Newsletter

Europa nie bawi się w geopolitykę

Judy Dempsey, 29.08.2014
Jesteśmy świadkami nowego wyścigu idei o przyszłość Europy Wschodniej – Ukrainy, ale i Białorusi, Mołdawii, Gruzji i Armenii

Jesteśmy świadkami nowego wyścigu idei o przyszłość Europy Wschodniej – Ukrainy, ale i Białorusi, Mołdawii, Gruzji i Armenii – mówi Judy Dempsey, analityczka Carnegie Europe w rozmowie z Aleksandrą Kaniewską.

Źródło: Kremlin.ru. CC BY-SA 3.0.

Aleksandra Kaniewska: Rosja straciła jakąkolwiek sympatię w Europie, ale prezydentowi Putinowi to chyba nie przeszkadza? Może nawet więcej – przydaje mu się to do sterowania rosyjską opinią publiczną?

Judy Dempsey: Z jednej strony sondaże pokazują ogromne poparcie dla Władimira Putina. Z drugiej, co pokazują wyniki badań Centrum Levada większość Rosjan nie chce otwartej wojny z Ukrainą. Do tego utrzymanie Krymu kosztuje. Już teraz piętrzą się problemy – z dostępem do wody czy elektryczności. Do tego należy doliczyć unijne i amerykańskie sankcje, których wagę powinniśmy docenić. One naprawdę mocno uderzają w Rosję i będą działać na wielu obszarach podczas nadchodzących miesięcy.

Sankcje mają wpływ nie tylko na funkcjonowanie rosyjskiej gospodarki, ale też na jej prestiż. To również niezmiernie ważny czynnik. Rosja jest częścią globalnego świata niezależnie od tego, jak bardzo Putin próbuje pokazać, że dobrze jej samej. Niektóre rosyjskie działania są bardzo krótkowzroczne – na przykład zamykanie restauracji McDonald’s pod pretekstem naruszenia norm sanitarnych.

To są właśnie działania wizerunkowe skierowane do zwykłych Rosjan, którym powtarza się w mediach: „nie damy się imperialnemu Zachodowi”.  

Faktem jest, że Putin tworzy własną narodową strategię działania. Bardzo podkreśla samowystarczalność Rosji. Na przykład nagle, z dnia na dzień, krajowy sektor rolny ma zwiększyć produkcję. To niemożliwe. Tym bardziej, że słyszymy Putina mówiącego o modernizacji gospodarki od wielu lat, z mizernym skutkiem. Ale tak naprawdę nawet on nie wita sytuacji na Ukrainie z otwartymi ramionami. Świat jest teraz tak niestabilny, że właściwie już każdy region – Europa, USA czy Rosja – ma swoje własne, skomplikowane problemy. Nie tylko mamy do czynienia z głębokim konfliktem na Ukrainie, ale tragiczna jest też sytuacja na Bliskim Wschodzie. Do tego Europa do dziś nie poradziła sobie z wieloma nierozwiązanymi sprawami, m.in. na Bałkanach.

Czy mamy do czynienia z kolejną Zimną Wojną?

Tak bym tego nie nazwała. To nowy rodzaj swoistego wyścigu idei, który dokonuje się między Europejczykami a Rosją. Głównym obiektem tego sporu jest przyszłość Europy Wschodniej – Ukrainy, ale i Białorusi, Mołdawii, Gruzji i Armenii. Oczywiście, Putin bardzo nie chce w tym starciu przegrać. A najbardziej nie chce stracić Ukrainy. Europa stała się częścią tego ideologicznego starcia właściwie przez przypadek, zupełnie nie z własnej woli. I teraz nie wie, jak z niego wybrnąć. Nie wie też, jak zakończyć ten konflikt.

Angela Merkel też nie wie? W przededniu szczytu UE-Ukraina-Unia Celna (przyp. red. który zaczyna się dziś w Mińsku) kanclerz Niemiec podkreślała, że nie spodziewa się przełomu.

Kanclerz Merkel jest ostrożnym politykiem. Jako osoba rozsądna waży słowa, co jest bardzo dobrym rozwiązaniem w gorącej sytuacji, z którą mamy do czynienia. Angela Merkel stała się niekwestionowaną liderką w dziedzinie europejskiej polityki zagranicznej. To ona najczęściej rozmawia z Putinem. Prezydent Obama ma zbyt dużo własnych problemów z bojownikami ISIS, żeby głębiej zajmować się sprawami Europy. Dlatego unijną dyplomację zostawił w jej rękach. Spotkanie Merkel z prezydentem Ukrainy Petro Poroszenką w ubiegłą sobotę było niezmiernie ważne, nie tylko z powodu samej symboliki tego zdarzenia. Kanclerz Niemiec naciskała na Ukrainę, żeby przed wyborami parlamentarnymi rozpoczęła ważne konstytucyjne reformy, m.in. regulację pozycji rosyjskojęzycznej mniejszości. Trudną rolą Merkel jest znalezienie rozwiązania kompromisowego dla Ukrainy i Rosji. Na razie się to nie udało.

Czy uważa Pani, że Niemcy robią wystarczająco dużo, żeby doprowadzić do rozwiązania konfliktu? Często mówi się, że ten kraj z niespecjalnym entuzjazmem bierze na siebie rolę przywódczą.

Angela Merkel wzięła na siebie liderską odpowiedzialność, bo nie chce wojny w Europie. Nie ma dziś zresztą innego europejskiego kraju, który podjąłby się tego wyzwania.

Dzisiejsze spotkanie w Mińsku jest bardzo ważne, ale równie istotna w tym tygodniu staje się obsada najważniejszych stanowisk w UE. Jak znaczące dla rozwiązania ukraińsko-rosyjskiego kryzysu jest to, kto zostanie szefem unijnej dyplomacji?

Dobrze, że nie pyta mnie pani, kto dostanie tę zagraniczną tekę, bo ze spekulacjami najczęściej bywa tak, że się nie sprawdzają. Sytuacja jest niejednoznaczna. Premier Włoch bardzo intensywnie promuje swoją kandydatkę, włoską minister spraw zagranicznych Federicę Mogherini, która być może dostanie to stanowisko.

Ale warto też podkreślić jedną rzecz: w Europie widzimy teraz rosnącą rolę współpracy międzyrządowej, czyli odejście od polegania głównie na instytucjach. Niemcy, które kiedyś były wielkim zwolennikiem komunitaryzmu, koncentrują się teraz na budowaniu układów między rządami państw w Radzie Europejskiej. W kwestii unijnej polityki zagranicznej wiele zależy więc od osobowości nowego wysokiego przedstawiciela. Jednego zaś można być pewnym – że władza i wpływy pozostaną w najbliższych latach w największych stolicach Europy. Bardzo tego żałuję.

W jednym z artykułów na stronie Strategic Europe napisaliście: „Europa nie bawi się w geopolitykę”. A Rosja się bawi.

Niestety. Przed nowym szefem unijnej dyplomacji i całą Europą stoi teraz wiele wyzwań geopolitycznych. Dlatego skoncentrowani na sprawach europejskich, nie możemy zapominać o Bliskim Wschodzie. Ten konflikt też jest u naszych bram.

*Judy Dempsey – analityczka ds. polityki zagranicznej w think tanku Carnegie Europe, redaktor naczelna biuletynu „Strategic Europe“, autorka książki „The Merkel Phenomenon“ (2013)