Newsletter

Parkingowe fair play

Michał Dobrzański, 05.09.2014
Trzeba przywrócić zasady fair play w kwestii parkowania

Państwo polskie od dekad zaniedbuje kwestię sensownego uregulowania parkowania. Obecne przepisy dotyczące postoju pojazdów funkcjonują w prawie niezmienionym brzmieniu od trzech dekad. Uchwalono je jeszcze przed boomem motoryzacyjnym, który pokazał, na czym polega degradacja przestrzeni miejskiej, gdy zbyt wielką jej część odda się samochodom. Wspomniane przepisy m.in. dopuszczają parkowanie na chodnikach, o czym już pisałem.

Jednak parkowanie na chodnikach, choć legalne, obwarowane jest szeregiem zapisów szczegółowych. Mówią one np. o pozostawieniu minimum 1,5 metra miejsca na chodniku, zakazują postoju w pobliżu przystanków i przejść dla pieszych, określają ciężar pojazdów, które mogą stać na chodniku, itd.

Niestety, w praktyce mamy w Polsce do czynienia z instytucjonalnym przyzwoleniem na łamanie tych przepisów. Zarówno policja, jak straże miejskie od lat stosują metodę przymykania oka na nadużycia. Funkcjonariusze na służbie niezwykle rzadko samorzutnie interweniują w związku z nieprawidłowym parkowaniem, co zresztą przyznają w zakulisowych rozmowach. Działania podejmowane są głównie w przypadku zgłoszeń od obywateli.

Egzekucja prawa stanowionego zostaje tym samym zredukowana do interwencji wyłącznie wtedy, gdy „komuś coś nie pasuje”. Zresztą i tego działania nie można być pewnym – służby z wyczuwalną niechęcią przyjmują zgłoszenia dotyczące parkowania.

W konsekwencji np. przepis o pozostawieniu 1,5 metra dla pieszych jest praktycznie martwy. Śmiem twierdzić, że nikt w Polsce od lat nie widział żadnego funkcjonariusza z miarką, który próbowałby go wyegzekwować. Podobne zjawiska zaobserwować można przypadku wielu innych przepisów – jak często zdarza się, że kierowcy parkują skośnie na miejscach do parkowania równoległego? Albo bezpośrednio przed przejściem dla pieszych? Lub na trawniku? Takie przypadki z łatwością można wskazać w każdym polskim mieście.

Przyczyną tego stanu rzeczy jest przypuszczalnie pewna mentalna pułapka. Ponieważ auto jest ich głównym środkiem transportu, służby mimochodem przyjmują optykę kierowców. Z tej perspektywy wielkim problemem miasta jest brak wystarczającej liczby miejsc parkingowych. Skoro ich brakuje, trzeba okazać zrozumienie dla tych, którzy nie znaleźli miejsc legalnych. I tolerować nielegalne parkowanie wszędzie tam, gdzie nikomu ono nie przeszkadza.

Jednak nie można tu winić wyłącznie funkcjonariuszy. Straże miejskie, na które scedowano odpowiedzialność za parkowanie, podlegają władzom miast, od których woli zależy podejście do parkowania. Aby się o tym przekonać, wystarczy spojrzeć na sytuacje, gdy wola polityczna sprawia, że nagle na jednej z ulic przepisy zaczynają obowiązywać. W Warszawie przykładem mogą być odbywające się co jakiś czas akcje czyszczenia ulicy Chmielnej z nielegalnie pozostawionych aut.

Tłumacząc się, politycy miejscy używają czasem argumentu, że rozwiązanie problemu parkowania możliwe będzie dopiero wówczas, gdy samo społeczeństwo zrozumie konieczność uregulowania tej kwestii. Jednak ta postawa wycofania tylko utrwala obecną patologiczną praktykę.

W tym postawionym na głowie świecie kierowcy samo egzekwowanie obowiązującego prawa nie tylko przyjmują z zaskoczeniem, lecz wręcz postrzegają je jako „sankcję”. Społecznie dopuszczalnym argumentem stało się bowiem wytłumaczenie: „stanąłem tu, bo nie miałem gdzie” albo: „przecież parkuję tu od lat i nigdy nikt nic do mnie nie miał”. A argument, że prawo tego zabrania, na mocy instytucjonalnego permisywizmu i społecznej praktyki przestaje mieć jakąkolwiek siłę.

Egzekucyjna próżnia jest jednak bardzo nie fair w stosunku do niezliczonych użytkowników przestrzeni miejskiej, którym owe nieprawidłowo zaparkowane pojazdy utrudniają życie. To przede wszystkim piesi i coraz częściej rowerzyści. Tolerując nielegalne parkowanie, władza zaniedbuje ich interes, którym jest drożność ich tras komunikacyjnych i dostępność wysokiej jakości wspólnej przestrzeni.

Brak egzekucji jest jednak nie fair przede wszystkim w stosunku do samych kierowców – tych, którzy mimo wszystko nie chcą łamać prawa i parkują prawidłowo. Zaniechując swych obowiązków, państwo stawia ich w takiej sytuacji, że mogą się czuć jak ludzie naiwni, gdy postępują zgodnie z prawem. Przecież parkując nieprawidłowo straciliby mniej czasu, a najprawdopodobniej nie ponieśliby żadnych konsekwencji!

Warto się nad tym zastanowić. Jeśli chodzi o parkowanie, stworzyliśmy sobie w Polsce świat, w którym ludzie przyzwoici muszą się czuć frajerami, a granice dopuszczalnego zachowania wyznaczają ci co bardziej bezczelni.

Aby przywrócić zasady fair-play w parkowaniu, potrzebny będzie jednak jakiś sędzia. Funkcję tę powinny przyjąć władze samorządowe. Dopóki będą one odwracać oczy od problemu nielegalnego parkowania, nie ma co liczyć na to, że kierowcy sami z siebie znacząco zmienią swe przyzwyczajenia.