Newsletter

Jastrzębie i gołębie Viktora Orbána

Bogdan Góralczyk, 22.09.2014
Węgry przestały już być liberalną demokracją, jaką stały się po 1990 roku

Węgry przestały już być liberalną demokracją, jaką stały się po 1990 roku

CC BY-SA 2.0. Autor: European People's Party

W samym środku lata, 26 lipca, węgierski premier Viktor Orbán zwyczajowo już spotkał się z mieszkańcami w odległej o blisko 800 km od Budapesztu miejscowości Tusnádfürdö (Baie Tusnad) na terenie Krainy Seklerów (węgierskich górali) w Siedmiogrodzie. Po raz kolejny wygłosił programowe przemówienie. Gdy był tam przed rokiem, stwierdził, że „nie wierzy”, iż najważniejsze instytucje unijne – Komisja, Rada czy Parlament – będą w stanie wyprowadzić Europę z kryzysu, w którym się znajduje. Sugerował poszukiwanie swoistych rozwiązań, co jednak większego echa na świecie nie wzbudziło.

W tym roku było nieco inaczej, ale też w tym roku jego wystąpienie („wykład”) – dostępne już także dla osób bez znajomości węgierskiego – miało o wiele większy kaliber i wymiar. Orbán pożegnał w nim bowiem liberalną demokrację i państwo dobrobytu, raz jeszcze opowiadając się za centralizacją i etatyzacją. Co więcej, zapowiedział budowę porządku „nieliberalnego” i powołał się przy tym na takie przykłady jak Chiny, Rosja, Indie, Turcja czy Singapur. Opowiedział się tym samym bardziej za skutecznością gospodarczą aniżeli demokracją. I wyraził przypuszczenie, że budowa takiego nowego, neoliberalnego porządku będzie możliwa wewnątrz Unii.

Kilka dni później Orbán postawił przysłowiową kropkę nad i. Nawiązał do głośnej kiedyś tezy chrześcijańsko-demokratycznego, ostrożnego i konserwatywnego pierwszego premiera Węgier po upadku komunizmu Józsefa Antalla, który zwracając się do ówczesnych radykałów, w tym Orbána, szydził: „chciałoby się Wam rewolucji”… I oto teraz obecny węgierski premier mówi bez ogródek, nawiązując do tamtych pamiętnych słów: „tak, zrobiliśmy rewolucję”. I nie jest to już „rewolucja przy wyborczych urnach”, o jakiej mówiono po pierwszym zwycięstwie kwalifikowaną większością wiosną 2010 roku. Tym razem Orbán mówi o rewolucji na Węgrzech bez przymiotników – i chyba ma rację.

System nieliberalny

Jak więc wygląda ten nieliberalny system w węgierskim wydaniu? W ślad za jednym ze swych ideowych doradców, Orbán wychodzi z założenia, że w 2008 r. doszło do podobnej rewolucyjnej zmiany na scenie światowej, jak w latach 1918, 1945 czy 1989, chociaż tym razem jest ona rozłożona w czasie, a tym samym trudniej uchwytna. Istota tej zmiany to upadek neoliberalizmu jako gospodarczej ideologii obowiązującej po 1990 r. i dyktowanej przez ówczesnego hegemona, USA. Dogmat rynku jako siły wiodącej i głównego regulatora załamał się, podważył pozycję Zachodu, a zwrócił uwagę na wspomniane wcześniej państwa, które w różnym stopniu stawiały na interwencjonizm państwowy.

Istotą tej nowej węgierskiej „rewolucji” ma być więc powrót do idei silnego i efektywnego państwa, a przy tym wspieranie węgierskiego narodu, rozproszonego – przez dyktat ze strony obcych mocarstw, co też nie jest bez znaczenia – po krajach ościennych. W tym celu Węgrom potrzebne jest silne przywództwo, które Orbán ofiaruje. We własnej osobie.

Obok założeń ideowych jest też praktyka, która jednoznacznie dowodzi, że Węgry rzeczywiście przestały już być liberalną demokracją, jaką stały się – podobnie jak sąsiedzi w regionie – po 1990 roku. W każdym wymiarze i w każdej dziedzinie następuje przejmowanie kontroli przez państwo, a precyzyjniej: przez rząd, bowiem system równowagi i kontroli władz (checks and balances) został mocno zachwiany i przechylony na rzecz egzekutywy. Wszystkie najważniejsze stanowiska w państwie – z prezydentem, szefem parlamentu, czy banku centralnego – objęli akolici Orbána. Cała władza skupia się nie tyle w gabinecie, co w rozbudowanej do niebywałych wymiarów (blisko sto etatów sekretarzy i podsekretarzy stanu!) Kancelarii Premiera, której szef János Lázár (39 lat) wyrósł tym samym na drugą osobę w państwie. Oczywiście, w sensie realnych wpływów, bo te akurat się liczą, a nie formalnych stanowisk. Jak najbardziej mamy więc do czynienia z ręcznym sterowaniem, a wszystkie nici władzy skupione są w rękach premiera.

