Newsletter

List do Platformy

Wojciech Orliński, 19.07.2014
Jak Platforma Obywatelska mogłaby zawalczyć o lewicowych wyborców?

Jak Platforma Obywatelska mogłaby zawalczyć o lewicowych wyborców?

CC BY-SA 3.0. Autor: Sommeregger

Droga Platformo – to list od potencjalnego wyborcy na nadchodzący, gorący polityczny sezon 2014/15. Głosowałem na Was kilkakrotnie, w tym raz w wyborach parlamentarnych w 2011 r., bo ze względu na swoje zamiłowanie do infrastruktury drogowej uznałem, że mój głos należy się partii odpowiedzialnej za wybudowanie sieci dróg ekspresowych i autostrad. Tyle się śmiali z prezydenta Komorowskiego za zapowiedź tysiąca kilometrów, a przecież PO zbudowała dwa razy tyle z okładem!

Jestem dla Was wyborcą kłopotliwym. Należę nie tyle do pozytywnego elektoratu PO, co negatywnego elektoratu przeciwników PO. Nie zależy mi na wygranej Tuska, zależy mi na porażce Kaczyńskiego. Nie zależy mi na wygranej Hanny Gronkiewicz-Waltz, zależy mi na przegranej Piotra Guziała – i tak dalej.

Popieram Was głównie z powodu braku sensownej lewicowej alternatywy. Wyborców takich jak ja nie ma zapewne zbyt wielu – w końcu te pustki na lewicy nie biorą się z niczego. Ale to my możemy stanowić te kluczowe parę procent, których Waszym kandydatom zabraknie w wyborach na prezydenta jakiegoś dużego miasta. A może i kraju.

W ostatnich wyborach wyprzedziliście PiS o mniej niż pół procenta. W tej sytuacji warto się schylić po głosy lewicy, tym bardziej, że tylko w tym kierunku jeszcze w ogóle możliwa jest ekspansja.

Na lewo patrz

Na początku XIX wieku Amerykanie, wtedy wciąż jeszcze skupieni głównie w miastach na wschodnim wybrzeżu, spojrzeli na zachód i zobaczyli bezpańskie pustkowia ciągnące się aż do oceanu. Uznali, że „oczywistym przeznaczeniem” (manifest destiny) jest podbój tych ziem. Gdybym był Donaldem Tuskiem, to samo widziałbym, patrząc na lewo od Platformy. Prerie, bagna, pustynie, skaliste góry. Pustkowia czekające na podbój.

Tu i tam wprawdzie siedzą w wigwamach jacyś wodzowie, ale tak są zajęci wysyłaniem sobie nawzajem obelg sygnałami dymnymi, że nawet nie zauważą, jak kawaleria ich zamknie w rezerwatach. Sami się już zresztą zamykają.

Na prawo Platforma ma groźnych rywali, a na lewo tak słabych, że ogranie ich wydaje się aż niesportowe. Chyba nie tylko ja to dostrzegam, bo ostatnie dziesięć lat Platformy to dziesięć lat powolnego przesuwania się w lewo.

Przypomina to sytuację portugalskiej partii socjaldemokratycznej, która razem z PO należy do frakcji chadeckiej w europarlamencie. Po rewolucji goździków w 1973 r. w Portugalii nikt nie chciał być „prawicowcem” czy „konserwatystą”, więc scenę polityczną podzielili między siebie głównie socjaliści i socjaldemokraci. Mniejsze partie czasem najwyżej wchodzą do koalicji, ale do dzisiaj Portugalia nie miała premiera niezwiązanego albo z socjalistami, albo z socjaldemokratami. W rezultacie portugalscy socjaldemokraci wypełnili swoje „oczywiste przeznaczenie”, jakim było zagospodarowanie prawej części spektrum. Stali się portugalską chadecją.

Nie namawiam Was aż do stania się „polską socjaldemokracją”, ale faktem jest, że lewicowi liderzy zostawili Wam pustą bramkę. Zmarnowanie takiej okazji to grzech!

