczeństwo dziecięce na zasadach sprawiedliwości, braterstwa, równych praw i obowiązków. Samorząd to właśnie praca” – pisał Korczak w O samorządzie dzieci i młodzieży. I dodawał: „Nie ma dzieci, są ludzie”, pokazując swoim wychowankom, że demokracja to nie tylko obowiązki, ale i prawa. I że tylko działając, ma się wpływ na to, jak może wyglądać życie nasze i otaczających nas ludzi.

Na szczęście coraz więcej szkół na świecie odchodzi od myślenia o nauczaniu jak o produkcji przemysłowej. Demokracji i krytycznego, obywatelskiego myślenia uczą te kraje, które wiedzą, że dla ich dobrobytu ważne jest istnienie świadomego społeczeństwa. W Europie prym pod tym względem wiodą Wielka Brytania i kraje skandynawskie. Na Wyspach zamiast lekcji wychowawczych obowiązkowo odbywają się lekcje obywatelskie, podczas których dzieci uczą się, jak załatwiać najważniejsze dla nich sprawy: jak się głosuje, jak założyć fundację, kto zajmuje się sprawami wykluczenia.

Świetny program edukacyjny dla szkół w całym kraju oferuje jedna z najstarszych brytyjskich fundacji politycznych, Hansard Society. Najmłodsi Brytyjczycy uczą się – często przez internet albo podczas spotkań z działaczami politycznymi – jak działają wybory lokalne i ogólnokrajowe, a także dlaczego warto angażować się w życie swojej wspólnoty i jak to robić. Takie lekcje są nie tylko narzędziem edukacji, ale też wyrównywania szans. Dlaczego? Bo jak mówi Ruth Fox, dyrektorka Hansard Society, wciąż bardzo mało brytyjskich dziewczynek marzy o karierze w polityce. „Na świecie brakuje liderek. Dziewczynkom wmawia się, że nie powinny być władcze. Jeśli chcemy mieć więcej prezesek i polityczek u sterów, to podejście trzeba zmienić, zwłaszcza w szkołach!” – nawołuje Sheryl Sandberg, prezeska Facebooka, założycielka globalnej fundacji „Lean In” i jedna z najbardziej wpływowych kobiet świata.

W Wielkiej Brytanii działają też prywatne szkoły, które silnie akcentują współzarządzanie w wykonaniu dzieci i rodziców, także w kwestiach programowych. Jedną z najstarszych instytucji tego typu jest koedukacyjna szkoła z internatem Summerhill, założona w 1921 roku przez liberalnego myśliciela Alexandra Sutherlanda Neilla. „Wolę wychować szczęśliwego sprzątacza ulic niż neurotycznego premiera” – tak o filozofii swojej szkoły mówił Neill. To dlatego na Wyspach placówka ta wciąż uznawana jest za dość kontrowersyjną. W 1999 roku brytyjskie Ministerstwo Edukacji próbowało nawet zmusić władze Summerhill do wprowadzenia większej liczby obowiązkowych lekcji. Szkoła odmówiła, a sprawa znalazła się w sądzie. Dzięki uporowi nauczycieli i rodziców ministerstwo w końcu podpisało ugodę.

Dalej na północy – w Szwecji, kraju prawdziwie równych szans – edukacja obywatelska jest codziennością. Pisarka Sassa Buregren, autorka Małej książki o demokracji, od wielu lat organizuje w szwedzkich szkołach warsztaty demokratyczne. Podczas spotkań z uczniami wspólnie przygotowują listę spraw, które chcieliby zmienić w swoim najbliższym otoczeniu. Dzieci chcą więcej placów zabaw, boisk czy ścieżek rowerowych? Można napisać do rady gminy. Warto pouczyć najmłodszych o zdrowym żywieniu? Dlaczego więc nie zorganizować szkolnej kampanii, do patronatu nad którą można namówić znanego kucharza-celebrytę?

