Newsletter

Trudne czasy w USA

James K. Galbraith, 15.07.2014
Wiele źródeł majątku oraz stabilności gospodarstw domowych uległo podczas kryzysu dotkliwej erozji i do dziś nie powróciło do wcześniejszego stanu

Wiele źródeł majątku oraz stabilności gospodarstw domowych uległo podczas kryzysu dotkliwej erozji i do dziś nie powróciło do wcześniejszego stanu – mówi prof. James K. Galbraith w rozmowie z Janem Gmurczykiem

Autor: Milad Mosapoor

Jan Gmurczyk: W pierwszym kwartale 2014 roku wzrost gospodarczy w Stanach Zjednoczonych okazał się ujemny. Czy kryzys w Ameryce się skończył?

Prof. James K. Galbraith: Nie. Najnowsze informacje wpisują się w widoczną od pięciu lat ścieżkę niskiego i chwiejnego wzrostu. Przyrosty zatrudnienia są lepsze, zważywszy około 52 miesiące stabilnej poprawy, ale stosunek liczby zatrudnionych do ogółu ludności nadal pozostaje na poziomie wyraźnie niższym niż dawniej, więc osoby, które mają pracę, muszą utrzymać większą część populacji.

Wbrew popularnym wyjaśnieniom, spadek PKB w pierwszym kwartale to zatem tak naprawdę coś więcej niż tylko rezultat ostrej zimy?

Dokładnie. Pogoda mogła odegrać pewną rolę, ale to nie jedyny element. Czytam raporty – co prawda pesymistów – na temat ogólnego spowolnienia od miesięcy. Jeden z czynników to – ewidentnie – nieoczekiwanie szybka redukcja deficytu budżetowego, na którą składają się rosnące wpływy podatkowe, spowalniający wzrost kosztów opieki zdrowotnej oraz cięcia nałożone na ogólne wydatki federalne. Spowolnienie w obszarze kosztów opieki zdrowotnej to dobra wiadomość, ale przyczynia się do osłabienia dynamiki gospodarczej.

Czy przedłużający się okres ekspansywnej polityki monetarnej pomaga poprawić sytuację?

Nie za bardzo. Rezerwa Federalna odegrała ważną rolę w stłumieniu kryzysu. Program QE (luzowania ilościowego – red.) obniża część długoterminowych stóp procentowych i wspiera ceny akcji, co jest pomocne, ale to nie są silne instrumenty. Bardzo ciężko forsować ożywienie gospodarcze, gdy aktywne podmioty – czyli banki – nie są w nastroju do ekspansji.

Stabilny wzrost w każdej dużej gospodarce wymaga silnego popytu wewnętrznego. Tymczasem niektórzy komentatorzy przekonują, że amerykańska klasa średnia doświadcza stagnacji lub wręcz się kurczy.

W czasie kryzysu Stany Zjednoczone skorzystały z efektywnych stabilizatorów popytu całkowitego, jak również z Ustawy Antykryzysowej (ang. Recovery Act – red.) i innych programów zorientowanych na wsparcie klasy średniej. Tym niemniej, wiele źródeł majątku oraz stabilności gospodarstw domowych – zwłaszcza wartość domów, oszczędności emerytalne i pewność zatrudnienia – uległo w USA w trakcie kryzysu dotkliwej erozji i do dziś nie powróciło do wcześniejszego stanu. Dodajmy, że wielu przedstawicieli klasy średniej spłaca w dalszym ciągu swoje długi, co z perspektywy gospodarstw domowych jest racjonalne, ale z punktu widzenia popytu całkowitego stanowi balast.

Od kilku lat jedną z głównych bolączek szeregu państw członkowskich Unii Europejskiej pozostaje bezrobocie wśród młodych ludzi. Czy w Stanach Zjednoczonych widać podobny kłopot?

Problem bezrobocia młodzieży nie jest w USA tak ostry jak w doświadczonych kryzysem państwach strefy euro, zwłaszcza Grecji i Hiszpanii. Pewne grupy amerykańskiej ludności, szczególnie mniejszości, mają jednak poważne problemy – zawsze je miały, przy czym kryzys dodatkowo jeszcze pogorszył ich położenie.

Wspominał pan, że deficyt budżetowy w USA spada. Tymczasem dług publiczny kraju przekracza już 17 bln dolarów i dalej rośnie. Kiedy ten licznik się zatrzyma? Czy tę gigantyczną sumę można w ogóle kiedyś spłacić?

Nie, ona nigdy nie zostanie spłacona. Ani też nie powinna. Zadłużenie dużego, suwerennego państwa zazwyczaj wzrasta, rok w rok, wraz z jego gospodarką i populacją. Dług publiczny Stanów Zjednoczonych rośnie z małymi przerwami od 1789 roku. Oczywiście, ten dług to jednocześnie majątek finansowy netto sektora prywatnego, zarówno w USA, jak i wielu zakątkach świata.

Wielu ludzi niepokoi się jednak, że poziom zobowiązań Stanów Zjednoczonych może okazać się na dłuższą metę niezrównoważony, co w konsekwencji doprowadzi do kryzysu zadłużenia. Czy te obawy są bezpodstawne?

W przypadku USA nie ma powodów, by lękać się „kryzysu zadłużenia”. Do obsługi swoich długów Stany Zjednoczone są zobowiązane prawem, a nawet – w świetle niektórych opinii – konstytucją. Kraj zawsze może się z tej powinności wywiązać, ponieważ obligacje i bony Departamentu Skarbu Stanów Zjednoczonych emitowane są w dolarach amerykańskich, a te zgodnie z prawem emituje Departament Skarbu.

Co więcej, matematyka długu, deficytów, stóp procentowych i wzrostu gospodarczego wskazuje, że dopóki nominalny wzrost PKB w gospodarce przewyższa oprocentowanie długu publicznego, stosunek zadłużenia do PKB prędzej czy później ustabilizuje się na jakimś poziomie. Ponieważ taka sytuacja jest normalna w przypadku krajów (takich jak USA), które mogą kształtować oprocentowanie swoich własnych zobowiązań, amerykański dług publiczny nie może być nazwany „niezrównoważonym” tak długo, jak długo gospodarka USA rośnie, choćby tylko w ujęciu nominalnym. Pod tym względem Stany Zjednoczone są podobne do Japonii czy Wielkiej Brytanii, natomiast dość odmienne od słabszych gospodarek strefy euro.

*James K. Galbraith – amerykański ekonomista, profesor na Uniwersytecie Teksańskim w Austin (USA).