Jacek Żalek, Jarosław Gowin, Zyta Gilowska, Jan Maria Rokita – wszystkich tych ludzi już w Platformie nie ma. Kiedy w niej byli, nie było oczywiście mowy o szukaniu otwarcia na lewo. Ale jakie teraz zostały przeszkody?

Jako osoba spoza partii nie powinienem Wam oczywiście dyktować programu i nie zamierzam tego robić. Opiszę po prostu w kilku punktach sposób, w jaki Platforma Obywatelska mogłaby zawalczyć o lewicowych wyborców. Czy spróbuje, to już nie moja decyzja.

Sprawy światopoglądowe

Po pierwsze, kwestie światopoglądowe. Nazwisko dra Chazana będzie zapewne należało do najczęściej wymienianych w nadchodzącej kampanii wyborczej poza nazwiskami samych kandydatów.

Słuszna decyzja prezydent Warszawy to tylko plasterek na coraz bardziej ropiejącej ranie, jaką stały się wielkie światopoglądowe kompromisy lat 90. Obawiam się, że nie da się w nieskończoność grać na dwa fronty i zasłaniać się „kompromisem”. Druga strona już od dawna nie chce nawet udawać, że go przestrzega. Fundamentalizm Kościoła katolickiego jest wprost proporcjonalny do odpływu wiernych – im mniejsze będą mieli realne poparcie społeczne, tym agresywniejsza będzie retoryka hierarchów.

Nie namawiam Platformy do jarmarcznego antyklerykalizmu à la Armand Ryfiński, ale wydaje mi się, że czas pokazać determinację w obronie świeckości państwa. Chyba nie trzeba być jakimś bardzo lewicowym wyborcą, żeby czuć zaniepokojenie, gdy biskupi układają program festiwalu teatralnego. Jeśli nie pokażecie nam, że możemy liczyć na obronę państwa świeckiego w Waszym wykonaniu, zostaniemy w domu albo oddamy głosy protestu na partie bez szans na zwycięstwo. Zabraknie Wam naszych kilku procent poparcia.

Wybór wydaje mi się o tyle oczywisty, że tylko walka o nasze poparcie może coś przynieść. Cokolwiek zrobicie, biskupi i tak was wyklną od ostatnich i będą ostentacyjnie popierać PiS. Z tamtej strony nic nie ugracie.

Zmiany w podatkach

Po drugie, podatki. Pechowo należę do bodajże jedynej grupy zawodowej w kraju, której ostatnio znacząco podniesiono podatki. I nie narzekam, bo uważam, że dziennikarz przekraczający próg, od którego ograniczenie kosztu uzyskania przychodu zaczyna być odczuwalne, nie ma już prawa narzekać. Ale nie rozumiem, dlaczego zarabiający kilka czy kilkadziesiąt razy więcej ode mnie prezesi spółek giełdowych mają płacić liniowe 19 procent. Mniej niż ja!

Platforma kiedyś proponowała liniowy podatek dla wszystkich według formuły 3×15. To był moim zdaniem głupi pomysł. Na taką Platformę nigdy bym w życiu nie zagłosował. Ale już nie ma polityków forsujących takie pomysły. A PIT w Polsce nadal jest praktycznie liniowy, w dużym stopniu dzięki Zycie Gilowskiej. To znaczy, że nieproporcjonalnie surowo opodatkowani są najubożsi, ku pożytkowi „tłustych misiów” (minister Sienkiewicz od razu zyskał w moich oczach za wylansowanie tego bon mot).

Prosta propozycja: podnieście podatki „tłustym misiom” i obniżcie najuboższym (zwiększając kwotę wolną od podatku albo obniżając stopę, albo waloryzując progi – albo wszystko naraz). W cywilizowanych krajach kapitalistycznych podatki dochodowe są ostro progresywne: najubożsi płacą mało (albo i wcale), a „tłuste misie” dużo. Jestem pewien, że da się to tak wyważyć, żeby realną poprawę odczuły miliony najuboższych, a najwyżej kilku „tłustych misiów” odłożyło na później zakup maserati. Ich jest mało, nie ma co zabiegać o ich głosy. A jak im się nie podoba, niech sobie wyjeżdżają do Rosji jak Depardieu, nie będę po nich płakać. Bonne journée!

