Newsletter

Mikroregiony w defensywie

Bartosz Bator, 20.07.2014
Zanim pochopnie zlikwidujemy powiaty, postarajmy się je zreformować

Zanim pochopnie zlikwidujemy powiaty, postarajmy się je zreformować

CC BY-SA 3.0. Autor: Lowdown

Jestem dzieckiem urzędniczki. Odkąd pamiętam moja matka pracowała w publicznej instytucji. Dość powszechnie uznawana jest za urzędnika z ludzką twarzą. Być może dlatego mam sporo przychylności do urzędniczego fachu i świadomość, iż rzeczywistość po tamtej stronie jest niełatwa.

Gdy w 1999 roku w mojej rodzinnej miejscowości na Pomorzu Środkowym tworzono powiat, nie do końca wiedziano, po co się to robi. Może doceniano fakt, iż w regionie z wysokim bezrobociem pojawią się nowe miejsca pracy.

Od czasu reform ustrojowych chyba największa przemiana dotknęła gminy. Powoli obserwujemy proces utożsamiania się z lokalną społecznością, dbania o wspólną przestrzeń, kontrolę poczynań samorządowców. Zapewne dzieje się tak dlatego, że gminy to najmniejsze jednostki administracyjne, potencjalnie znajdujące się najbliżej ludzi.

Niemniej w zaangażowaniu mieszkańców gmin miało swój udział choćby to, kto osobiście nimi rządzi, czyli wprowadzenie bezpośrednich wyborów wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Te rywalizacje w mikroskali nie tylko dają ludziom poczucie, że mają bezpośredni wpływ na to, komu powierzą losy swojego najbliższego otoczenia. Wykluczają także przykre sytuacje, gdy osoba nielubiana, skompromitowana sięgnie po samorządowy stołek. Choć w tej ostatniej kwestii nie ma stuprocentowych gwarancji.

A jak wygląda sytuacja w powiatach? Zgoła odmiennie. Po pierwsze, kto z nas wie jakie władze posiada powiat? Niewielu. Po drugie, zarząd jest wypadkową układów polityczno-towarzyskich. Bezpośrednio wybieramy radnych powiatowych, tworzących rady powiatów. Ale kto zostanie starostą, na to nie mamy już wpływu. Nierzadko bywa tak, że wybór rozmywa się z naszymi oczekiwaniami.

Zupełnie nie rozumiem, dlaczego starostowie nie są wybierani w wyborach bezpośrednich? Przy takim zakresie władzy, jaką posiadają, powinni otrzymać silną legitymację od wyborców. Niezbędna jest też ich większa bezpośrednia odpowiedzialność. Wójta, burmistrza lub prezydenta niezadowoleni mogą odwołać. Starosta – póki cieszy się popularnością kolegów z rady powiatu – jest niemal nie do ruszenia.

Sytuacja ta sprzyja upartyjnieniu, nieprzejrzystym układom towarzyskim. Wreszcie, czyni ze starosty organ władzy wykonawczej niemal całkowicie zależny od organu władzy prawodawczej i stosunków w nim panujących. Burzy naturalną i od wieków preferowaną równowagę pomiędzy dwoma rodzajami władz.

Niezrozumiałym jest też pomysł, że starosta jest szefem kolegialnego organu wykonawczego w postaci zarządu powiatu. Powiaty to jednak niewielkie regiony. Dziś w większości są dość ubogie. Kilkuosobowe zarządy generują niemałe koszty. Nie wspominając już o utrudnionej decyzyjności. Wojenki podjazdowe i konflikty odbywają się już nie tylko w radach, ale także w zarządach. Kończy się to albo przepychankami, albo marginalizowaniem jednych kosztem drugich.

Lokalne społeczności na ogół mniej zaangażowane, zniechęcają się jeszcze bardziej. Mają poczucie, że ich sprawami kieruje grupka ludzi zainteresowana wyłącznie sobą. Tu dochodzimy do szerszego problemu. Z jednej strony, do braku społecznego zaangażowania i kontroli przez obywateli organów powiatu. Z drugiej, nieobecności kompetentnych ludzi, którzy zdolni są do sprawowania publicznych funkcji. Ta patologia i dramat polskiej samorządności przeszedł szczęśliwie z gmin na kadłubkowe powiaty, skupiając wszystkie mankamenty lokalnych władz jak w soczewce.

Niestety wielki kłopot nieutożsamiania się mieszkańców z mikroregionem, jakim jest powiat, prowadzi do ich obojętności na działania bądź zaniechania miejscowych notabli. Jeśli nawet pojawi się lekkie narzekanie, to nie prowadzi ono w chwili wyborów do masowego pójścia do urn czy kandydowania samych krytyków.

Z kolei dla radnych i członków zarządu pełnienie funkcji to wciąż dobry sposób na zarobienie dużych pieniędzy na niezamożnej polskiej prowincji. To zresztą powszechny problem polskiej samorządności, w przypadku przeżywających kryzys powiatów szczególnie widoczny. „Gołota” idzie na urzędy po to, by się dorobić. Tymczasem powszechną europejską praktyką jest sytuacja, w której np. przedsiębiorca dla ambicji i chęci zrobienia czegoś pożytecznego dla lokalnej społeczności kandyduje na miejscowy urząd.

