Newsletter

Reprywatyzacja – problem nas wszystkich

Bartosz Bator, 30.06.2014
Ile jesteśmy w stanie zapłacić, by móc oczekiwać, że i nasza własność będzie chroniona?

Ile jesteśmy w stanie zapłacić, by móc oczekiwać, że i nasza własność będzie chroniona?

CC-BY-SA-3.0

Temat odzyskiwania majątków przez dawnych właścicieli budzi skrajne emocje. Powinniśmy starać się zrozumieć argumenty społeczników, którzy bronią praw lokatorów oraz przestrzeni miejskiej. Koniecznie należy uszanować i tych, którym przed laty bezprawnie odebrano własność. To, że racji trudno odmówić obu stronom, zwiększa tylko dramatyzm sytuacji. Muszą one jednak porzucić dotychczasowe okopy i barykady. Usiąść do stołu i zacząć rozmawiać.

Głośne przypadki roszczeń

Sytuacja jest już bardzo nabrzmiała. Od wielu miesięcy co chwilę dowiadujemy się o tym, że kolejne nieruchomości wrócą do dawnych właścicieli, ich spadkobierców bądź następców prawnych. Najbardziej szokujące są informacje o konieczności zwrotu rzeczy i miejsc, które zwykliśmy traktować jako dobra narodowe.

Ostatnie doniesienia mediów wskazują, że tym razem przedmiotem zwrotu będzie pałac Królikarnia, popularne miejsce relaksu warszawiaków, a jednocześnie oddział Muzeum Narodowego. Jedna z gazet opublikowała listę stołecznych parków, które w części wróciły już do rąk dawnych właścicieli. W kwestii pozostałych wielce prawdopodobne jest, że niebawem tak się stanie.

Od lat śledzę najgłośniejsze historie owych zwrotów. Szczególnie interesujące wydają się te dotyczące kultury: pałacu w Wilanowie, siedziby warszawskiej ASP czy Królikarni właśnie. To, że taki finał będzie mieć sprawa wytoczona przez rodzinę Krasińskich, można było przewidzieć już kilka lat temu. Wielce prawdopodobne jest, że ten sam los czeka Wilanów, o którego zwrot starają się Braniccy.

Nieco martwi fakt, że ponownie pretekstem do pochylenia się nad trudnym tematem reprywatyzacji jest dość drastyczny przykład zwrotu. Język jakim się o tym mówi i pisze zaognia sytuację. Brak konstruktywnej dyskusji skutkuje również brakiem prawnych rozwiązań.

Nie jest też najwłaściwszym wyciąganie zbyt daleko idących wniosków z jednostkowych historii. Nadużycia się zdarzają. Nie świadczy to jednak wcale o tym, że wiodą prym.

Namysł przed ustawą

Przepisów nie można tworzyć od przypadku do przypadku, popadać w kazuistykę, reagować pod wpływem impulsu, ustawą naprawiać błędy wynikające z jednostkowych historii. Truizmem jest mówić, że rzeczywistość nie jest czarno-biała. Niestety wciąż istnieje konieczność przypominania o tych podstawowych kwestiach.

Trzeba sobie uczciwie powiedzieć, że słusznym celem dekretu Bieruta było ułatwienie odbudowy Warszawy. I tak też się stało. Podobnie szczytna idea przyświecała dekretowi o reformie rolnej. Ale wspomniane przepisy były nadużywane przez władze państwowe, ze szkodą dla właścicieli. Dzisiejsza sytuacja jest tego konsekwencją.

Rozpoczynając dyskusję o reprywatyzacji, powinniśmy o tym wszystkim pamiętać. Doszło do sytuacji, w której bezprawnie odebrano czyjąś własność. W końcu czy ci, którzy tak chętnie kupują mieszkania w apartamentowcach czy dzieła sztuki, słono za nie płacąc, równie chętnie przyjęliby fakt, że ktoś z dnia na dzień im je odbiera? Oczywiście nie wypłacając im w ramach rekompensaty ani złotówki? Zapewne nie. I trudno im się dziwić. Starajmy się więc rozumieć argumenty drugiej strony.

W tym miejscu może paść argument: no dobrze, ale na wspomniane mieszkania czy dzieła sztuki polskie państwo nie łoży. Skoro dawni właściciele chcą z powrotem tego, co im odebrano, niech oddadzą pieniądze, które państwo przeznaczyło na utrzymanie ich niegdysiejszej własności. Niestety – sprawa nie jest taka prosta. Także i do tej sytuacji zastosowanie mają przepisy prawa cywilnego. Jeśli państwo wystąpi o tzw. zwrot nakładów, dawni właściciele zażądają wynagrodzenia za bezumowne korzystanie.

