Newsletter

Inflacja szczęścia

Katarzyna Kajdanek, 30.07.2014
Podmiejska suburbanizacja to przestrzenny nowotwór, a nie siedlisko na Mazurach

Podmiejska suburbanizacja to przestrzenny nowotwór, a nie siedlisko na Mazurach

Free Art License. Autor: Adam Colvin

Uwaga, dobra wiadomość: Polacy się bogacą! Coraz więcej z nich stać na poprawianie jakości swego życia, więc przenoszą się pod miasto. I choć wiążą się z tym pewne problemy, z tej inflacji szczęścia należy się cieszyć.

Taki wniosek nasuwa się po lekturze tekstu Joanny Ćwiek „Zamożni przenoszą się na prowincję”, opublikowanego w 28 lipca w „Rzeczpospolitej”. Artykuł nie przeszedł bez echa – jego główna teza została podchwycona i rozwinięta w tej części emitowanego w radiu TokFM magazynu EKG, w której znani ekonomiści dzielą się dobrymi, ich zdaniem, zjawiskami w polskiej gospodarce.

Tyle że akurat z tej inflacji nie można się cieszyć. To, jak sprawę potraktowano w artykule i w audycji radiowej, jest tym bardziej nieoczekiwane, że przecież tak wiele w ostatnich miesiącach mówiło się o potrzebie zapobiegania rozlewaniu się miast, tworzenia środowisk miejskich oferujących wysoką jakość życia wszystkim grupom mieszkańców, wspierania rozwoju miast włączających, a nie wyłączających, itp.

A tu wraz z tekstem w „Rzeczpospolitej” i dziwną reakcją nań ekspertów w radiu powróciła wizja, przeciw której występuje chociażby Porozumienie Ruchów Miejskich – wizja środowiska zurbanizowanego w postaci podmiejskich sielankowych enklaw dla bogatych i śródmiejskich gett dla biedoty. Co gorsza, mogłoby się wydawać, że należy przyjąć tę zmianę do wiadomości i się z nią pogodzić. Bo jest i prawdziwa, i dobra, i raczej nieunikniona.
Czy rzeczywiście?

„Im bogatsi, tym dalej od miasta”

W artykule można przeczytać opinię Katarzyny Korpolewskiej, że „ludzie uciekają z miasta na wieś, bo szukają spokoju i chcą poprawić swój komfort życia. Szczególnie chętnie robią to ci, których sytuacja finansowa jest najlepsza. Im więcej pracują i lepiej zarabiają, tym bardziej potrzebują uciec od zgiełku miasta.”

Rzeczywiście, część osób przenoszących się do osiedli podmiejskich pasuje do tego profilu. Jednak bardzo wielu nowych osadników, pomimo tego, że dość dużo zarabiają i dużo pracują, chciałoby mieszkać w mieście. Ale nie mogą. Dlaczego? Dlatego, że na określonym etapie rozwoju życia rodzinnego, mając małe dzieci, trudno znaleźć w mieście odpowiednio duże mieszkanie, z windą, piwnicą, wygodnym miejscem do parkowania, dostępem do zieleni we w miarę cichej i bezpiecznej okolicy. A jeśli już takie mieszkania są, to bardzo drogie. Stać na nie jedynie niewielką część tych „lepiej zarabiających”.

Więc może niech wynajmują? Sęk w tym, że polityka długoterminowego wynajmu mieszkań w Polsce właściwie nie istnieje ani pod względem wyboru mieszkań wykraczających ponad „studencki” standard, ani pod względem rozwiązań prawnych chroniących lokatora. A społeczny nacisk na własność, choćby obciążoną największą hipoteką, jest dodatkowym czynnikiem zachęcającym ludzi do poszukiwania spełniającej ich oczekiwania i przystającej do możliwości finansowych nieruchomości. Takie domy lub mieszkania, jak się coraz częściej okazuje, są budowane pod miastem.

Wydaje się, że w opinii: „im bogatsi, tym dalej od miasta” jest ukryte jeszcze drugie nieporozumienie, polegające na utożsamieniu mieszkania pod miastem z bukolicznym obrazkiem stojącego na ogromnej działce domu, zatopionego w zieleni, może z własnym jeziorem, za to z pewnością bez sąsiadów wokół. Warto przypomnieć, że trend polegający na zwiększaniu się liczby mieszkańców wsi w sąsiedztwie wielkich miast przyjmuje postać rozlewającej się na wielu kilometrach kwadratowych chaotycznej zabudowy indywidualnej i deweloperskiej (często szeregowej lub w postaci dużych osiedli domów jednorodzinnych czy bliźniaków). Podmiejska suburbanizacja to przestrzenny nowotwór, a nie siedlisko na Mazurach. W takiej zabudowie ów ogródek, o którym się marzy przed przeprowadzką, jest niewielką połacią trawy szczelnie odgrodzoną płotem, który chroni przed wzrokiem sąsiadów, czasem mieszkających bardzo blisko.

Naturalnie, istnieją podmiejskie posiadłości pozbawione wymienionych bolączek. Ale są one jedynie częścią zjawiska równie złożonego, co niekorzystnego.

