Newsletter

Wspomnienia „Telimeny”

Cecylia Czajkowska, 01.08.2014
Później już się nie bałam. Byłam obojętna. Jak kazali iść, to szłam

Później już się nie bałam. Byłam obojętna. Jak kazali iść, to szłam – z Cecylią Czajkowską, uczestniczką Powstania Warszawskiego, rozmawia Aneta Chałońska.

fot. A. Chałońska

Aneta Chałońska: Kiedy wybuchło powstanie miała pani około 20 lat?

Cecylia Czajkowska: Tak. Ale już przed powstaniem należałam do harcerzy. Wyglądałam na mniej lat niż faktycznie miałam.

Dostawałam różne zadania. Kiedyś musiałam iść na ulicę Żurawią, gdzie wręczano mi paczkę, którą chowałam w torbie na suwak. Jechałam na Żoliborz, więc trzeba było przejechać tramwajem przez getto, a tam nieraz wsiadał Niemiec. Zawsze mi mówili, że jakby Niemiec chciał mnie skontrolować, miałam na wiadukcie tę paczkę wyrzucać. Na szczęście nigdy żaden nie wsiadł.

Od razu pani wiedziała, że włączy się do powstania?

Byłam tego pewna. Zawsze taka byłam, wszędzie się „wkręcałam”. Wcześniej skończyłam Przysposobienie Wojskowe Kobiet do Obrony Kraju, zrobiłam kurs pielęgniarski, więc mogłam pomagać podczas powstania.

Pamięta pani, gdzie była 1 sierpnia, kiedy wybuchło?

Podczas powstania miałam się znajdować w Śródmieściu, gdzie wówczas mieszkałam. Moim „punktem” był Plac Trzech Krzyży, ale jak wybuchły walki, dokładnie o 17.00, to akurat byłam w pracy przy ul. Fabrycznej. A pracowałam w zakładzie naprawy samochodów, które przyjeżdżały z Niemiec. Mechanikami byli sami Polacy, ja zaś pisałam na maszynie. Długi czas pamiętałam, jak nazywały się po niemiecku wszystkie części samochodowe.

Gdy wybuchło powstanie zamknięto wszystkie dzielnice i odcięto mnie od rodziców. Zostałam więc na Czerniakowie. Wszędzie stały placówki, bo Niemcy szybko zajęli teren. Mama już za mnie mszę zamówiła, bo ktoś jej powiedział, że wszystkich zastrzelili.

A pani była cała i zdrowa.

Przez pierwsze dni powstania ze strachu bardzo mi się trzęsły ręce. Dwa razy byłam ranna. Pierwszy raz 10 sierpnia, jak szłam z kolegą z pracy. On z prawej strony, ja z lewej. I wtedy strzelili. Upadł. Dostałam w głowę i w rękę, ale pobiegłam na pobliską klatkę schodową poprosić o pomoc. Jeden z mieszkańców, starszy człowiek, który mieszkał na parterze, zamknął przede mną drzwi i schował się do piwnicy. Na szczęście koleżanki pielęgniarki widziały wszystko przez okno i przyszły mi z pomocą. Pod nimi mieszkał pluton Słowaków, którzy zaprowadzili mnie do szpitala przy ul. Czerniakowskiej.

Ulicą nie można było iść, tylko przez domy, bo w ich ścianach były powybijane dziury. Jeden Słowak wchodził pierwszy, ciągnął mnie za rękę, a drugi mnie z tyłu popychał. Tak doszliśmy do szpitala. Kiedy wróciliśmy do tego domu, Słowacy kazali mi iść do piwnicy na wypadek, gdyby Niemcy znów zaczęli nas ostrzeliwać. Cały czas bolała mnie ręka, więc w tej piwnicy uwiązano mi ją na sznurku gwoździem do ściany, żeby było mi lepiej. I faktycznie, jak rękę trzymałam w górze, to nie bolało. Potem usłyszałam straszne strzały. Niemcy zaczęli atakować dom, ale chłopaki mieli sporo broni i odparli atak. Bałam się i w dodatku nie mogłam odwiązać ręki. Potem im powiedziałam: „Mieliście mnie odwiązać”. A oni na to: „Myśmy musieli strzelać”.

