Newsletter

Strącony jastrząb

Kazimierz Bem, 12.06.2014
Gdy rewolucja zaczyna pożerać własne dzieci, trzeba wracać do domu. Jak kongresmen Cantor

Marlborough, 11 czerwca 2014

Gdy rewolucja zaczyna pożerać własne dzieci, trzeba wracać do domu. Jak kongresmen Cantor

Eric Cantor był twarzą republikanów w Izbie Reprezentantów. To jedyny parlamentarzysta tej partii, który jest Żydem – położenie niełatwe, biorąc pod uwagę zespolenie się tej partii z chrześcijańską religijną prawicą. Reprezentował „bezpieczny” dla republikanów dysktrykt – tak skrojony, że republikanie mają w nim przewagę ponad 10 proc. nad demokratami.

Ale Cantor był też twarzą żelaznej opozycji republikanów wobec jakichkolwiek planów Obamy: stał murem za zeszłoroczną próbą uchylenia Obamacare, która doprowadziła do zawieszenia rządu federalnego; był niezłomnie przeciwny jakimkolwiek próbom zreformowania prawa imigracyjnego – mimo że popierają je republikańscy senatorowie; osobiście interweniował, by nie dopuścić do głosowania nad projektem ustawy pozwalającej nielegalnym emigrantom służącym w amerykańskiej armii starać się o obywatelstwo. Był też m.in. przeciw podniesieniu podatków, uszczelnieniu systemu podatkowego USA, małżeństwom jednopłciowym i aborcji.

Był republikańskim jastrzębiem.

A jednak we wtorek jastrząb Cantor przegrał z mało znanym, ultrakonserwatywnym kontrkandydatem republikanów Davidem Bratem w prawyborach we własnym okręgu wyborczym. Jak nie bez złośliwości zauważył „New York Times”, Cantor przejdzie do historii jako pierwszy lider parlamentarnej większości od 1899 roku, który przegrał u siebie w prawyborach do wyborów uzupełniających o ponad 12 proc. głosów.

Na swoją kampanię wyborczą Cantor wydał ponad 5 milionów dolarów, gdy jego rywal z Partii Herbatkowej wysupłał zaledwie 200 tysięcy. Brat wygrał, bo wyborcom pokazywał zdjęcie Cantora z Obamą (cud, że takie znalazł) i powtarzał: „To jest człowiek kompromisu”. A słowo „kompromis” jest dla wielu wyborców jak klątwa.

Cantor przegrał dlatego, że w nadchodzących jesienią wyborach uzupełniających do Kongresu większość wyborców będzie dużo starsza, bardziej konserwatywna i bardziej biała niż jest dzisiejszy statystyczny Amerykanin. Magazy „Time” zauważył, że głosował będzie segment ludności, który bardziej przypomina Amerykę z lat 80. XX wieku niż tę z połowy drugiej dekady XXI wieku. A ta Ameryka nienawidzi Obamy, boi się imigrantów i z nostalgią wspomina czasy Regana.

Z klęski Cantora cieszą się demokraci, uważany był bowiem za polityka wyjątkowo nieprzyjemnego, a jego asystentów wiele osób nazywało wprost „bandą dupków”. Prezydent Obama stracił wielkiego i nieubłaganego przeciwnika dosłownie na każdym polu.

Nagły powrót Partii Herbatkowej jest za to wielkim zmartwieniem dla republikanów. Ich obecna reprezentacja w Kongresie jest wyjątkowo niesforna i paradoksalnie panował nad nią, chociaż z trudem, tylko Cantor. Jeśli jesienią kandydaci Tea Party rzeczywiście zwyciężą, to Kongres zamieni się w niezdolny do działania cyrk. Poglądy Partii Herbatkowej są bowiem tak oddalone od rzeczywistości, że przy nich Cantor wydawał się momentami niemal demokratą. I właśnie to mu zaszkodziło.

Z tego samego względu wybór Brata nie musi oznaczać sukcesu demokratów. Jeśli bowiem wyborcy rzeczywiście wybiorą kongresmenów w stylu Brata, to oznaczać to będzie paraliż nie tylko Kongresu, ale i prezydentury Obamy aż do końca jego kadencji w 2016. Zamiast koniecznych reform i zmian w prawie, herbaciarze będą podejmować coraz to nowe próby obalenia Obamacare, prezydent Obama będzie je wetował, a cały ten radosny taniec przetną dopiero wyborcy w 2016. Jedyna nadzieja w tym, że znużeni zabawą Amerykanie wyślą zarówno do Białego Domu, jak i do Kongresu ludzi, którzy będą w stanie ze sobą rozmawiać.

Po ogłoszeniu wyników wyborów Eric Cantor zrezygnował z funkcji lidera większości w Izbie Reprezentantów i zapowiedział powrót na łono rodziny. Rozmowy przy kuchennym stole powinny być ciekawe, bo jego żona jest oficjalnie zarejstrowana jako liberalna demokratka…