Co oznacza przeprowadzka

Jednym z ważnych argumentów uzasadniających wyprowadzkę na przedmieścia, przywołanych w tekście w „Rzeczpospolitej”, jest dążność mieszkańców do zapewnienia sobie „wyższej jakości życia”. W jakim wymiarze? Wszak jakość życia jest niezwykle złożonym i trudnym do badania pojęciem, bardzo silnie związanym z określoną koncepcją rozwoju społeczno-gospodarczego.

Przywołam tylko jedną, relatywnie prostą klasyfikację obiektywnej, w odróżnieniu od subiektywnej, jakości życia, proponowaną przez prof. Janusza Czapińskiego w badaniach Diagnoza Społeczna. Do obiektywnej jakości życia zalicza się: aktywność ekonomiczną (funkcjonowanie na rynku pracy), sytuację dochodową i sposób gospodarowania dochodami, wyżywienie, zasobność materialną, warunki mieszkaniowe, korzystanie z pomocy społecznej, kształcenie dzieci, uczestnictwo w kulturze i wypoczynku, korzystanie z systemu ochrony zdrowia, ubezpieczenia i zabezpieczenia emerytalne, postawy proekologiczne itp.

W mojej ocenie, podpartej prowadzonymi przeze mnie badaniami nad suburbanizacją na Dolnym Śląsku i wynikami badań koleżanek oraz kolegów zajmujących się tym problemem, w przeprowadzce na suburbia nie chodzi o poprawę jakości życia, rozumianej jako całokształt wymienionych zjawisk. Przeprowadzka oznacza poprawę w jednym aspekcie: warunków mieszkaniowych. Wiele pozostałych aspektów, jak wynika z moich badań, często ulega pogorszeniu, a w najlepszym razie pozostają one niezmienione.

Na przykład, ze względu na ubóstwo infrastruktury transportu publicznego, pod miastem wzrasta koszt finansowy (benzyna) i społeczny (czas) dojazdów dorosłych i dzieci do pracy i szkoły. Ze względu na brak lub niewystarczający w porównaniu z miastem rozwój infrastruktury kultury i wypoczynku, większość związanych z tym obszarem aktywności nadal realizuje się w mieście, co generuje dalsze koszty. Kształcenie dzieci, z uwagi na przekonanie (często niezgodne z prawdą) o gorszości wiejskich podstawówek, odbywa się w mieście.

Skutkuje to nie tylko koniecznością odbywania kolejnych podróży do miasta (liczne zajęcia pozalekcyjne), ale także nieefektywnym wykorzystaniem pozostających w środowisku wiejskim możliwości i „usypianiem” kapitału społecznego. Bo nowi osadnicy ani ich dzieci nie zapuszczają korzeni w podmiejskiej miejscowości. Zdobywają za to kolejne odznaki w konkurencji „wahadłowe dojazdy do spania”.

Wcale nie musi tak być

Z pewnością wiele osób z kategorii 50+, wspomnianych w tekście przez prof. Krystynę Iglicką, wspaniale spędza czas, ciesząc się podmiejskim domem. Równie wiele z nich zaczyna się jednak martwić, co będzie, gdy zabraknie im sił do zajmowania się metrami domu i hektarami ogrodu, albo gdy wysokiej jakości opieka medyczna stanie się niezbędna dla „wysokiej jakości” życia. Współcześnie tylko wybrane suburbia w bogatych gminach oferują takie usługi, podobnie jak publiczne przedszkola, świetne podstawówki, aktywnie działające centra aktywności, rozbudowane usługi handlu itd. To wciąż wyjątek od reguły.

Radiowi komentatorzy podeszli do tematu lekko, stwierdzając, że wyludniające się miasta to znak czasu. Rzeczywiście, znany cykl procesów urbanizacyjnych przewiduje, że po okresie urbanizacji następuje suburbanizacja, potem dezurbanizacja, a wreszcie tryumfalny powrót ludności do miast.

Problem jednak w tym, że przyglądanie się procesowi suburbanizacji z przekonaniem: „tak musi być” wobec wiedzy o jej przestrzennych, ekologicznych, ekonomicznych, społecznych, nawet politycznych skutkach, wobec wiedzy płynącej z cudzych  (zachodnich miast) błędów – zakrawa na cynizm.

Wyludnianie się polskich miast to nie jest znak czasu. To znak, że władze centralne i lokalne nie zrobiły nic, aby rozlewaniu się miast zapobiec. Co więcej, kiedy próbując gasić pożar jedno ministerstwo podejmuje się chwalebnych prac nad Krajową Polityką Miejską, drugie wdraża program stymulujący suburbanizację, czyli MdM.

Owszem, ludzie szukają nowej przestrzeni do życia i znajdują ją pod miastem – bo nie uczyniono zbyt wiele, by ich w miastach zatrzymać. (I nie, to nie stadiony zatrzymują ludzi w miastach). Kwitowanie wywołanych tym problemów swobodnym stwierdzeniem: „no, ale coś za coś” sugeruje, że koszty przemian są nieuniknione. Sugeruje też krótkowzrocznie, że koszty rozpraszania się miast zostaną poniesione przez kogoś innego, a nie przez nas wszystkich.

*Katarzyna Kajdanek – doktor socjologii, specjalizuje się w socjologii miasta i społeczności lokalnych