Newsletter

Czyje są usługi publiczne?

Dawid Sześciło, 14.06.2014
Mikstura urynkowienia i fundamentalizmu religijnego skutecznie rozsadza system usług publicznych

Mikstura urynkowienia i fundamentalizmu religijnego skutecznie rozsadza system usług publicznych

aut. Rosendahl

System usług publicznych nie działa, jeżeli nie zapewnia obywatelom równego dostępu do świadczeń przewidzianych prawem i wedle standardów nim określonych. Bez względu na to, kto konkretnie daną usługę zapewnia, państwo odpowiada za dostęp i jakość usługi. Zarazem instytucja świadcząca usługi finansowane ze środków publicznych nie może prowadzić własnej „polityki usługowej“, wybierając sobie klientów albo odstępując od prawnie określonych standardów jej świadczenia.

Te zdawałoby się proste założenia coraz częściej rozmijają się z polską rzeczywistością. Do tej pory najłatwiej zauważaliśmy negatywne konsekwencje urynkowienia i prywatyzacji w istotnie wrażliwych sferach usług publicznych, takich jak ochrona zdrowia czy edukacja. Wiemy już, że procesy te zagrażają interesowi publicznemu, jeżeli państwo i jego administracja nie są zdolne do eliminowania ułomności rynku czy skutecznej kontroli nad działalnością prywatnych dostawców usług publicznych.

Lekarska deklaracja wiary, a następnie wypowiedzi prof. Chazana wskazują drugie źródło zagrożeń dla funkcjonowania systemu usług publicznych – swoistą sakralizację tego systemu. Wbrew pozorom presję ze strony rynku i religijnego fundamentalizmu łączy bardzo wiele. W obu przypadkach formuje się pokaźne grono wykluczonych z systemu usług publicznych.

Urynkowienie często pozbawia dostępu do usług osoby z cieńszym portfelem, sakralizacja zaś tych, którzy nie podzielają światopoglądu dyrekcji szkoły, szpitala czy innej instytucji świadczącej usługi publiczne. To często ta sama grupa wykluczonych, jak kobieta, której odmówiono ustawowo uzasadnionego przerwania ciąży. I której to kobiety nie stać jednocześnie, by tę „usługę“ kupić na rynku, np. za granicą.

Jednocześnie tych, którzy dążą do urynkowienia i sakralizacji usług publicznych, łączy hipokryzja. Z jednej strony krytykują oni państwo, dystansują się od obowiązującego prawa. Z drugiej chętnie sięgają do publicznej kasy.

Państwo jest im niezbędne, ale nie jako formuła działania na rzecz dobra wspólnego i interesu publicznego, ale jako instytucja i majątek, na którym można się uwłaszczyć. Do państwowej kasy wygodnie jest się przyssać, bo słabe ale wciąż zasobne państwo to stabilny i wypłacalny kontrahent. Kontrahent, który pozwala maksymalizować zyski albo prowadzić ideologiczne krucjaty.

Apologeci rynkowego podejścia do usług publicznych podają sobie rękę z fundamentalistami religijnymi w jeszcze jednym miejscu. Jaka jest neoliberalna odpowiedź na casus prof. Chazana? Znajdź sobie obywatelko szpital niewyznaniowy, przecież tak jest skonstruowany rynek usług medycznych, że pacjent ma pełną swobodę wyboru świadczeniodawcy.

Problem polega na tym, że rynek ochrony zdrowia to nie rynek pietruszki. Joseph Stiglitz już wiele lat temu pokazywał, jak bezradny w tym systemie jest „klient“. Władza lekarza czy szpitala nad pacjentem jest ogromna i wynika z przewagi informacyjnej, która nie pozwala pacjentowi samodzielnie weryfikować jakości usługi, zwłaszcza sposobu leczenia.

Również wycena usług medycznych daleka jest od rynkowej. Także zasada swobodnego wyboru świadczeniodawcy podlega oczywistym ograniczeniom. W Warszawie wybór szpitala jest jeszcze możliwy, ale w mieście z jednym szpitalem powiatowym w promieniu kilkudziesięciu kilometrów to już fikcja. Jeżeli więc ten szpital czegoś nie oferuje, konstytucyjna zasada równego dostępu do świadczeń zdrowotnych, a także możliwość wyboru świadczeniodawcy, traci realny wymiar.

Przede wszystkim jednak istotą usługi publicznej jest prawne zdefiniowanie standardu jej świadczenia i rygorystyczna kontrola przestrzegania tego standardu. Nie oznacza to, że każdy szpital musi leczyć tak samo, a każda szkoła kształcić według jednolitego programu.

Sfera autonomii świadczeniodawców kończy się jednak tam, gdzie próbują oni wyręczyć państwo i ustalić własne reguły gry, decydując które usługi będą dostępne, a które nie. Tymczasem tak właśnie postępują często właściciele sprywatyzowanych szpitali publicznych, zamykając nierentowne czy niewystarczające zyskownie oddziały. Tak samo, choć z inną motywacją, działają religijni fundamentaliści, próbując na własną rękę określić, jakie świadczenia przysługują nam „w realu“, a nie tylko w ustawie.

Inwazja rynku podlanego religijnym sosem na system usług publicznych to dowód na siłę środowisk neoliberalnych i radykalnie katolickich. To też przejaw słabości państwa. Można odnieść wrażenie, że trwa testowanie, jak daleko można się posunąć w „wydrążaniu“ systemu usług publicznych i dostosowywaniu go do własnych interesów czy ideologicznych wizji.

Pełzająca prywatyzacja i sakralizacja usług publicznych będzie trwała dopóty, dopóki państwo uciekać będzie od odpowiedzialności za pilnowanie standardów dostępności usług publicznych. I dopóki w administracji będzie toczyła się blame game – przerzucanie się winą za brak reakcji na erozję całego systemu usług publicznych.

Przyzwyczailiśmy się, że takie obszary jak edukacja czy ochrona zdrowia są dobrem publicznym, a państwo określa zakres usług i zasady ich świadczenia. Zapomnieliśmy, że usługi publiczne są publiczne od zawsze i nie brakuje tych, którzy chętnie – krok po kroku – wyprowadzą je poza sferę publiczną i demokratyczne mechanizmy decydowania. Milczenie państwa tylko temu sprzyja.

*dr Dawid Sześciło – pracownik naukowy Zakładu Nauki Administracji, Wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego