Newsletter

RECENZJA: O dziewczynach z powstania

Łukasz Maślanka, 31.07.2014
W debacie o powstaniu brakuje świeżego spojrzenia na los kobiet

W debacie o powstaniu brakuje świeżego spojrzenia na los kobiet

fot. Wydawnictwo Znak

(…)

Gdy mowa o powstaniu warszawskim, dużo opowiada się o bohaterstwie żołnierzy Armii Krajowej, walczących na przełomie lata i jesieni 1944 r. z niemieckim okupantem w polskiej stolicy. Załamuje się ręce nad losem zamordowanych w masowych egzekucjach cywili. (…)

Brakuje jednak świeżego spojrzenia na los kobiet rzuconych w tę wojenną zawieruchę. Można odnieść wrażenie, że na ogół opowieść o sytuacji kobiet w stolicy Polski w sierpniu 1944 r. to historia, którą można porównać do protekcjonalnego głaskania po głowie. To narracja, w której kobiety przedstawiane są jako bohaterki drugiego planu. Jako oddane sanitariuszki, łączniczki i wreszcie jako zaszczute przez żołnierzy wroga i szalenie wystraszone postępującą ruiną miasta, ale ciągle dzielne matki, stęsknione żony i opiekunki bliskich, z którymi się ukrywały. W końcu wojna to męska rzecz, a kobiecą dolą na wojnie jest czekać i sobie radzić.

Ciekawą próbę wprowadzenia do debaty o powstaniu nowych, świeżych opinii podjęła Anna Herbich w książce „Dziewczyny z powstania”. Autorka, prywatnie wnuczka jednej z kobiet opowiadających w tym tomie swoją historię, oprócz narracji babci zawarła w książce opowieści dziesięciu innych kobiet. Żołnierzy, sanitariuszek, lekarek, ale też przerażonych wojną i stanem swoich nowo narodzonych dzieci matek, bojących się o walczących mężów…

(…)

Powstanie widziane oczami bohaterek książki Anny Herbich pokazane jest bez złudzeń czy niepotrzebnej martyrologii. Starsze dziś panie wracają wspomnieniami do tamtego czasu, opowiadając o zwykłym, nagim życiu i śmierci, kroczącej po Warszawie coraz pewniejszym krokiem.

W ich wspomnieniach jest wszystko. Miłość, powstańcze śluby i zaloty młodych żołnierzy. Pewna specyficzna radość, że kobiety w powstańczej Warszawie na ogół przez stres traciły okres, co ułatwiało im życie w zrujnowanym mieście. To opowieść o bohaterstwie, patriotyzmie i oddaniu dla kraju. Jest mowa o chęci zemsty na brutalnych, terroryzujących Warszawę Niemcach.

„Czy się bałam? Oczywiście, że nie. Nikt z nas się nie bał. Czekaliśmy na powstanie z niecierpliwością. Odczuwaliśmy raczej podekscytowanie niż strach. Szykowano nas przez kilka lat do walki i ta walka teraz miała nastąpić” – mówi Teresa Łatyńska, jedna z bohaterek.

W tej narracji jest też miejsce na dramat ucieczki z Warszawy przez cuchnące kanały odpadowe. Mowa jest o masowych mordach dokonywanych przez Niemców na ludności cywilnej. O chwilach, kiedy ma się przystawioną lufę pistoletu z tyłu głowy. Sekundy oraz łut szczęścia czy momenty przyzwoitości oprawcy ratują przed śmiercią. (…) W relacji jednej z bohaterek książki są też i takie wzmianki, jak okradano uciekającą z Warszawy na wieś ludność cywilną.

„Dziewczyny z powstania” to książka trudna, wręcz wymagająca. Czytelnika czeka bowiem wyprawa przez piekło Warszawy. Nie czas i miejsce, by przytaczać tu opisy masowych zbrodni, o których wspominają bohaterki. To relacje zbyt drastyczne, ale warto mieć świadomość, że w tym tomie Anna Herbich postanowiła dać swoim rozmówczyniom prawo do szczerej, momentami wręcz brutalnie szczerej i pozbawionej lukru opowieści o narodowej traumie.

Paradoksalnie jednak, mimo to jest w tej książce ogromna moc. Bo tak jak Warszawę podniesiono z gruzów, tak i bohaterki Anny Herbich przeżyły i po wojnie próbowały wieść normalne życie. Kochały, miały dzieci, rozwodziły się i wchodziły w nowe związki. Pracowały na rzecz odbudowującej się Polski, a wcześniej przeżywały dramaty prześladowań żołnierzy Armii Krajowej z rak oprawców z UB.

(…)

Wśród kobiet, które opowiadają Annie Herbich o swoim powstaniu, nie ma zgody co do tego, czy podjęcie walki z Niemcami w Warszawie było słuszne. Irena Herbich przekonuje: „Mój mąż Janek od początku mówił, że to nie ma sensu. Poszedł do walki z obowiązku. Gdyby powstanie nie wybuchło, Warszawa nie zostałaby tak zniszczona i nie zginęłoby tylu ludzi. Straty nasze w tej bitwie były przecież niewyobrażalne – dwieście tysięcy zamordowanych i poległych. Tylu znajomych, tylu bliskich”.

Inna bohaterka „Dziewczyn z powstania”, Janina Różecka, mówi: „Czy było warto? Mimo tego wszystkiego, co się stało, odpowiadam bez wahania – tak. Było warto. Dlaczego? Aby to zrozumieć, wystarczy rozejrzeć się wokół siebie”.

Wydaje się, że powstanie warszawskie do pewnego stopnia powinno być wydarzeniem, które tylko łączy. Bo można i trzeba rozprawiać, czy decyzja o jego wywołaniu miała jakikolwiek sens. (…) Trzeba rozmawiać z dużą dawką krytycyzmu, czy posyłanie do walki oddziałów złożonych z chłopców ledwo po dwudziestych urodzinach i wyposażonych w jeden pistolet na kilka nabojów było aktem heroizmu, czy raczej dowodem skrajnej głupoty tych, którzy dowodzili. Być może trzeba się też pogodzić z tym, że powstanie wybuchłoby tak czy owak, bo młodzież Warszawy zbyt mocno nienawidziła okupanta. I chciała wykorzystać moment, gdy Niemcom poważnie zajrzy w oczy widmo ucieczki przez wojskami Stalina.

Pewne jest też, że wysiłek powstańczych żołnierzy i ofiara cywilów Warszawy powinien być okryty najwyższym szacunkiem i traktowany jako dobro wspólne, a nie jako dobro jednej z partii politycznych oraz wspierających ją środowisk. Bo dziś mamy komfort prowadzenia nawet bardzo gorącego politycznego sporu, porównywalnego jakością z rąbaniem oponenta młotkiem po głowie. Ale na ten komfort ktoś kiedyś zapracował i kilkaset tysięcy ludzi położyło za niego głowę.

Tego właśnie uczy książka „Dziewczyny z powstania”, którą można polecić jako lekarstwo na coroczny jazgot tych, którzy w swoim rzekomym patriotyzmie gotowi są wyrzucić ze wspólnoty wszystkich mających inne niż oni zdanie. I którzy zapomnieli, że żałoba to czas zadumy i ciszy, a nie gwizdów na cmentarzu.

Anna Herbich, „Dziewczyny z powstania”, Znak, Kraków 2014.

*Łukasz Maślanka – specjalista ds. PR i komunikacji, doradca ds. nowych mediów, bloger

Tekst – skrócony i zredagowany – publikujemy za zgodą autora. Pierwotnie recenzja ukazała się na blogu.