Newsletter

Co gra w duszy rosyjskiej?

Andrzej de Lazari, 17.08.2014
Wielonarodowi mieszkańcy Rosji w popieraniu występów swego prezydenta podczas aneksji Krymu i konfliktu na Ukrainie stają się nieomal „jednomyślnym narodem”

Wielonarodowi mieszkańcy Rosji w popieraniu występów swego prezydenta podczas aneksji Krymu i konfliktu na Ukrainie stają się nieomal „jednomyślnym narodem”

CC BY-SA 2.0.

Jeszcze w styczniu po takim pytaniu poprosiłbym o doprecyzowanie, o czyją „duszę” chodzi. Rosjanie są społeczeństwem wielonarodowym i z założenia co innego „gra w duszy” narodów Syberii (podobno 17 sierpnia w Nowosybirsku odbędzie się marsz pod hasłem „Koniec z karmieniem Moskwy! Chcemy federalizacji Syberii”; tłumów jednak nie będzie, aresztują kilka osób i „marsz” się zakończy), co innego na Kaukazie i co innego u Wielkorusów.

Wychodząc z takiego założenia, przez lata, w ślad za Aleksandrem Sołżenicynem, tłumaczyłem również, że nie należy utożsamiać rosyjskości z sowieckością, że zbrodniarzami sowieckimi byli ludzie różnej narodowości (np. Stalin z Berią byli Gruzinami, a bezpiekę bolszewicką stworzył przecież Polak, Feliks Dzierżyński), którzy w imię idei komunistycznej swe pochodzenie narodowe wyrzucili na śmietnik.

Teraz się pogubiłem, gdyż z badań Centrum Lewady wynika, że wielonarodowi mieszkańcy Rosji w popieraniu występów swego prezydenta podczas aneksji Krymu i konfliktu na południowo-wschodniej Ukrainie stają się nieomal „jednomyślnym narodem”.Wspiera go 86% Rosjan (dane z lipca). Tylko raz w piętnastoletniej historii swych rządów miał lepszy wynik – 88%. Było to we wrześniu 2008 roku podczas wojny z Gruzją.

Gdy Rosjanie zrzucili z siebie jarzmo komunizmu, wydawało się, że podążą wreszcie drogą okcydentalistyczną i zbudują u siebie społeczeństwo obywatelskie. Jelcyn tę szansę zaprzepaścił. Zamiast budowania demokracji i państwa prawa, sklecił „diermokrację” (gównokrację, jak mówią Rosjanie) – skorumpowany system oligarchiczny – i doprowadził kraj do bankructwa.

Nadzieja na lepszą rzeczywistość pojawiła się wraz z Putinem i jego hasłem wyborczym z 2000 roku – „dyktatura prawa”. Kto dziś to hasło pamięta? Zrealizował tylko połowę – autorytaryzm zatriumfował, lecz korupcja panoszy się po dawnemu i wciąż panuje powszechny brak świadomości prawnej.

Faktem jednak jest, że podczas rządów Putina państwo jako instytucja stanęło na nogi a poziom życia mieszkańców Rosji wzrósł siedmiokrotnie. Dlatego poparcie społeczne w ciągu piętnastu lat jego rządów zawsze przekraczało 60%, mimo powszechnego w Rosji braku szacunku dla władzy w ogóle. Zdaniem Lwa Gudkowa, szefa Centrum Lewady, Rosjanie postrzegają władzę jako „egoistyczną, skorumpowaną, złodziejską, mafijną, nie szanującą ludzi, nie liczącą się z prawem, niekompetentną” i jednocześnie 85% respondentów twierdzi, że nie jest w stanie w jakikolwiek sposób wpłynąć na zmianę tej sytuacji. Nieważne więc, czy władza jest skorumpowana, czy nie – ważne, że żyje się lepiej.

Niemniej, do stycznia b.r. można było zaobserwować tendencję spadkową poparcia dla wszystkich elementów władzy w Rosji. W styczniu działalność Dumy (parlamentu) akceptowało tylko 36% respondentów (nie akceptowało 63%), rządu – 43% (nie – 56%), premiera Miedwiediewa – 48% (nie – 51%), Putina – 65% (nie – 34%).

