Newsletter

Świat już nie będzie taki sam

Paweł Laidler, 11.09.2014
Po 11 września zraniona w samo serce Ameryka stała się czujna, przestraszona i niepewna

Po 11 września zraniona w samo serce Ameryka stała się czujna, przestraszona i niepewna

CC BY 2.0. Autor: Wally Gobetz

Dziś mija 13. rocznica największego w historii ataku terrorystycznego na terenie Stanów Zjednoczonych. To wydarzenia, które wielu historyków uznaje za rzeczywisty początek XXI wieku i ważny moment redefiniujący współczesne stosunki międzynarodowe.

Analizując działania amerykańskiej administracji w wymiarze zwiększania bezpieczeństwa państwa i obywateli (określanej często jako homeland security) oraz inicjatywy podejmowane poza granicami kraju w ramach tzw. wojny w terroryzmem, trudno nie zgodzić się z twierdzeniami, że w zarówno amerykańskiej polityce wewnętrznej, jak i zagranicznej, od 2001 roku wiele się zmieniło. Obecna struktura federalnej administracji wykonawczej, kompetencje poszczególnych agencji wywiadu oraz jednostek stosowania prawa są znacznie szersze niż kiedykolwiek wcześniej. Uregulowania The U.S.A. Patriot Act oraz orzecznictwo sądów potwierdziły nawrót do popularnego w połowie XX wieku modelu walki z przestępczością znanego jako crime-control model, przynajmniej w wymiarze zagrożenia przestępstwami terrorystycznymi.

Natomiast w polityce zagranicznej, mimo zmiany rządów w 2009 roku i niedawnych decyzji zmieniających status wojsk amerykańskich w Iraku i Afganistanie, wojna z terroryzmem wciąż stanowi najpoważniejsze wyzwanie, a w działaniach Pentagonu i Białego Domu nadal aktualne wydają się niektóre założenia Doktryny Busha. Zwłaszcza, że groźby ze strony ekstremistów islamskich nabierają współcześnie nowego znaczenia w kontekście wydarzeń ostatnich miesięcy w Iraku.

Kiedy myślę o bezpośrednich skutkach 11 września, odstawiając na chwilę na bok wielką politykę oraz reformy prawa karnego czy imigracyjnego, przypominają mi się pierwsze tygodnie po zamachach i reakcja społeczeństwa amerykańskiego, którą miałem okazję bezpośrednio obserwować i doświadczać. Jesień 2001 roku spędziłem w Waszyngtonie i Nowym Jorku na badaniach naukowych, ale oprócz materiałów związanych z moim projektem, ze Stanów Zjednoczonych wywoziłem przede wszystkim przekonanie, że najpoważniejsze zmiany zaszły w samym społeczeństwie amerykańskim. Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało.

Zraniona w samo serce Ameryka stała się czujna, przestraszona i niepewna. Niedowierzanie mieszało się ze złością, a najczęściej stawianym pytaniem było to o przyczyny ataku terrorystów. Na porządku dziennym wyrażano zdziwienie, że „zaatakowano państwo, które poświęca środki, energię i ludzi po to, żeby innym żyło się lepiej”. Równie często można było słyszeć wzburzenie, że „zaatakowano cywilów”, podczas gdy Stany Zjednoczone „szerzą demokrację w sposób pokojowy, a jedynymi ewentualnymi ofiarami tych procesów są wojskowi”.

Kiedy podejmowałem próby dyskusji na temat amerykańskiej polityki zagranicznej, zauważałem niechęć do przyjmowania jakiejkolwiek innej interpretacji relacji i stosunków międzynarodowych z udziałem USA. Każda interwencja zbrojna była właściwa i nie miała prawa wzbudzać wrogości państw, którym, w teoretycznym założeniu, miała służyć. Obawy przed kolejnymi atakami towarzyszyły mieszkańcom Waszyngtonu i Nowego Jorku o każdej porze dnia i nocy. Jadąc metrem wiele osób nerwowo rozglądało się w poszukiwaniu dziwnie zachowujących się ludzi czy podejrzanie wyglądających pakunków. Pracownicy w wysokich biurowcach niejednokrotnie z niepokojem wyglądali przez okno w poszukiwaniu nadlatujących samolotów. Inni, nawet pracując w biurach umieszczonych pod ziemią, również odczuwali zmianę zachowania współpracowników, wzmożoną przez system kontroli wewnętrznej organizowany przez prywatne przedsiębiorstwa czy agencje rządowe.

Któregoś wieczoru spostrzegłem samolot wojskowy przelatujący nad Waszyngtonem, co należało do rzadkości i świadczyło o zbliżającym się zagrożeniu. Dla Amerykanów był to sygnał do niepokoju oraz znaczące ograniczenie ich wolności. To wtedy po raz pierwszy usłyszałem, że „świat już nie będzie taki sam”.