Kłopoty ze zwrotem

W wielu krajach europejskich naszego regionu sprawę zwrotu mienia dawno rozwiązano, wprowadzając przepisy szczególne w postaci tzw. ustaw reprywatyzacyjnych. Na czym te rozwiązania polegają? Na określonej procedurze, przez którą trzeba przejść, by zwrócono niewielki procent dawnego majątku.

Ci wszyscy, którzy liczą, że ustawa reprywatyzacyjna przyspieszy proces zwrotu, mogą się jednak szybko rozczarować. Ona także musi bowiem przewidywać konkretną procedurę, co oczywiście zajmie czas. Być może nie będzie to aż tak skomplikowane i czasochłonne, jak jest teraz.

Kolejna kwestia: czy wspomniani wcześniej właściciele apartamentów lub dzieł sztuki chętnie zgodziliby się na rekompensatę w wysokości np. 10 procent tego, co zapłacili? Zresztą próba ograniczania wielkości zwrotów w ustawach reprywatyzacyjnych odbiła się czkawką w wielu krajach naszego regionu. W większości przypadków rezygnowano ze zwrotów w naturze, a w ramach rekompensaty wypłacano niewielki procent wartości. Efekt? W Czechach i na Węgrzech ustawy w takim duchu uznano przynajmniej w części za niekonstytucyjne.

Oprócz wspomnianych dwóch krajów reprywatyzację przeprowadzono także na terenach byłego NRD, Bułgarii, Macedonii, Rumunii czy Litwy. Poza Polską tym tematem nie zajęły się tylko Ukraina, Albania i Białoruś.

Modeli jest kilka. W niektórych krajach zwraca się to, co się da w naturze. W innych w ogóle zrezygnowano z takiego rozwiązania na rzecz wypłaty odszkodowań, wydawania bonów czy papierów wartościowych. Wreszcie warto zaznaczyć, że niemal we wszystkich państwach uchwalono dwie bądź jeszcze więcej ustaw reprywatyzacyjnych, a nie jedną, jak zwykło się postulować w Polsce.

A jak dziś wygląda proces zwrotu? Otóż jest on wieloletni i kosztowny. Osoby, którym bezprawnie odebrano ich własność, muszę przebrnąć przez szereg instytucji i procedur administracyjnych i cywilnych. Wyłożyć w trakcie sporo gotówki, której wymaga choćby procedura cywilna w zakresie wpisu sądowego od wartości przedmiotu sporu. I tu dochodzimy do równie drażliwego tematu, który w minionych miesiącach był zarzewiem nagonki na osoby odkupujące roszczenia.

Kontrowersyjna sprzedaż roszczeń

To sami spadkobiercy decydują się na sprzedaż roszczeń. Nikt ich do tego nie przymusza, a jednostkowa historia z zakupem praw za bezcen znowu nie daje pełnego obrazu sytuacji. Owszem, roszczenia sprzedawane są za kwoty niższe niż wartość odzyskanej nieruchomości. Dlaczego? Nabywca, który ma przeprowadzić całe skomplikowane i kosztowne postępowanie, nie może zapłacić za samo roszczenie rynkowej ceny nieruchomości.

Odsetek osób skupujących roszczenia jest stosunkowo niewielki. Głównie z roszczeniami występują spadkobiercy dawnych właścicieli. Tymczasem dla przeciętnego Kowalskiego obraz reprywatyzacji to zły „kamienicznik” i pokrzywdzony lokator.

W pierwszej kolejności musimy z otwartą przyłbicą mówić miejskim najemcom: nigdy lokale, które zajmujecie, nie były waszą własnością. Czy to jednak wina spadkobierców dawnych właścicieli, czy osób, które odkupiły roszczenia? Zdecydowanie nie. Czy rolą jednych jest dbać o los drugich? Tu także odpowiedź powinna brzmieć przecząco, choć w żadnym wypadku nie upoważnia to do działań, o których rozpisują się media. Zachowania łamiące prawo bądź mające na celu jego obejście powinny być bezwzględnie ścigane i karane.

Nie zapominajmy przy tym, że akt w postaci ustawy o ochronie praw lokatorów to ewenement na skalę europejską. Dający niezwykle szeroki zakres ochrony osobom, których jedynym prawem do mieszkania jest zaledwie umowa najmu.

Jak i co zwracać?

Nie jestem zwolennikiem ustawy reprywatyzacyjnej. Uważam że generalne zasady tego rozwiązania są krzywdzące dla dawnych właścicieli. To naruszenie ważnego z perspektywy demokratycznego państwa prawa własności. Uprawomocnienie podejścia, że dowolnie usprawiedliwione okoliczności czy enigmatyczny w swej definicji interes społeczny pozwolą na odebranie tego, co posiadamy.