Przy czym „wszystkie” oznacza nie tylko władzę polityczną, ale także gospodarczą. Orbán wspiera „narodowe projekty” i buduje stadiony. Jeden postawił w rodzinnej wsi Felcsút pod Budapesztem, a na otwarcie nowego stadionu stołecznego klubu Ferencváros sprowadził nawet słynną Chelsea. Na czoło każdej dziedziny, włącznie z kulturą, nauką, filmem czy teatrem, desygnował własnych ludzi, którzy mają za zadanie wspierać wizję silnego narodu i państwa.

Mechanizm, który włączono, jest o tyle prosty, co skuteczny: jeśli wspierasz proponowany odgórnie program, wygrywasz przetargi, dostajesz środki unijne i miejsca na reklamy; jeśli natomiast nie wspierasz, radź sobie sam, ale pamiętaj, że państwowego wsparcia nie otrzymasz. Nic dziwnego, że początkowy ostry podział na tych, co z Orbánem, i tych, którzy przeciw niemu, doprowadził do społecznej apatii. Egzystencjalny lęk sprawia, że opozycja jest rozbita i poszatkowana. Nie jest ani programową, ani instytucjonalną alternatywą dla propagowanej odgórnie przez będące pod kontrolą rządu media, zwane „królewskimi”, wizji państwa i narodu.

Gołębie i jastrzębie lecą na zewnątrz

Taka wizja i taka koncepcja ma, jak wiadomo, wielu zwolenników, również w Polsce. Charyzmatyczny i decyzyjny Orbán w niektórych kręgach się podoba, a jego biografię – w istocie hagiografię – „Napastnik” pióra Igora Jankego rozchwytano w tysiącach egzemplarzy (tak w Polsce, jak później w węgierskim tłumaczeniu). Zwycięzcy przyciągają. Jednak cieszący się już niekontrolowaną władzą na scenie wewnętrznej premier wyszedł z „nieortodoksyjnymi” (to jego określenie) ideami także na arenie międzynarodowej.

Wychodząc z założenia, że „Zachód chyli się ku upadkowi”, zaczął szukać rozwiązań, wzorców i kapitałów na Wschodzie. Nie wszędzie do końca się udało, jak w Azerbejdżanie czy Kazachstanie. Jednak efekt jest taki, że Saudyjczycy uczą się już dziś na Uniwersytecie w Debreczynie, Chińczycy zaczynają budować sieć szybkiej kolei, która ma połączyć Budapeszt z Belgradem, natomiast Rosjanie – co już spotkało się ze sporym echem także i u nas – mają rozbudowywać i modernizować starą proradziecką elektrownię atomową w Paks.

I właśnie kwestia podejścia do Rosjan podzieliła dotychczasowych zwolenników Orbána, szczególnie w kontekście rosyjskiej agresji na Ukrainę, której w relacjach ze Wschodu przekazywanych przez „królewskie” media – oszczędnych w porównaniu  z doniesieniami polskimi – agresją się nie nazywa.

Orbán nie zważa na przebieg wydarzeń na Ukrainie i argumentuje tak, jak czynił to po ostatnim szczycie NATO w Walii: sensie militarnym i wojskowym szukamy bezpieczeństwa w NATO i pod tym względem „będziemy jastrzębiami”, natomiast równocześnie pragniemy robić interesy z Rosją, w biznesie i gospodarce „będąc gołębiami”.  Jak to pogodzić? – nie wiadomo. Ale mamy przynajmniej wyjaśnienie, czemu Budapeszt jest przeciwny unijnym i zachodnim sankcjom wymierzonym w Rosję.

Viktor Orbán już wielokrotnie nas zaskoczył. Czym jeszcze nas zaskoczy w przyszłości?

*Bogdan Góralczyk – profesor w Centrum Europejskim Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 2003-08 ambasador RP w Królestwie Tajlandii, Republice Filipin i Związku Myanmar (Birma)