A ten drugi raz?

Zostałam ranna w piwnicy 15 sierpnia. Panował wtedy straszny bałagan, plutony się mieszały, byliśmy wszędzie okrążeni. Schowałam się w piwnicy z zastępcą dowódcy, inżynierem Marianem Staroniem, „Ludwikiem”. I zamiast usiąść gdzieś z boku okienka, usiadłam na wprost. Wprawdzie we mnie nie trafili, kula odbiła się od ściany i dostałam w głowę i plecy. Ale przeżyłam. Na początku mówiłam, że wolę, żeby mnie zabili pierwszego dnia. Później już tak nie mówiłam. Później chciałam żyć.

Około 20 sierpnia Niemcy powiesili naszego księdza i kazali na to patrzeć. Byli straszni, ale jeszcze gorsi byli Ukraińcy. Przecież oni mogli się z nami jakoś porozumieć. Inaczej postąpili Węgrzy, których sprowadzili Niemcy w 1939 r. Węgrzy powiedzieli, że oni na pewno na Warszawę nie pójdą, że mogą ich wszystkich powystrzelać. I faktycznie, gdzieś ich wywieźli.

Bała się pani?

Na początku tak. Codziennie rano mieliśmy odprawy. Stałam na końcu. Jeden chłopak powiedział, że zaraz przyjdą Rosjanie i nam pomogą. Inny wtedy podszedł i uderzył go w twarz. Znieważyło go to, że on liczy na innych, a nie na Polaków.

Później już się nie bałam. Byłam obojętna. Jak kazali iść, to szłam.

A jak wyglądały walki?

Niemcy najbardziej nas wykończyli czołgami bezzałogowymi. Czołgi jechały specjalnie w skupiska powstańców i strzelały. Było jeszcze działo kolejowe, z którego strzelali do nas z dworca. Bardzo długie. Jak zobaczyliśmy jeden niewypał, okazało się, że miał 1,5 metra długości.

Mieliście broń?

Broń krótką miał dowódca i zastępca, a oprócz tego na stanie były cztery karabiny na cały pluton. Powstańcy przejmowali broń od tych, którzy zostali zabici. Największym problemem był brak amunicji.

Powstańcy najczęściej mieli pseudonimy. Pani też jakiś dostała?

„Telimena”. To jeszcze z czasów szkoły. Dyrektorka mojej szkoły uważała, że jestem taka delikatna, nic nie robię. A u mnie w domu był parkiet, więc wiedziałam, że jeśli się go czymś zabrudzi, to trzeba wyczyścić wiórkami. Kiedy zatem Niemcy nas wypędzili do pałacyku przy Śniadeckich, pomyślałam, żeby kupić wiórki i wyczyścić ładnie podłogę. Żeby zrobić niespodziankę pani dyrektor. Kiedy weszła i to zobaczyła, powiedziała: „I nasza Telimena też się za robotę wzięła”. I tak już zostało.

Zdarzały się pani chwile zawahania, chęć ucieczki?

Nie.

A co było najgorsze?

To, że nie było ze mną rodziców. Ale z drugiej strony, gdybym ich miała, stale bym się pewnie zastanawiała, gdzie ich przenieść. Albo czy nic im się nie stało.

Podczas powstania zginął mój narzeczony z całą rodziną. Mieli sklep przy ulicy Marszałkowskiej. Zostali rozstrzelani w mieszkaniu już 3 sierpnia. Potem Niemcy ich w tym mieszkaniu spalili. Poznałam później mojego Kazika po wielkim szkielecie, bo on był wysoki i dobrze zbudowany. Mieliśmy się pobrać pod koniec sierpnia.

Najbardziej pamiętny dzień powstania?