Na szczęście także w Polsce jest coraz więcej inicjatyw włączających dzieci i młodzież w prawdziwe, dorosłe procedury demokratyczne. W niewielkiej wiejskiej gminie Płużnica (województwo kujawsko-pomorskie) w 2012 roku przygotowywano się do stworzenia nowej strategii rozwoju. Zadawano sobie jedno, główne pytanie: czy skoncentrować się na nadrabianiu zaległości do lepiej rozwiniętych gmin, czy postawić na odważny, nowatorski kierunek rozwoju? Na szczęście dla lokalnej społeczności wójt gminy, który był wcześniej aktywnym działaczem trzeciego sektora, w procesie decyzyjnym postanowił skorzystać też z energii młodych płużniczan, a dokładniej – z młodzieżowej rady gminy. Żeby usprawnić konsultacje społeczne, powołano specjalnego koordynatora zewnętrznego z Regionalnego Centrum Przedsiębiorczości. W pracach grupy roboczej współtworzącej strategię rozwoju gminy wzięło udział 40 osób: sołtysów, działaczy NGO-sów, lokalnych przedsiębiorców, przedstawicieli młodzieżowej rady gminy oraz aktywnych mieszkańców. Wykorzystano Metodę Aktywnego Pisania Strategii (MAPS), która pomaga wypracować wspólne stanowisko w drodze szukania kompromisów. Dochodzenie do zgody nie było łatwe, ale w końcu się udało. Młodzi obywatele mieli poczucie, że ich głos się liczy. Poznali też cenne techniki debatowania, pracy w grupie czy wreszcie – zarządzania gminą. Dzisiaj płużnicka młodzieżowa rada gminy ma swoją stronę na Facebooku, a jej działacze prowadzą warsztaty podnoszące wiedzę z zakresu edukacji obywatelskiej oraz organizują seminaria, między innymi serię spotkań profrekwencyjnych w trakcie ostatnich wyborów do Parlamentu Europejskiego.

Okazuje się więc, że kiedy odpowiednio pobudzi się ciekawość dzieci i pokaże, że ich działanie może mieć sens (czyli prowadzi do jakiejś zmiany), chętnie odklejają się od komputerów. Świetnym przykładem może być historia Jaśka i Kuby, dwóch dziesięciolatków z Lubonia (województwo wielkopolskie), którzy rok temu zapragnęli wybudować na kawałku łąki szałas dla siebie i swoich kolegów. Wysłali więc do burmistrza list z prośbą o zgodę. „Ta ważna sprawa jest na temat szałasu” – napisali, a ich pomysł zachwycił lokalne media. Ponieważ wybrany przez chłopców teren nie należał do miasta, tylko do prywatnego inwestora, burmistrz musiał odmówić, ale prośby chłopców zostały wysłuchane. Postanowiono zbudować dla dzieci większy i bezpieczny szałas, zaprojektowany przez architekta. Stanie na placu zabaw oddalonym od szkoły chłopców o zaledwie 50 metrów. Jego projekt wybiorą wszyscy uczniowie, pod przewodnictwem Jaśka i Kuby. I tak z aktywności małych obywateli skorzystają nie tylko oni, ale wszyscy mieszkańcy Lubonia.

Moja lekcja demokratyczna w warszawskim Natolinie przebiegła w entuzjastycznej atmosferze. Uczniowie z dumą opowiadali o swoich planach zawodowych (jedna ośmiolatka zadeklarowała, że zostanie w przyszłości chemiczką jak Maria Curie-Skłodowska, a chłopiec – projektantem mody), o aktywności pozalekcyjnej (gazetki szkolne, kampanie ekologiczne), a także o podstawach funkcjonowania demokracji: prawach i obowiązkach każdego z nas. Rozmawialiśmy więc o poszanowaniu wszystkich ludzi, obowiązku głosowania w wyborach, pomocy słabszym, oszczędzaniu energii i sprzątaniu śmieci. Dzieci znały nazwiska ważnych polskich i zagranicznych polityków, pamiętały datę uchwalenia Konstytucji 3 Maja, rozumiały ideę równości wszystkich ludzi, niezależnie od płci, koloru skóry, wieku czy stanu zdrowia.

Warto zacząć myśleć o edukacji obywatelskiej jak o uprawianiu ogródka. W zależności od tego, co teraz polskie szkoły, wsie, miasta czy gminy zasieją, taki plon będziemy zbierać, kiedy dzisiejsza młodzież stanie za kilkanaście lat u sterów państwa. Edukacja obywatelska przydałyby się też w Polsce pewnie wielu dorosłym, ale najwięcej o tym, jak funkcjonuje otaczający nas świat, trzeba rozmawiać z dziećmi. W imię dobrej, starej zasady: czym skorupka za młodu nasiąknie…

*Aleksandra Kaniewska – analityk ds. polityki zagranicznej w Instytucie Obywatelskim, absolwentka Modern Japanese Studies na Uniwersytecie Oksfordzkim. Autorka opublikowanej przez Instytut Obywatelski książki dla dzieci Demokracja to MY: urządźmy nasz świat (2013).

Tekst ukazał się w ostatnim wydaniu kwartalnika „Instytut Idei” – „Jak się samorządzić”. Magazyn można pobrać w całości tutaj.

Publikacja sfinansowana z KW Platforma Obywatelska RP.