Newsletter

Czas się ubrudzić

Tomasz Mincer, 03.07.2014
Krytyka klasy politycznej, choć potrzebna, sama jej nie naprawi. Wejście krytyków do polityki – kto wie?

Krytyka klasy politycznej, choć potrzebna, sama jej nie naprawi. Wejście krytyków do polityki – kto wie?

CC - BY - SA - 2.0. Autor: The U.S. Army.

Opublikowane przez jeden z tygodników opinii nagrania z udziałem polityków są dla wielu potwierdzeniem słabej kondycji duchowej naszych elit. Owo zaskoczenie (?) być może bierze się stąd, że zbyt łatwo ulegliśmy przekonaniu, iż jedynym kryterium oceny naszych reprezentantów ma być skuteczność. Wobec tego takie przymioty jak ogłada, kultura osobista, która powinna emanować z liderów społecznych niezależnie od okoliczności, schodzą na dalszy plan. W końcu politycy za to biorą pieniądze, by wykonywać za nas robotę. A kwestia – w jaki sposób to robią? Trudno – wzruszaliśmy ramionami – ktoś to robić musi.

Nad pytaniami w rodzaju: czy polityka powinna być domeną wyłącznie profesjonalistów, ludzi „politycznego rzemiosła”, ciułaczy głosów, czy może również intelektualistów, przeszliśmy dawno do porządku dziennego. Jednak sprawa nagrań przywraca to pytanie debacie publicznej.

Kto do polityki?

Niektórzy bez ceregieli ogłosili, że sprawa nagrań powinna skończyć się dymisją rządu. Że wysocy urzędnicy państwowi się skompromitowali, a tym samym skompromitował się rząd. I potrzebna jest sanacja życia publicznego oraz zmiana pokoleniowa w polskiej polityce.

Hasła sanacji i świeżej krwi w polityce wracają co jakiś czas. Formą pierwszego była wszak IV RP. Wniosek, jaki trzeba wyciągnąć, jest dość trywialny. Dotychczasowe sposoby realizacji tych haseł okazały się mało skuteczne. A w przypadku wymiany elit trzeba dopowiedzieć, że określonej grupie nie udało się zawojować sceny politycznej. I pozostało jej tylko narzekanie.

Część środowiska młodej inteligencji (pojęcie młodości jest tu oczywiście względne) akcentuje zwłaszcza patologiczny brak klarownej ścieżki awansu w partyjnych  strukturach. A to uniemożliwiać ma zmianę pokoleniową na krajowej scenie politycznej. Awansują ludzie dość wąskich horyzontów myślowych, nie wspominając o ich kwalifikacjach moralnych, za to makiawelicznie skuteczni, medialni etc.

Brak jest w ugrupowaniach politycznych kuźni elit z prawdziwego zdarzenia. Mimo pewnych wysiłków podjętych w łonie niektórych ugrupowań, dotychczasowe tworzenie zaplecza partyjnego rozumianego nie jako sztab ekspertów, ale jako proces włączania 20-30-latków do politycznego mainstreamu, nie przynosi odpowiednich rezultatów.

Zamiast rewolucji

Ponadto polski system partyjny ma trawić rak oligarchizacji i kartelizacji. Receptą na te problemy niektórzy intelektualiści młodszego pokolenia widzą w zmianach systemowych. I tak Michał Kuź z tygodnika „Nowa Konfederacja” pozytywną zmianę upatruje w reformach instytucjonalnych (1).

Według Kuzia mechanizm jest prosty: partie dostaną środki finansowe. Ale nie ma nic za darmo. Pieniądze będą, jeśli będą też reformy. Ponadto w ugrupowaniach politycznych standardem powinny być wybory i prawybory nadzorowane przez PKW z udziałem członków i sympatyków ugrupowań, a także „przeznaczanie co roku określonej sumy z dotacji na działania edukacyjne” i „dokształcanie swoich działaczy”. Należałoby też określić limit kadencji prezesa partii i zarządu.

Walka o „zalegalizowanie” fundacji politycznych każe mi jednak wątpić w szybkość wprowadzania całkiem ciekawych skądinąd propozycji konserwatysty młodego pokolenia. Sam opowiadam się za wewnętrzną, naturalną ewolucją, wymuszaną przez opinię publiczną. Przykładem takiej ewolucji mogą być prawybory w Platformie Obywatelskiej. Przypomnę, że członkowie PO wybierali swego kandydata na kandydata wpierw na prezydenta, następnie na przewodniczącego partii. Marzy mi się, żeby ten bakcyl dopadł też inne ugrupowania.

Z kolei Wojciech Przybylski, redaktor naczelny kwartalnika „Res Publica Nowa”, narzeka na ucieczkę młodych w prywatność (2). Chciałby przejęcia władzy przez „nowego typu etosowców”, skutecznych idealistów. Rodzi się jednak dylemat, gdzie ich pozyskać dla troski o res publica? Przybylski pisze: „W starszych demokracjach wzrastają do swojej roli stażując, rywalizując z rówieśnikami, doświadczając polityki w długim procesie weryfikacji i selekcji, w którym niemałą rolę odgrywa przypadek”.