Tendencję tę odwrócił konflikt ukraiński. W końcu stycznia rozpoczęła się w Rosji niewiarygodna antyukraińskakampania propagandowa pod hasłami: „biją naszych” i „obrona przed faszyzmem”. „Telewizję ogląda 94% ludzi – mówi Lew Gudkow. – Otrzymują informację w formie obrazka, który ich przekonuje. Daruję sobie komentarz, jak jest ów obrazek zbudowany – jasne, że to montaż, z silnym efektem sugestii, dezinformacji; ważne, co pokazują oraz że brak jest alternatywy, innej wersji, innego wyjaśnienia”.

W pełni świadomie więc manipuluje się społeczeństwem, które nie ma pojęcia, co dzieje się naprawdę. Ograniczono wszystkie alternatywne źródła informacji. Stąd wyniki: w lipcu poparcie dla Dumy wzrosło do 53%, dla rządu – do 60%, dla Miedwiediewa – do 65% i dla Putina – do 86%. Ludzie uwierzyli w ukraińskie „faszystowskie zagrożenie”. Sceny z Ukrainy pokazywane w telewizji mroziły krew w żyłach. Zapomniano o własnych faszystach, o Aleksandrze Barkaszowie i jego bojówkach, o faszyzującym Eduardzie Limonowie, Aleksandrze Duginie, o Dmitriju Rogozinie i Jewgieniju Fiodorowie, zdaniem których wredne siły Zachodu przeprowadziły w Rosji w 1991 r. „drugą liberalno-demokratyczną rewolucję” (pierwszą w 1917-tym) i władza w Rosji w latach 90. przeszła jakoby w obce, nierosyjskie ręce. Gdyby policzyć, faszyzujących, szowinistycznych polityków nazbierałoby się w Rosji dużo więcej niż na Ukrainie.

Propaganda telewizyjna odmroziła w świadomości Rosjan imperialnego homo sovieticusa. W końcu czerwca Centrum Lewady zapytało: „Czy Rosja ma prawo przyłączyć do siebie terytoria byłych republik ZSRR na podstawie oświadczenia, że mieszkający tam Rosjanie mogą doznawać lub doznają prześladowań lub ograniczenia swoich praw?”. Na to pytanie 82% mieszkańców FR odpowiedziało pozytywnie, a jedynie 6% negatywnie!

W Rosji rośnie niechęć do USA i całego Zachodu, coraz bardziej staje się popularna propagowana przez Putina idea nacjonalistycznej „konserwatywnej rewolucji”, a w ślad za nią hasło „Nie jesteśmy Europą!” (lub w bardziej dosadnej wersji: „Nie jesteśmy Gejropą!”). Putin te nacjonalistyczne nastroje rozbudza i podtrzymuje. Ma usta pełne frazesów o hołubionych w Rosji tradycyjnych wartościach, które na Zachodzie są jakoby coraz częściej negowane.

Rosjanie są przekonani, że w konflikcie ukraińskim racja prawna i moralna jest po stronie Putina, gdyż stara się on nie dopuścić do rozszerzenia NATO, broni geopolitycznych i ekonomicznych interesów Rosji, bazy rosyjskiej floty w Sewastopolu, a także ludności rosyjskiej na południowym wschodzie Ukrainy. Szans na zmianę ich stanowiska tymczasem nie ma żadnych. Zachodnie sankcje nie dotyczą mas, a jedynie wąskiego kręgu elit. Sytuacja może diametralnie się zmienić dopiero wówczas, gdy wojska rosyjskie wkroczą na Ukrainę a telewizja zacznie pokazywać przewożone do Rosji trumny z zabitymi żołnierzami.

Już nie będę bronił Rosjan przed utożsamianiem ich z Sowietami. Sami sobie tworzą rzeczywistość, w której żyją. Nie ma co zwalać winy na „obcych”.

*prof. dr hab. Andrzej de Lazari – kieruje na Uniwersytecie Łódzkim Katedrą Europy Środkowej i Wschodniej oraz Interdyscyplinarnym Zespołem Badań Sowietologicznych