Stąd też nie jestem entuzjastą naciskania na rząd w tej sprawie. Taka ustawa nie stanowi cudownego antidotum. Można usprawnić procedurę zwrotu, a ponadto – co absolutnie konieczne – dawnym lokatorom zaproponować program wsparcia. Rzecz jasna to zadanie dla organów państwowych, nie podmiotów własność odzyskujących.

Nie uważam też, że wszystko należy zwracać. Być może przy określeniu precyzyjnych przesłanek budynki i parki pełniące obecnie ważne funkcje społeczne winny pozostać państwowe. Warto objąć je tylko możliwością odszkodowania, a nie zwrotu w naturze. W żadnym jednak wypadku rekompensata nie powinna być ustalona na poziomie kilku procent wartości.

Wreszcie czas pomyśleć o gremium, które poddałoby analizie problem i starałoby się znaleźć przyzwoity kompromis pomiędzy sprzecznymi interesami. Skrajności w postaci oglądania się tylko na interes lokatorów czy przestrzeni miejskiej są równie niewłaściwe, co patrzenie wyłącznie przez pryzmat nienaruszalności prawa własności.

Problemem pozostaje brak pieniędzy. Czy będziemy w stanie zrezygnować z nowej drogi, tramwaju czy boiska? Kto z nas jest na to gotowy, jako obywatel demokratycznego państwa, szanujący własność współobywateli? Po to, by móc oczekiwać, że i moja własność także będzie bezwzględnie chroniona.

Musimy przyjąć do wiadomości, że nasz kraj miał niechlubną przeszłość. Pokolenie naszych ojców czy dziadków podjęło decyzje, których konsekwencje musi ponieść pokolenie wnuków. Za te decyzje jesteśmy zmuszeni zapłacić kosztem chwilowej rezygnacji z rzeczy, na których nam dziś zależy. Innego wyjścia nie ma.

Pamiętajmy też, że miejsca i dzieła sztuki wartościowe dla narodu, a znajdujące się w prywatnych rękach, to dla Europy Zachodniej żadna nowość. Mało tego, często dawne rezydencje zarządzane przez rodzinne firmy świetnie radzą sobie na wolnym rynku. Niemniej jednak nie dziwię się, iż takie prywatne administrowanie „narodowymi dobrami” może budzić sporo obaw. Nie mamy w tym względzie bogatego doświadczenia.

Stąd może dobrze by było stworzyć program wsparcia dla tych, w których rękach znajdują się zabytki. Udzielić im pomocy w zakresie remontów, ale także ich kontrolować. I odbierać własność, gdy niszczeje, zapobiegać jej sprzedaży czy wywożeniu za granicę. Na marginesie warto zaznaczyć, że w tym względzie mamy już w Polsce stosowne przepisy. Problem leży głównie w ich egzekwowaniu.

Brak rozwiązań oznacza zastój

Temat reprywatyzacji to temat niezwykle ważny nie tylko dla samych zainteresowanych, ale dla każdego z nas. Warszawy dotyczy dekret Bieruta, reszty kraju m.in. dekret o reformie rolnej czy przepisy dotyczące mienia porzuconego po wojnie i mienia pożydowskiego. Brak sprawnej procedury zwrotu, nierozwiązanie problemu ludzi, którzy muszą opuścić swoje dotychczasowe mieszkania, niezwykle hamuje rozwój miast i inwestycje. Warszawa jest tego najlepszym przykładem.

Wiele atrakcyjnych inwestycji deweloperskich czy publicznych nie może dojść do skutku, bo albo zgłaszane są do tych nieruchomości roszczenia, albo budynek „okupują” lokatorzy, którzy nie mają gdzie mieszkać. Kłopot w tym, że problem się jedynie tli, poza jednostkowymi pożarami nie wybuchł jeszcze wielkim płomieniem. Stąd jeśli nie wypracujemy kompromisowych rozwiązań możliwych do zaakceptowania przez obie zasadnicze strony sporu, co chwilę będziemy świadkami bulwersujących historii. I konfliktów układających się w serię chaotycznych zdarzeń.

*Bartosz Bator – adwokat, dziennikarz, działacz społeczny. Od lat interesuje się społecznym wymiarem reprywatyzacji. Fundator Fundacji Działań Obywatelskich, w której koordynuje program powszechnej edukacji prawnej. W 1 Programie Polskiego Radia prowadzi cotygodniową audycję prawniczą.