Jednocześnie Przybylski nie ufa istniejącym ugrupowaniom i ichniejszym młodzieżówkom. Także dzisiejszym partyjnym wychowankom. Wodzi wzrokiem w poszukiwaniu nieokreślonej grupy ludzi rozsianych po rozmaitych środowiskach intelektualnych, którzy zapewne – tu już moje domniemanie – byliby w stanie stworzyć ruch liberałów.

Ale taka ścieżka postępowania skazana jest na porażkę. To błędne koło, bo każde nowe ugrupowanie nie ma większych szans na sukces, o czym zresztą wszyscy „młodzi” intelektualiści z rozmaitych kręgów, czy to prawicowych, lewicowych, czy centrowych doskonale zdają sobie sprawę.

W przekonaniu o konieczność nowej, nieskalanej siły tkwi dość infantylny przesąd, że wystarczy zacząć coś od nowa, odciąć się od korzeni, a uniknie się „wszelkich patologii” charakterystycznych dla systemu tworzonego przez, z grubsza rzecz ujmując, PO-PiS-SLD-PSL. To taka wiara w cudowny mechanizm czegoś na kształt lustracji. Będę się upierał, o czym niejednokrotnie pisałem, że szlak bojowy warto rozpocząć w partii programowo najbliższej, choć zapewne dalekiej od ideału. Także po to, by w przyszłości móc wpływać na jej profil.

Rady czeskiego inteligenta

Trudno jest pożegnać się dość wygodną rolą zewnętrznego obserwatora politycznych zmagań. Sam choć piszę dla portalu instytucji będącej faktycznie filią jednej z partii politycznych, przywdziewam takie szaty i zażywam podobnego komfortu. A jednak namawiam owych krytycznych intelektualistów do wstania z wygodnego, inteligenckiego fotela, tak jak to kiedyś zrobił chociażby prof. Bronisław Geremek. To m.in. jego nazwisko, a także nazwiska premiera Tadeusza Mazowieckiego czy innych wybitnych postaci przewijają się jako niedościgłe wzory pośród utyskiwań na dzisiejszych liderów politycznych.

Pytanie o obecność intelektualistów w polityce stawiał również w tokijskim przemówieniu z 1992 r. inny inteligent, Vaclav Havel (3). Wielu politycznych liderów Europy Wschodniej, podkreślał czeski prezydent, którzy swój szlak bojowy rozpoczynali w walce z komunistycznym totalitaryzmem, miało „inteligenckie rodowody”. I u Havla pojawiły się wątpliwości natury praktycznej, czy intelektualiści odnajdą się w roli skutecznych przywódców w warunkach systemu demokratycznego. Jednak Havel dawał do zrozumienia z całą mocą, że powinni oni wchodzić w obszar politycznych zmagań.

„Czy dziś nie jest wręcz obowiązkiem wszystkich prawdziwych intelektualistów, filozofów i poetów, aby przestali się brzydzić polityki i nie bali się do niej wkraczać – mimo wszelkich możliwych ryzyk oraz szczególnych wymagań, jakie taka decyzja ze sobą niesie” – pytał retorycznie. W końcu, jak pisał Havel, „któż jest bardziej predestynowany ku temu, żeby zaczął dyskredytować coraz bardziej rozpowszechniający się typ polityka jako maszynki do utrzymywania się przy władzy, konstruowanej przede wszystkim przez speców od reklamy i od zdobywania społecznej sympatii?”.

Dodam od siebie, że krytyka klasy politycznej, choć potrzebna, sama w sobie jej nie naprawi. Bo polityka powinna być „sprawą obywateli obdarzonych szczególnym poczuciem odpowiedzialności (…)”. I Havel w tym miejscu stawia kropkę nad i: „Skoro intelektualiści twierdzą o sobie, że są takimi ludźmi (odpowiedzialnymi – tm), to wręcz postępują wbrew temu twierdzeniu, gdy nie chcą wziąć na siebie brzemienia funkcji politycznej i »ubrudzić się« polityką”.

Nie chciałbym, żeby cytowanie słów Havla i przytaczanie nazwisk polskich mężów stanu zabrzmiało jak moralny szantaż wobec intelektualistów piętnujących stan dzisiejszej polityki. Słowa wybitnego czeskiego intelektualisty i polityka dedykuję nie tylko Wojciechowi Przybylskiemu, Michałowi Kuziowi i im podobnym – troszczącym się o dobro publiczne. Również swojemu najbliższemu środowisku.

Panie i Panowie, już czas się ubrudzić.

(1) Michał Kuź, „Stwórzmy polskie partie prawa!”, „Nowa Konfederacja” nr 7 (19)/2014
(2) Wojciech Przybylski, „Gdzie jest marsz liberałów?”, „Res Publica Nowa”/publica.pl
(3) Václav Havel, „Intelektualista w polityce” [w:] „Siła bezsilnych i inne eseje”, Agora SA, Warszawa 2011

*Tomasz Mincer – publicysta