Newsletter

Szkocka ruletka

Jacek Kubiak, 16.09.2014
Wybicie się Szkocji na niepodległość miałoby potężne konsekwencje i dla Brytanii, i dla Unii

Wróciłem właśnie z Wielkiej Brytanii, gdzie między innymi poznawałem głos ludu w tamtejszych bistrach, czyli pubach. Aby jednak nie oddalać się zbytnio od idei mojego francuskiego bistra, wybraliśmy wraz z Pawłem, moim przyjacielem i przewodnikiem po Birmingham, pub francuski – Le Truc (swoją drogą polecam – łatwo wyguglować).

CC BY 2.0. Autor: Surian Soosay

W tych dniach tematem dominującym w angielskich pubach było oczywiście wyznaczone na przyszły czwartek referendum niepodległościowe w Szkocji. Anglicy, przynajmniej ci z Birmingham, których spotkałem, podchodzą do tematu z typową dla siebie flegmą. Jednak chyba nieźle podszytą strachem, gdyż sondaże wskazują, że przy odrobinie szczęścia separatyści mogą odnieść minimalne zwycięstwo.

Wystąpienie Szkocji z Wielkiej Brytanii byłoby dla Brytyjczyków (Szkoci już Brytyjczykami by nie byli) potężnym ciosem. Po pierwsze, osłabiłoby ją gospodarczo i politycznie. Co gorsza, zachęciłoby Walijczyków do przeprowadzenia podobnego referendum. Wystąpienie Walii pozostawiłoby Zjednoczone Królestwo jedynie z oddaloną od Anglii Irlandią Północną, a taki scenariusz byłby de facto likwidacją Wielkiej Brytanii.

Wybicie się Szkocji na niepodległość miałoby też poważne skutki dla Unii Europejskiej. W końcu – rzecz bez precedensu – samoistnie pojawiłby się w niej nowy kraj. Szkoci twierdzą, że ich przynależność do UE nie podlega dyskusji, bo oni już w niej są od dawna. Brytyjczycy zaś, że do UE należy tylko Wielka Brytania, a więc to „coś”, co pozostałoby po odejściu Szkocji, nie zaś sama Szkocja. Kłótnia przeniosłaby się do Brukseli. Nie wiadomo, jaki byłby werdykt (nie chciałbym być w skórze prezydenta Tuska), gdyż odżyłyby dawno zapomniane resentymenty. Przykładowo, Hiszpania mogłaby  próbować odegrać się za klęskę swej Armady z roku 1588, decydując o losach perfidnego Albionu i krzyżując plany Londynu.

Anglicy twierdzą, że niepodległa Szkocja nie mogłaby korzystać z dobrodziejstw funta szterlinga. Ale Szkoci nie muszą mieć własnej, szkockiej waluty, mogą przecież wprowadzić u siebie euro. Brytyjski funt bez szkockiej ropy naftowej straciłby na wartości. Co gorsza, wolna Szkocja mogłaby również wstąpić do strefy Schengen. Lądowa granica resztek Zjednoczonego Królestwa z Unią Europejską byłaby dla Brytyjczyków definitywnym końcem słynnej „splendid isolation”, do dziś w dużym stopniu pielęgnowanej przez władze brytyjskie – a więc wywróceniem na nice całej brytyjskości.

Wolna Szkocja, choć to już political fiction do kwadratu, mogłaby też opuścić Wspólnotę Narodów (Commonwealth), a co gorsza – mogłaby wybrać własnego monarchę. Wówczas historia zatoczyłaby koło i Wyspy Brytyjskie wróciłyby do sytuacji niemal z czasów dynastii Tudorów. I chyba właśnie te fantastyczne opowieści napawają tych, którzy pozostają duchem Brytyjczykami, spokojem, jeśli chodzi o dalsze losy Zjednoczonego Królestwa.

Moi rozmówcy z birminghamskiego Le Truc właśnie w tym duchu zwykle mówią, że zamieszanie wokół szkockiego referendum to burza w szklance wody. Szkocja jest w Unii z resztą wyspy od 300 lat i tak będzie nadal pomimo, marzeń kilku szkockich polityków, by próbować wybić się na niezależność. Ciekawe, czy mądrość ludu wyrażana w pubach sprawdzi się i tym razem. Jeśli nie, Wielka Brytania stanie się gorącą wyspą i podniesie polityczną temperaturę w całej Unii Europejskiej.
Odpowiedź na to pytanie już we czwartek.