Dowartościować pracę

Po trzecie, cześć pracy. To hasło było żartem za PRL, bo wbrew oficjalnej propagandzie ten ustrój nie cenił sobie pracy. Wszyscy byliśmy w nim tanią siłą roboczą, bo lepsze warunki pracy i płacy odkładano na mityczne zakończenie „budowy socjalizmu”. Póki to nie nastąpi, mieliśmy pracować jak „Inżynierowie z Petrobudowy” z piosenki Staszewskiego: „Szatkuj dwie zmiany zimą i latem, wyśpisz się w piachu pod kombinatem”.

W roku 1989 usłyszeliśmy, że inne będą wprawdzie kombinaty, ale zasada zostaje ta sama. Mamy być tanią siłą roboczą dopóki nie zbudujemy kapitalizmu. Dlatego ceny mają być zachodnie, a płace wschodnie. Profesor Leszek Balcerowicz powiedziałby, że wartość ludzkiej pracy powinna być oceniana wyłącznie przez rynek. Ale już jakiś czas temu Wasze ścieżki się rozeszły z profesorem Leszkiem Balcerowiczem. I całe szczęście, bo gdyby się nie rozeszły, nie rozważałbym możliwości głosowania na Was.

Ludzie zarabiają w Niemczech więcej niż w Polsce nie tylko dlatego, że tam jest lepsza gospodarka, ale także dlatego, że tam mają bardziej propracowniczą legislację, zwiększającą siłę negocjacyjną ludzi pracy (a więc: wartość pracy). Nie mówię, żeby od razu zrównać nas z Niemcami, ale jestem pewien, że w Polsce ciągle jeszcze mamy duże pole manewru, jeśli chodzi o podnoszenie płacy minimalnej i uszczelnianie rynku pracy (walkę z umowami śmieciowymi). W połączeniu z zaostrzeniem progresji podatkowej, a więc obniżaniu podatków najuboższym i podnoszeniu „tłustym misiom”, może to dać setki tysięcy głosów ludzi, którym zostanie w portfelu więcej pod koniec miesiąca.

Dobrobyt i bezpieczeństwo

Po czwarte, kraj rozwinięty to nie taki, w którym nawet najbiedniejsi mają samochody. To taki, w którym nawet najbogatsi jeżdżą komunikacją zbiorową – powiedział kilkanaście lat temu burmistrz Bogoty. Osiągnęliśmy poziom rozwoju, w którym nawet osobę pracującą na czarno za tysiąc pięćset od biedy może być stać na malucha tak starego, jak polski kapitalizm. Ten kierunek rozwoju nie ma nam już nic do zaoferowania.

Nie chcę Polski, w której przyzwoity poziom życia jest osiągalny tylko dla mieszkańców strzeżonych osiedli, zawożących dzieci do płatnych szkół SUV-em izolującym od ulicznej biedy. I naprawdę nie piszę tego dlatego, że mnie nie stać na SUV-a, czesne czy mieszkanie w dobrej dzielnicy. Piszę tak dlatego, że dużo podróżuję po świecie i nabrałem przekonania, że ubogi Austriak i tak jest bogatszy od zamożnego Egipcjanina. Bo przepyszną wodę mineralną ma po prostu w kranie. Bo może spokojnie się przespacerować ulicą swojego miasta. Bo samochodem może sobie pojechać, owszem, na weekendową przejażdżkę, ale w codziennych dojazdach do pracy może sobie siedzieć i czytać książkę na iPadzie (i nie boi się, że za samo pokazanie współpasażerom iPada naraża się na atak nożownika w pierwszym mrocznym zaułku).

