Newsletter

Nie założę opaski

Tomasz Mincer, 01.08.2014
Paradowanie z opaską to kiepski sposób na uczczenie bohaterów

Powstanie warszawskie to dla mnie wielki czyn tysięcy bohaterów. Ogromne poświęcenie polskich żołnierzy i cywilów. I wielka klęska garstki jego dowódców.

1 sierpnia to również czas zadumy. Myślę wtedy nie tylko o stołecznych powstańcach, ale w ogóle o polskich żołnierzach, którzy ginęli na różnych frontach II wojny światowej. Tak, ta data ma pewną magię i trudno z tym polemizować.

Myślę też o tych, którzy – jeśli przeżyli – nie mogli wrócić do kraju. Bo byliby prześladowani przez „ludową władzę” z importu. Myślę o tych, którzy przyjechali z podwileńskich lasów w bydlęcych wagonach i całe życie starali się nie wychylać, żeby ich UB nie wzięło na przesłuchanie. I żeby ich nie wysłali z powrotem na Litwę, ale tym razem sowiecką. Albo i dalej.

Myślę o pewnym cmentarzu wojennym w Normandii i angielskich cmentarzach już po wojnie, gdzie spoczęli ludzie, o których słyszałem w rodzinnych opowieściach.

I to całe dumanie skłania mnie raczej nie do radosnej celebracji kolejnej rocznicy powstania. A może nie tyle radosnej, co zanadto ekspresyjnej. Do obnoszenia się z powstańczym kultem. Do namawiania, podpytywania znajomych: a co ty robisz w godzinę „W”?

Wiem, że nigdy nie założę opaski powstańczej, przynajmniej w czasie pokoju. I nigdy nie będę paradował w mundurach jako członek grupy rekonstrukcyjnej.

Dlaczego? Z szacunku dla prawdziwych żołnierzy. I dla tych, którzy zginęli. Dla tych, którzy walczyli, i dla tych, którzy starali się przeżyć. I wreszcie dla tych, którzy pozostali na emigracji i nigdy nie mogli wrócić do Polski, do swoich rodzin. Ale wszyscy oni w czasie wojny zdali egzamin. Choć być może w niektórych przypadkach ten egzamin nie miał najmniejszego sensu: ani militarnego, ani politycznego, ani symbolicznego.

Do ludzi, którzy fetyszyzują powstanie, a już tym bardziej do tych, którzy wykorzystują je politycznie jako pożywkę ideologiczną, zarówno z lewa, jak i z prawa, nie dołączę z jeszcze jednego powodu. Bo stworzyli opowieść „jak fajnie być powstańcem”. No dobrze, ale – spyta ktoś – co w tym złego?

Rozmawiałem kiedyś z żołnierzem AK. Żalił się, bo pewnego letniego dnia w metrze zobaczył grupę ludzi w mundurach i z ekwipunkiem paintballowym. Bardzo zirytował go ten widok. On wiedział, jak pachnie proch. Stracił wielu kolegów i koleżankę z oddziału. Zabawy z bronią czy też imitacją broni traktował jako niedojrzałość, głupotę, młodzieńczą fantazję. Wojna to zbyt poważna sprawa, by się w nią bawić, kiedy się wyrasta z wieku młodzieńczego. Zwłaszcza, kiedy masz wykonać wyrok. A mój rozmówca wyroki wykonywał.

Odbieranie życia, choćby „tylko” w obronie własnej, to nic fajnego. To moralnie złożona kwestia. Na tyle złożona, by zastanowić się dwa razy, zanim się ją zacznie popularyzować za pomocą komiksu, gry planszowej czy klocków. I zanim uczyni się ją elementem pewnej mody. A temu szkodliwemu zjawisku sprzyjają działania propowstańczych ideologów.

Paradowanie z opaską to nie jest sposób na uczczenie bohaterów czasu wojny. Potrzebujemy autorytetów, to całkowicie zrozumiałe. Uczucia młodych ludzi, których pociągają wojenne opowieści, są dla mnie jasne. Też przez to przechodziłem. Ale nie prześlizgujmy się po powierzchni wojennych wspomnień.

Poświęcenie życia 200 tys. mieszkańców stolicy, walka zbrojna w mieście bez amunicji i dostatecznej ilości broni – tego się w kategoriach rozumu nie da usprawiedliwić. Da się pojąć, ale uczuciem, uczuciem sprzeciwu wobec okupanta, jego terroru, codziennej poniewierki, odzierania z godności.

Stąd szanuję wszystkich warszawskich powstańców, ale na zimno oceniam ich dowódców. Tym się ponoć różniliśmy od sowieckich Rosjan, że dla nas życie pojedynczego człowieka, w tym cywila, miało wartość. Co nie oznacza, że nie stać nas było na poświęcenie!

I pamiętajmy o patriotyzmie czasu pokoju. Zwróćmy chociażby uwagę na to, jak po wojnie żyli ci, którzy ocaleli. W jaki sposób w PRL starali się urzeczywistniać ideały zaszczepione w nich w młodości, czyli w przedwojennej Polsce. Wielu to się z pewnością udało: pracowali, zakładali rodziny, tworzyli, odbudowywali kraj na miarę możliwości. Ich „cywilny” wysiłek również zasługuje na nasz szacunek. Może nawet na muzeum.