Prawdziwy strach padł na wschodnie wybrzeże Ameryki w październiku i listopadzie 2001 roku, kiedy nieznani sprawcy zaczęli wysyłać podejrzane listy i paczki, w których znajdował się zabójczy wąglik. Jednym z głównych celów rozsyłających śmiertelne przesyłki stał się Waszyngton, a w centrum ataków znalazł się urząd pocztowy niedaleko uniwersytetu, na którym pracowałem. Po śmierci dwóch pracowników pocztę zamknięto, na ulicach pojawiło się więcej policjantów, a mieszkańcom polecono wzmożoną czujność przy otwieraniu wszelkich przesyłek pocztowych. Wtedy zdałem sobie sprawę, że terroryści z WTC osiągnęli swój cel: zasiali niepewność i strach wśród Amerykanów, którzy do tej pory czuli się u siebie bezpiecznie, zwłaszcza z perspektywy zagrożeń zewnętrznych. Po 11 września 2001 roku, bez względu na realność zagrożenia i skalę niebezpieczeństwa, mieszkańcy kraju mieniącego się kolebką współczesnej demokracji, nie będą spać spokojnie. Wąglik był tego najlepszym przykładem – zagrożenie nieznaczące w skutkach zrodziło niewspółmierną reakcję społeczną.

Podobny efekt miała mieć seria zabójstw dokonywanych w miejscach publicznych przez tzw. snajpera z Waszyngtonu dokładnie rok później. Zabójcy, strzelając do niewinnych, przypadkowo wybranych osób, zastraszyli kilka milionów ludzi, którzy przez wiele dni ograniczyli swoją codzienną aktywność do wyjścia do pracy i szybkiego powrotu do domu. Dwa powyższe przykłady pokazują bezpośredni efekt 11 września w społeczeństwie amerykańskim.

Strach nie był jedynym uczuciem, jakie towarzyszyło Amerykanom bezpośrednio dotkniętym zamachami terrorystycznymi. Znamiennym obrazkiem, jaki zapamiętałem z ulic Nowego Jorku, okalających obszar zamachu na WTC, były tysiące ludzi wyglądających tak samo, oblepionych w biały pył rozpadających się budynków. Bez względu na to, czy był to makler giełdowy z Wall Street, strażak, sprzątaczka czy bezrobotny, wszyscy czuli się tego dnia równi, wspólnie kontestując tę tragedię i wzajemnie się wspierając. Nie miał znaczenia kolor skóry, pochodzenie, status majątkowy, wiek czy płeć. Emocje wzięły górę nad obawami, a zjednoczenie pod sztandarem amerykańskich flag, T-shirtów United we stand!, czy interwencjonistycznej polityki zagranicznej administracji George’a W. Busha, stało się faktem.

13 lat po 9/11 zagrożenie terroryzmem nie zmalało; wręcz przeciwnie, jesteśmy dziś świadkami zakrojonych na szeroką skalę działań na arenie międzynarodowej, także w samych Stanach Zjednoczonych, zmierzających do zapewnienia bezpieczeństwa. I choć przez ten czas wprowadzono liczne uregulowania ograniczające swobody obywatelskie, choć zmuszono uczestników życia społecznego do stosowania nowych procedur bezpieczeństwa, choć rozszerzono kompetencje organów władzy walczących z terroryzmem, to w Waszyngtonie, Nowym Jorku i innych miastach amerykańskich poziom strachu przed kolejnymi atakami wciąż jest wysoki. To, co kiedyś wydawało się niemożliwe, dziś nie tylko może nastąpić, ale zdaniem niemal 70 proc. Amerykanów jest realnym zagrożeniem.

Z drugiej strony, większa część społeczeństwa nie chce, mimo wszystko, poświęcać swoich podstawowych swobód i wolności obywatelskich, aby czuć się bezpieczniej. W ten sposób, w roku 2014 dylemat: wolność czy bezpieczeństwo pozostaje nierozwiązany, a konflikty pomiędzy potrzebą ochrony praw obywatelskich, a koniecznością ochrony bezpieczeństwa narodowego będą nadal przedmiotem sporów w wymiarze społecznym, politycznym i prawnym.

Wie o tym Barack Obama, który wielokrotnie w swoich wypowiedziach odcinał się od polityki poprzednika, ale w swoich działaniach wydaje się równie zdeterminowany, aby zmniejszać skalę zagrożenia terroryzmem. Nie da się tego jednak osiągnąć bez uszczerbku dla swobód obywatelskich, co stanowi obecnie jedno z największych wyzwań prezydenta.

*dr Paweł Laidler – politolog, prawnik, amerykanista; wicedyrektor Instytutu Amerykanistyki i Studiów Polonijnych Uniwersytetu Jagiellońskiego. Autor m.in.: „Prokurator Generalny Stanów Zjednoczonych Ameryki: konflikt kompetencji” i „Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych Ameryki: od prawa do polityki”