Newsletter

Scenariusz z Atlerlandu?

Łukasz Kołtuniak, 19.08.2014
Obawy o wybuch III wojny światowej wydają się mocno przesadzone, chroń nas jednak, Boże, przed nową Jałtą

Obawy o wybuch III wojny światowej wydają się mocno przesadzone, chroń nas jednak, Boże, przed nową Jałtą

CC BY-SA 4.0. Autor: Ліонкінг

Konflikt na Ukrainie przybiera już kształt realnej, a nie tylko hybrydowej, wojny domowej. Jego rozwiązanie zależy od polityki Zachodu, Rosji i Ukrainy. Przy czym od tej ostatniej zależy najmniej.

Putin w ślepym zaułku

Akcja książki z gatunku historical fiction Marcina Wolskiego „Alterland” rozgrywa się w okupowanej przez Sowietów Warszawie w roku 2002. Wiele lat wcześniej, po katastrofie Tupolewa, w której zginęła cała radziecka wierchuszka, pierwszym sekretarzem KPZR został Jurij Andropow. Przybrał on wizerunek reformatora, otworzył radziecką gospodarkę na świat i zafascynował Zachód swoją politykę. Ale już w 1989 roku radzieckie czołgi jechały niemieckimi autostradami na podbój Europy.

Czy taki scenariusz realizuje właśnie Putin? Z Andropowem łączą go, jak wiemy, wspólne KGB-owskie korzenie. Po kryzysie krymskim rosyjski prezydent też nie udaje już Europejczyka. Putin byłby zdolny podtrzymywać pozory dobrych relacji z Zachodem, ten musiałby jednak spełnić warunki rosyjskiego przywódcy. Przede wszystkim – całkowite desinteressment wobec przestrzeni postsowieckiej, w szczególności Ukrainy. Po drugie, marginalizacja Polski i innych „wywrotowych” państw Europy Środkowej. Ale czy dąży do podboju Europy?

Władimir Żyrinowski, radykalne ramię Kremla, zaproponował ostatnio, by Putin ogłosił się najwyższym wodzem. Czyli krótko mówiąc, Fuehrerem. Czy jednak narodził się nowy Hitler? Mimo wszystko wydaje się, że Putin „myśli globalnie, działa lokalnie”. Jego celem jest kontrola państw WNP i tworzenie Unii Euroazjatyckiej jako przeciwwagi dla Zachodu. Ma to być Unia oparta o konserwatyzm, a nie „zgniłe” europejskie wartości. Dużo mówi się ostatnio także o tym, iż rosyjski prezydent wspiera europejską skrajną prawicę w rodzaju partii Marine Le Pen, a może też niektórych polskich polityków, by zmienić klimat w Europie na bardziej sobie przyjazny.

Kto najbardziej rozczarował

Jednak wciąż można mieć nadzieję, że zachował jeszcze tyle rozsądku, by nie stawiać sobie za cel hegemonii nad światem. Być może gdyby nie Majdan, nie byłoby żadnego kryzysu ukraińskiego. Nawet Krym nadal byłby ukraiński. Nie chodzi oczywiście o to, by krytykować Majdan. Putin jest po prostu jak niedźwiedź: gdy spotkamy go na szlaku, gdzie jest pełno turystów, będzie wiedział, że jest nie na swoim terytorium. I będzie potulny. Ale gdy wejdziemy na jego terytorium… Na terytorium Putina Zachód wszedł dwa razy. Pierwszy raz w czasie tak zwanej „pomarańczowej rewolucji” w 2004 roku. Po raz drugi nastąpiło to w tym roku.

Najgorsze jednak, że tym razem pogorszenie stosunków w relacjach Rosja – Zachód może okazać się trwałe. Kryzys ukraiński rozpalił w Rosjanach nacjonalistyczne odczucia. Putin, nawet jeśli tego głęboko pragnie (co zresztą wątpliwe), nie będzie mógł wrócić do pokojowej retoryki. Nie chce tego po prostu jego elektorat. Pozostaje się zgodzić z tym, co napisał na naszych łamach Andrzej De Lazari: najbardziej w tym konflikcie rozczarowali zwykli Rosjanie.

Zachód na drodze do Monachium?

Przed kryzysem ukraińskim na Zachodzie wyróżnić można było 4 typy poglądów w odniesieniu do Rosji. Pierwszy zakładał, że Rosja przechodzi szeroko pojętą transformację, a Putin to ktoś na kształt Piotra I, wielki modernizator. Rosja jawiła się jako wschodząca demokratyczna potęga, a łamanie praw człowieka w tym kraju uchodziło za zjawisko marginalne i nieistotne.

Drugi typ poglądów reprezentowali ludzie, którzy dostrzegali już słabości Rosji, ale uważali, że i tak nie mamy na nie wpływu. Tymczasem rynek rosyjski otwiera tak szerokie możliwości, że żal by było z nich nie korzystać w imię jakichś drugorzędnych „wartości”.

Trzecia grupa to obserwatorzy w pełni już świadomi prawdziwego charakteru Rosji. Także oni uważali jednak, że możliwości zmiany są niewielkie, tyle że kontakty należy ograniczyć do minimum.