Któregoś dnia, kiedy szłam do sztabu, rozpoczął się nalot. Weszłam do garażu tyłem. Gdy samoloty odleciały, zobaczyłam przerażający widok. Wszędzie leżeli mężczyźni, rozebrani, przewiązani bandażami, poukładani jeden na drugim. Powstańcy zbierali ciała i wieczorami kopali groby. Nigdy tego nie zapomnę.

A chwile radosne, jeśli w ogóle takie bywały?

Wieczorami, kiedy chłopaki opowiadali kawały. Wśród nas było wielu starszych chłopców, którzy wiedzieli, co to jest wojna. Jak ci młodzi się gdzieś wyrywali, starsi mówili: „Ty się nie pchaj, bo nie dożyjesz”.

O 18:00 nie można było już wychodzić. Jak się nie znało hasła, to nawet Polak mógł zastrzelić. Jednak zastępca mojego dowódcy wiedział, że zawsze śpiewałam z chłopakami i nigdy nie musiał podawać mi hasła.

Co było później?

Jeszcze w sierpniu Niemcy wypędzili nas do Pruszkowa, a następnie pociągami wywieźli do Niemiec. W czasie marszu do Pruszkowa inżynier Staroń uratował mi życie, bo Niemcy powstańców z tego marszu wyłapywali. Staroń wiedział, że ja jestem pielęgniarką, załatwił mi fartuch i torbę, miałam iść z chorym jako sanitariuszka. Później kazał mi uciekać. Wiedział, że miałam rodzinę w Rawie Mazowieckiej, czyli jakieś 80 km od Pruszkowa.

Proszę o tym opowiedzieć.

Szłam dwa dni. Najpierw kawałek konno podwiózł mnie gospodarz. Chciał, żebym została na noc z jego rodziną, ale wolałam iść dalej. Później na ramie roweru podwiózł mnie ktoś inny, a następnie znajomy zabrał mnie bryczką do samej Rawy Mazowieckiej. Jak z tej bryczki wyszłam na podwórko, moja mama zaczęła krzyczeć, bo powiedziano jej, że w Warszawie wszystkich zabili. Żyłam, ale wyglądałam źle, miałam straszne wszy. Nie dało rady zabijać ich palcem, tylko trzeba było całą ręką.

Okazało się, że w Rawie Mazowieckiej była żona inż. Staronia. On jej jeszcze przed wojną opowiadał, że mam rodzinę w Rawie i jak tylko ją Niemcy wypuścili, razem z synkiem tam przyjechała. Gdy się spotkałyśmy, powiedziała mi: „Wiedziałam, że mój mąż będzie robił wszystko, żeby Pani przeżyła, a jak oboje przeżyjecie, dotrzecie właśnie tu, do Rawy”. Faktycznie, trzy dni później przyjechał też inż. Staroń.

Co było potem?

Załatwił mi pracę kelnerki w restauracji. Pracowałam z trzema dziewczynami, wszystkie byłyśmy z powstania. Pewnego dnia do knajpy przyszli Niemcy. Trochę się bałyśmy, że coś nie będzie im się podobać. Trochę popili i zaczęli się awanturować. Koleżanka powiedziała mi, żebym poszła na komendę, gdzie byli Niemcy, to może coś z nimi zrobią. Bałam się, ale poszłam. Przekazałam im wszystko trochę po niemiecku, trochę po polsku. Od razu się poderwali, poszli do tej knajpy i zabrali pijanych. Nie chcieli, żeby ktokolwiek widział Niemców w takim stanie.

Nie żałowała pani udziału w powstaniu?

Nie, nigdy. Ale jak mi się nieraz śni powstanie, zawsze budzę się mokra od potu. Tylu ludzi zginęło, nie wiadomo dlaczego. Starsi mieszkańcy Warszawy wściekali się na młodych, ale młodzi mieli zapał. Może mniej osób by zginęło, gdybyśmy nie byli tacy odważni.

*Cecylia Czajkowska – z domu Podgórska, rocznik 1922, w czasie powstania w zgrupowaniu „Kryska” utworzonym na Czerniakowie, mieszka na warszawskim Muranowie