Newsletter

Requiem dla Gowina

Tomasz Mincer, 18.07.2014
Kaczyński raz po raz wpędza Gowina w sytuację samoponiżenia

Kaczyński raz po raz wpędza Gowina w sytuację samoponiżenia

"Ein deutsches Requiem" J. Brahms. CC - BY - 3.0. Fot. Ceyla de Wilka

Jarosław Gowin chciał tworzyć nową jakość na polskiej scenie politycznej. Ta nowa jakość wykuwać się miała z dala od duopolu PO-PiS.

Gowin przekonywał, że pojedynek dwóch liderów obu największych ugrupowań politycznych nie powinien stanowić osi polskiej polityki. I że raz na zawsze należy wyzwolić się od dyktatu swoistego tandemu Tusk-Kaczyński.

Jak na odnowiciela kultury politycznej swą „grę o tron” Gowin rozpoczął w etycznie dwuznaczny sposób. Były minister sprawiedliwości w rządzie Donalda Tuska rząd PO-PSL nieustannie dezawuował. Kto wie, być może to Gowin wyznaczył nowy trend w polityce, w który ostatnio wpisał się poseł Andrzej Smirnow.

Gowinowi i jego Polsce Razem marzyło się wciągnięcie nowych ludzi do polityki. Ten zamysł odbieram jako szczytny, zwłaszcza jeśli miałby zmobilizować do uczestnictwa w polityce ludzi młodych.

Ugrupowanie Gowina próbowało budować struktury oddolnie, jednocześnie wykorzystując istniejący plankton polityczny i nazwiska m.in. Pawła Kowala. Na sztandarach wypisano wewnętrzną demokrację i koniec z partiami typu wodzowskiego. Choć sama nazwa partii akcentująca nazwisko swego lidera – z punktu widzenia marketingowego całkowicie zrozumiała – mogła jednak wprowadzać jej sympatyków w błąd.

Nie minęły tygodnie i już słychać było o wewnętrznych tarciach. Pojawiły się oskarżenia o zamordyzm. Jednym z ostatnich akordów rozsypki stało się wykluczenie Johna Godsona. Akcentujący swoją religijność poseł z Łodzi zagłosował zgodnie z własnym sumieniem za kontynuacją misji rządu PO-PSL. Gowin od początku opowiadał się za zasadą sumienia, ale raczej w kwestiach światopoglądowych. Tym razem w jego partii zwyciężyło podejście dyscyplinujące. Godson musiał odejść. Zgrzyt pozostał.

A jak obecnie ma się zasada sumienia, czy raczej wierność ideom założycielskim w świeżej jeszcze partii Gowina? Otóż dziś poseł z Krakowa, ratując co się tylko da, potulnie lgnie pod skrzydła innego Jarosława – Kaczyńskiego. Jest gotów zgodzić się na większość warunków prezesa PiS-u, jak donoszą media. Co więcej, już nie neguje istniejącego układu sił i logiki sporu PO-PiS. Ba, chce z powrotem stać się tego sporu istotną, czyli mającą wpływ, częścią. I przypomina, jakim to zagorzałym był (i pozostał w głębi duszy) popisowcem.

Ta sytuacja to dla mnie kolejny dowód na to, że zamiast osłabiać polski system partyjny, wyodrębniać z niego kolejne ugrupowania, lepiej modyfikować go od środka. Warto przypomnieć, że sam Gowin – choć w zanadrzu już zapewne układał plan wyjścia z PO – podjął taką próbę. Zgodził się na demokratyczną procedurę wyboru przewodniczącego PO i stanął naprzeciwko Donalda Tuska.

Kiedy jednak w wyborach dostał baty, żachnął się i z PO wyszedł. I tu popełnił największy błąd. Jednym ruchem roztrwonił kapitał, jaki udało mu się zgromadzić. Kapitał, który mógłby wykorzystać do rzeczowej debaty wewnątrzpartyjnej. No ale jemu zamarzył się rokosz, a nie praca u podstaw…

Partie, choć niedoskonałe, są ważną częścią systemu demokratycznego. Nie da się zachęcić ludzi do uczestnictwa w polityce poprzez ich permanentne obrzydzanie i demolowanie. A już postawa jednoczesnego dezawuowania i swoistej kolaboracji z systemem jest całkowicie dwulicowa. I kończy się tak, jak w przypadku Jarosława Gowina. A mianowicie, hołdem lennym złożonym Kaczyńskiemu, przeciwko któremu tak zawzięcie i przez tyle lat walczył Gowin jako członek Platformy Obywatelskiej.

Dziś Gowin też walczy, ale o miejsca na listach dla swoich parlamentarnych resztek. Kaczyński natomiast wpędza go coraz bardziej w sytuację totalnego samoponiżenia, dyktując warunki.

*Tomasz Mincer – publicysta