I wreszcie czwarta grupa poglądów: Rosja to nowe „imperium zła”, nie można więc z nią robić żadnych interesów. To rzadkie na Zachodzie przekonanie reprezentował na przykład senator John McCain.

Po co ginąć za Budapeszt?

Obecnie przed krajami UE i NATO stoi zasadniczy dylemat: jak obronić światowy pokój i Ukrainę, nie zrywając kontaktów z Rosją tam, gdzie są one konieczne. Wiadomo, że Rosja najbardziej chciałaby wyjść z tego konfliktu z umową dzielącą strefy wpływów w Europie, doprowadziwszy do swego rodzaju „nowego Monachium”. Jednak także na Zachodzie nie brakuje rzeczników takiego rozwiązania. Postawa ta przejawia się myśleniem: po co narażać się dla tak dalekich i egzotycznych krajów jak Ukraina?

Katastrofa malezyjskiego samolotu nieco ten nurt myślenia przytłumiła, ale wciąż wydaje się, że najważniejsze jest zachowanie euroatlantyckiej solidarności w obliczu tego kryzysu i niedopuszczenie do nowego podziału Europy. Jesteśmy to winni ukraińskim (a także białoruskim czy azerskim) demokratom. Natomiast politykom takim jak premier Węgier Viktor Orban czy słowacki premier Robert Fico można powiedzieć: jeżeli dziś nie chcą panowie umierać za Kijów, skąd pewność, że jutro ktoś będzie chciał ginąć za Budapeszt czy Bratysławę?

Jednak solidarność euroatlantycka to jedno, a realne możliwości wpływu na Rosję to osobna kwestia. Zachodzi bowiem ryzyko, że wobec sankcji Putin będzie konsolidował społeczeństwo na zasadzie: „zobaczcie, jak ten zły Zachód nas skrzywdził”. Tym niemniej pozostaje nadzieja, że sankcje złamią tych, od których zależy trwałość reżimu – rosyjski wielki biznes. A bez petrodolarów los putinizmu byłby bardzo niepewny.

Co może Ukraina?

Ukraina i tak odniosła już spory sukces. Ograniczenie rebelii tylko do Zagłębia Donieckiego, niedopuszczenie do tego, by rozlała się na przykład na Charków i Odessę, należy rozpatrywać w tych właśnie kategoriach. Okazało się, że także mieszkańcy wschodnich obwodów kraju są już w dużym stopniu świadomymi obywatelami.

Jednak dalszy los konfliktu nie do końca zależy od Kijowa. Nie jest bowiem tajemnicą całkowite podporządkowanie separatystów Moskwie. Dlatego to, co może zrobić Ukraina, to starać się nie dopuścić do porozumienia Zachodu z Rosją, które de facto oddałoby Kijów w rosyjską strefę wpływów. Ważne jest także znalezienie takiego modus vivendi, które umożliwi zwiększenie uprawnień regionów bez niebezpiecznej dla jedności kraju federalizacji.

Rząd Arsenija Jaceniuka musi się liczyć jednak także z problemami wewnętrznymi. Skończyła się właśnie postmajdanowa jedność. Społeczeństwo jest coraz bardziej zmęczone przedłużającym się kryzysem – tak politycznym, jak gospodarczym. A przecież konieczne będą bolesne reformy. Ukraińscy politycy muszą dojrzeć i stać się mężami stanu. Czy są do tego zdolni? Historia nie takie cuda już widziała. Patriotyczne nastroje wywołane Majdanem i wojną będą w gruncie rzeczy ich sprzymierzeńcem.

Wnioski

Rozpoczęte w niedzielę rozmowy w Berlinie po raz kolejny pozwalają mieć nadzieję, że wyjście z kryzysu jest możliwe. Pytanie jednak, czy chcą tego Rosja i separatyści. Słynny już rosyjski konwój prawdopodobnie miał odwrócić uwagę od dostawy ciężkiego uzbrojenia dla rebeliantów. Jednak przedłużająca się wojna nie leży również w interesie rosyjskiego prezydenta. Potrzebuje on albo kolejnego spektakularnego sukcesu, czyli przyłączenia Zagłębia Donieckiego do Rosji, albo rozwiązania pozwalającego mu wykreować wizerunek „człowieka, który dał Ukrainie pokój”. Dobiegające z Berlina komunikaty o „konstruktywnej atmosferze” należy traktować z dystansem. Nawet jeżeli zostanie zawarte porozumienie, nie ma gwarancji, że nie podzieli ono losu tego z Genewy.

Obawy o wybuch III wojny światowej wydają się mocno przesadzone, chroń nas jednak, Boże, przed nową Jałtą. Towarzysz Lenin jest autorem określenia „pożyteczni idioci”. Niektórzy europejscy politycy idealnie do niego pasują. Fakt, iż Putin nie lubi środowisk LGBT, nie czyni z niego większego męża stanu niż Angela Merkel… Orban czy Marine Le Pen powinni to zrozumieć.

*Łukasz Kołtuniak – aplikant radcowski, doktorant na Wydziale Prawa UJ, pisze pracę na temat Jerzego Turowicza i środowiska Tygodnika Powszechnego, interesuje się problematyką Europy Środkowo-Wschodniej i Bałkanów oraz filozofią polityki