Dobrobyt i bezpieczeństwo albo są dostępne powszechnie, albo wcale. Nie mogę się czuć bezpiecznie, jeśli mój sąsiad nie ma na jedzenie. Nie mogę się cieszyć dobrobytem, jeśli boję się o swoje dzieci, a moje dzieci nie będą bezpieczne, jeśli bezpieczne nie będą także inne dzieci – i tak dalej.

Młodzi ludzie protestujący w Krakowie przeciwko igrzyskom zimowym skrzyknęli się wobec zagrożenia likwidacji szkół publicznych. Tamten protest samorządowcy zlekceważyli – i nawet nie zauważyli, skąd wyszło środowisko, które pokonało niezatapialny z pozoru układ, złożony z prezydenta Majchrowskiego, sportowców, celebrytów i Mateusza Zmyślonego. To powinno Wam dać do myślenia. Pamiętajcie, że te środowiska w wyborach samorządowych mogą Wam odebrać sporo głosów, jeśli w swojej ofercie zaniedbacie to, co dotyczy usług publicznych.

Autostrady i obwodnice – super – ale co z transportem zbiorowym? Płatne szkoły niech sobie istnieją – ale co z edukacją publiczną? Prywatne przychodnie – nie mam nic przeciwko – ale co z powszechnym dostępem do służby zdrowia? Od dobrych odpowiedzi na te pytania może zależeć wynik walki o lewicowe kilka procent głosów.

Sprawne państwo

Po piąte, „kamieni kupa”. Ciężki los felietonisty w kraju, w którym ministrowie rządu wymyślają tak błyskotliwe grepsy na określenie sedna problemu. Ale, jak już pisałem, minister Sienkiewicz ogólnie zyskał w moich oczach za to, co mówi na tych nagraniach.
Ma rację: polskie państwo nie potrafi działać jak spójny organizm. Aferzyści wykorzystują luki między kompetencjami poszczególnych instytucji (bo prokuratura jedno, skarbówka drugie, a Komisja Nadzoru Finansowego trzecie itd.). I wszystko razem prowadzi do sytuacji, w której bezkarnie działają oszuści duzi i mali – od parabanków po restauratora, który nie płaci długów, bo formalnie nic nie ma, a jednak ciągle otwiera kolejne knajpy i bryluje w mediach.

Dodałbym do tego, nawiązując do powyższego punktu, także inne instytucje kontrolne: sanepid, NIK, Państwową Inspekcję Pracy. Bezzębność tych instytucji układa się w spójne przesłanie, które państwo wysyła obywatelom: nie opłaca się być uczciwym. Po co, skoro w najgorszym wypadku nałożą tysiąc złotych kary.

Państwo powinno zapewnić obywatelowi bezpieczeństwo nie tylko przez ściganie bandytów czy ochronę granic. Państwo powinno mnie też chronić, by majątek mojego życia nie przepadł razem z bankructwem dewelopera. Chronić powinno też przed pracodawcą, który zechce oszukać mnie na wypłacie.

Domyślam się, że nie da się tego problemu rozwiązać jednym śmiałym rozwiązaniem. Pamiętam chaos IV RP, ministrów podsłuchujących innych ministrów, trzyliterowe agencje na tropie innych trzyliterowych agencji, prokuratorów mocnych tylko w gębie na konferencji prasowej.

Wiem więc, że nie tędy droga. Ale którędy? Oczekuję, że przed wyborami Platforma pokaże pakiet rozwiązań, pozwalających wyjść z bezradności. Wymieniam to jako ostatni punkt, ale ponieważ tak naprawdę wszystkie powyższe jakoś są z nim powiązane, to mógłby być dla mnie, jak mawiają w marketingu, selling point.

*Wojciech Orliński – dziennikarz Gazety Wyborczej, autor kilku książek, ostatnia to „Internet, czas się bać” (wyd. Agora 2013), prowadzi bloga zatytułowanego „Ekskursje w dyskursie”