Winy tej sytuacji powinniśmy szukać w sobie, w naszej mentalności i dotychczasowych doświadczeniach. Nie w tej czy innej partii. Najwięcej powinni wymagać jednak od siebie młodzi ludzie, wyrośli w nowej postpeerelowskiej rzeczywistości. Dla tolerowania przez nas bądź akceptowania takich zachować lokalnych władz nie ma usprawiedliwienia.

Wspomniany problem powoduje także, że szeregowym urzędnikom nie dane jest dostąpić godziwego wynagrodzenia. Nie jest tajemnicą, że zarobki kierujących powiatami są niezwykle wysokie, a tzw. mrówek śmiesznie niskie. Co oczywiście wprost przekłada się na jakość pracy, zaangażowanie czy obsługę interesantów.

Są tacy urzędnicy, którzy mimo wszystko dochowują określonych standardów, mimo iż zarabiają niewiele. Trudno się jednak dziwić tym, którzy nie przykładają się do wykonywanych obowiązków. Bo niby urzędnik „na posadzie”, a ledwo wiąże koniec z końcem. Ale któż dziś – przy dość powszechnej krytyce powiatów – odważy się podnieść argument zapewnienia lepszych warunków pracy i płacy urzędnikom starostw powiatowych? Tymczasem nie leży to wyłącznie w interesie tychże urzędników, ale nas wszystkich.

Jednak podstawowy problem, jaki mają powiaty, to kłopot z własną tożsamością. To brak wyobraźni, po co taki podmiot istnieje. Brak jest nawet tak pragmatycznego podejścia, że skoro powiaty wymyślono, to może warto ny zastanowić się, co konkretnie mojemu miniregionowi może on zaoferować. Powiaty wegetują. A potrzebują ludzi z większą energią i pomysłowością niż gminy czy miasta.

W powiatach ze świecą szukać odpowiednich kadr, kreatywnych zapaleńców. Zarówno wśród miejscowych notabli, jak i kadry urzędniczej. Dryfują więc w większości donikąd, wykonując swoje najbardziej podstawowe zadania, które przy głębszym zastanowieniu spokojnie można by przekazać gminom.

Tymczasem zgodnie z ustawą o samorządzie powiatowym powinny one wykonywać określone ustawami zadania publiczne o charakterze ponadgminnym. Czyli chociażby te z zakresu edukacji publicznej. O tyle, o ile gminy zarządzają m.in. przedszkolami i podstawówkami, w gestii powiatów pozostają szkoły średnie.

W przypadku tych pierwszych trudno o jakąś szczególną kreatywność. Co do drugich, profilowanie szkół ponadgimnazjalnych może być ciekawym procesem. W znacznym zakresie wpływają one na lokalny rynek pracy i bezrobocie. Przede wszystkim mogą służyć wsparciu tego pierwszego i walce z drugim. Tym bardziej, że przeciwdziałanie bezrobociu oraz aktywizacja lokalnego rynku pracy to jedno z kolejnych zadań. OK – to już element większej układanki, która z racji skomplikowanej sytuacji gospodarczej nie jest wcale prosta.

Jednak najważniejszym zadaniem powiatów jest budowanie lokalnej tożsamości i tworzenie mikroregionów. Samo nawet pozyskanie środków unijnych, gdy mamy do czynienia z projektem kilku gmin, które składają się na powiat, może mieć większe szanse. Wreszcie bycie powiatem może mieć znaczenie w dopominaniu się o uwagę w stolicach województw, szczególnie w przypadku rejonów peryferyjnych.

W tworzeniu regionów pomocne mogą się okazać następujące zadania, które powierzono powiatom: kultura oraz ochrona zabytków i opieka nad nimi. Także: promocja czy kwestie architektoniczno-budowlane, które bezpośrednio przekładają się na estetykę przestrzeni, w jakiej żyjemy. Pochodzę z powiatu nadmorskiego i zupełnie nie dostrzegam, by potrafił on wykorzystać ten jedyny, ale jakże cenny atut. Kilka nadmorskich gmin nie jest w stanie, bądź nie chce, czy też nie potrafi, wspólnie działać tak, by ściągnąć inwestycje i turystów.

Powinniśmy uwierzyć w siłę mikroregionów. W to, że zorganizowany sojusz kilku gmin ma sens, stanowi dobry środek pomiędzy dużymi województwami a niewielkimi gminami.

Wydaje się, że najpierw należy zmienić kwestie stricte organizacyjne, w tym sposób wyboru władz. Ryba psuje się zawsze od głowy. Niemniej jednak to nie załatwi sprawy. Ci źli powiatowi notable to nie jacyś „oni”, lecz my. Są jednymi z nas. Bez naszego zaangażowania się nie obędzie.

Może ryba psuje się od głowy, ale rewolucje zawsze zaczynały się od dołu społecznej piramidy. Nim doprowadzimy do ostrych decyzji, warto poddać powiaty ewolucji. Nie w burzeniu rzecz. Wydaliśmy na dotychczasowe powiaty sporo własnych, ciężko zarobionych pieniędzy. I szkoda je teraz zmarnować.

*Bartosz Bator – adwokat, dziennikarz, działacz społeczny, były pracownik szeregu instytucji publicznych, fundator Fundacji Działań Obywatelskich, gdzie odpowiada za program edukacji prawnej